Z pewną ostrożnością przystępuję do spisania kilku uwag o kondycji organizacji pozarządowych wywołanych tekstem Agnieszki Graff. Nie tylko dlatego, że jestem osobą spoza sektora. Wprawdzie dwie organizacje założyłem, w jednej władzach jestem i dość często zdarza mi się, nie tylko pro bono, z NGO-sami współpracować. Ale waham się dlatego, że wykonuję zawód, którego reputacja (często zasłużenie) pozostawia wiele do życzenia i wiem, że wystawiam się na zarzut "przyganiał kocioł garnkowi"
Mam dość krytyczny stosunek do organizacji pozarządowych, chociaż z innych niż Agnieszka Graff przyczyn. Nie uważam jednak, że plany budowy społeczeństwa obywatelskiego sprzed 1989 roku w gruzy się rozsypują. Mam bowiem silne przekonanie, że ze społeczeństwem obywatelskim jest jak z angielskim trawnikiem. Żeby wyhodować, wystarczy podlewać i strzyc. Ale przez 300 lat.
Warto też pamiętać, że duże zmiany społeczne, także takie, o które Agnieszka Graff zabiega, zajmują trochę czasu. Jeżeli nawet przyjęlibyśmy, że walka o równouprawnienie rasowe w Stanach trwała od wojny secesyjnej do wyboru Obamy (co i tak chyba jest skrótem, bo ani nie zaczęła się ona pod Fort Sumter, ani nie skończyła na Kapitolu rok temu), to mówimy o 150 latach.
Nie oznacza to jednak, że nie należy krytykować obecnego stanu społeczeństwa obywatelskiego. Zacząłbym jednak od zasadniczego problemu, jakie jego budowa napotyka w Polsce. Mamy jako społeczeństwo bardzo niski poziom zaufania do innych (istotny element tak zwanego kapitału społecznego). Wiadomo nawet, kiedy to zaufanie tracimy - wśród 12-latków odsetek "ufających" jest czterokrotnie wyższy niż wśród 18-latków. Trudno robi się cokolwiek wspólnie (także pozarządowo), jeśli innym się nie ufa (poza najbliższą rodziną). Dodać do tego należy bardzo niski poziom kooperatywności i gotowości do kompromisu - raczej zachowujemy się zgodnie z zasadą "wszystko albo nic". Widać to także na przykładzie III sektora.
Od wielu lat nie mogę wyjść ze podziwu, dlaczego organizacje niepełnosprawnych (kilka milionów ludzi) nie mogą się między sobą dogadać i stworzyć skutecznej platformy reprezentacji wspólnych interesów (bo każdy uważa, że moja niepełnosprawność jest najważniejsza).
Podobnie, choć z innych powodów, organizacje zachowują się w kwestii "%". Widać dzisiaj liczne patologie tego sensownego rozwiązania (przykładowo - organizacje, które wydają znaczne środki na reklamę. czy zbieranie "%" przez fundacje korporacyjne, które de facto są wehikułami promocyjnymi). Jednak środowisko pozarządowe nie jest w stanie uzgodnić i egzekwować żadnych standardów dobrych praktyk w tym zakresie.
To, co jednak najbardziej drażni mnie w NGO (niektórych), to pewien rodzaj misjonarstwa. Nie chodzi mi bynajmniej o silną wiarę w słuszność własnych poglądów i sens własnego działania, lecz o manierę, w której własna szlachetność zwalnia z przestrzegania dość podstawowych zasad dobrej roboty: rozliczania się z pieniędzy, pracowitości, porządku w papierach, krytycznego przewidywania skutków własnego działania. W pewnym sensie w tym problemie mieści się też łatwość w chodzeniu na kompromis ze swoimi ideami dla zdobycia pieniędzy (skoro jesteśmy uświęceni naszą szlachetną intencją). W tej chwili - głównie ze źródeł europejskich, co przerabia działaczy w biurokratów. Trzeba nauczyć się grant rozliczyć, w czym całkowicie zgadzam się z Adamem Bodnarem i Jackiem Kucharczykiem.
Drugą rzeczą, która mnie wkurza u części organizacji i działaczy, jest odwrotnie proporcjonalna zależność między gadaniem o zmienianiu świata a jego zmienianiem. Nie uważam, iż organizacje powstają (powinny powstawać) wokół politycznych wizji, chociaż niewątpliwie muszą mieć u swoich fundamentów jakieś wartości. I zdecydowanie nie myślę, że jest cokolwiek złego w tym, że NGO zajmują się dostarczaniem usług społecznych. Wręcz przeciwnie, ponieważ często robią to lepiej niż urzędnicy. Jeżeli natomiast teza Agnieszki Graff brzmiałaby, że państwo przeznacza za mało środków na te usługi, to zdecydowanie bym ją poparł. I rozwinął, że należy zrobić to kosztem pieniędzy na ludzi mogących pracować (tzn. kosztem wczesnych emerytur).
Tutaj dochodzimy do kwestii polityki rozumianej jako uzgadnianie podziału obciążeń i dóbr. Faktycznie interesy wielu grup są w Polsce niedoreprezentowane. Dotyczy to dzieci, ludzi młodych (na ich własne życzenie, bo nie głosują), niepełnosprawnych. I raczej wolałbym czytać głos Agnieszki Graff jako wołanie o sensowną lewicę, która by tego się podjęła (a nie polityzację ruchu organizacji pozarządowych). Nie wydaje mi się bowiem, aby sensownym było rozwiązanie, w którym podmiotem politycznym współdecydującym o podziale tortu był ruch NGO. Przecież jednocześnie byłyby on beneficjentem środków publicznych. Natomiast w "akuszerowaniu" takiej nowej lewicy cześć NGO mogłaby pomóc. Tylko nie powinno się od nich oczekiwać, aby stały się liderem takiego procesu politycznego.
Niezwykle instruktywny jest przykład Obamy. Bez wsparcia organizacji pozarządowych (tych najmniejszych, zajmujących się sprawami ważnymi lokalnie) najprawdopodobniej by nie wygrał. Ale przecież to nie ruch NGO go wykreował. To Obama, polityk rozumiejący zasady działania systemu i funkcjonujący w jego ramach (chociaż również go kontestujący), mając bardzo konkretną ofertę i niezwykłą determinację, zwrócił się do nich z ofertą zaangażowania politycznego.
Żeby jednak ich pomoc mogła być skuteczna, organizacje musiały naprawdę mieć "rząd dusz", czyli komuś pomagać i kogoś reprezentować. Oczywiście polski ruch organizacji pozarządowych bardzo odbiega od amerykańskiego. Także dlatego, że o sile NGO w
USA stanowi ich charakter "członkowski" - setki tysięcy organizacji, którym miliony obywateli dają swój czas i pieniądze trochę częściej niż na WOŚP w Polsce.
To dobry moment, żeby wrócić do wątku proporcji pomiędzy gadaniem a zmienianiem. Na konkretnym przykładzie. Dramatycznym problemem edukacyjnym jest sposób nauczania języków obcych w szkołach podstawowych na prowincji. Dosyć kiepscy nauczyciele przerzucają naukę na dzieci, którym rodzice nie są w stanie pomóc, bo języka nie znają (ośmiolatek nie nauczy się czytać po angielsku samodzielnie). I luka edukacyjna między dzieckiem wiejskim a miejskim rośnie. A przecież dzieci potrzebują minimalnej pomocy (kilku godzin w semestrze) od kogoś, kto wie, jak wymawia się np. spółgłoski podwójne.
Oczywiście można powiedzieć, że to państwo powinno zapłacić wystarczająco bardzo dobrym nauczycielom angielskiego, aby pojechali na wieś. A ja bym się zapytał, ile z walczących o równość szans studentek i studentów, którzy pochodzą z małych miasteczek, gdy odwiedzają rodzinę, pomaga maluchom ze swojego otoczenia w angielskim (bo zostawania siłaczką bym od nich nie oczekiwał)?
Wracając do kwestii stawania się podmiotem politycznych przemian. Nie ma żadnych przeszkód, a jest wiele sensownych argumentów za angażowaniem się w politykę ludzi z doświadczeniem w NGO (znowu kłania się Obama). Najbliższa okazja - niedługo w wyborach samorządowych. Dobra(y) prezydent miasta, wywodząca(y) się ze środowiska NGO, mógł(a)by za kilka lat stać się liderem ruchu społecznego, o którym pisała Agnieszka Graff.
*Rafał Szymczak, dyrektor agencji PR Profile, w latach 1992-93 rzecznik prasowy Jacka Kuronia, w latach 2004-06 prezes Związku Firm PR, prowadzi zajęcia w London School of Public Relations i Instytucie Dziennikarstwa UW