Krystyna Naszkowska: Czuje się pani straconym pokoleniem? Tak prof. Krystyna Iglicka ("Gazeta", 9 marca) nazwała pokolenie wyżu demograficznego lat 80., które po 2004 r. emigrowało z Polski w poszukiwaniu pracy. Wyjeżdżali ludzie wykształceni, którzy na Wyspach Brytyjskich zmywali garnki w restauracjach. Teraz wracają sfrustrowani, bez oszczędności, bez dobrej znajomości języka angielskiego.
- Celina Kowalczyk: Kompletnie z tymi poglądami się nie zgadzam. To się nijak ma do moich doświadczeń i do doświadczeń moich znajomych. Ten wywiad pani prof. dla "Gazety" wstrząsnął naszą polską grupą w Glasgow. Dużo o tym rozmawialiśmy i uważamy, że pani profesor powiela pewne stereotypy.
Co jest stereotypem?
- To, że Polacy nie robią kariery w brytyjskim świecie - robią, dokładnie taką samą jak Brytyjczycy. To, że humaniści pracują tu fizycznie za grosze, poniżej swoich kwalifikacji, pewnie się zdarza, ale ja takich nie znam. To, że Polacy niczego się nie dorabiają, że są tu nieszczęśliwi. W moim otoczeniu w Glasgow spotykam tylko zadowolonych Polaków, którzy dobrze się czują w Szkocji.
Ja bym dokonała podziału na tych, którzy jadąc do Wielkiej Brytanii biegle znali język angielski, i tych, dla których był on barierą. To decydowało o losach ludzi. Ci, którzy potrafili się bez problemów porozumiewać z mieszkańcami, mają dobrą pracę, dobrze się tu czują i nie myślą o powrocie. Szybko zintegrowali się z miejscowymi.
Ja mam ciekawszą i znacznie lepiej płatną pracę, niż miałam w kraju. Już po trzech latach pobytu kupiliśmy sobie z mężem dom. Czuję się spełniona i usatysfakcjonowana. Nigdy ani przez chwilę nie żałowałam decyzji o wyjeździe. Tu się po prostu łatwiej żyje.
Co to znaczy "łatwiej"?
- Przede wszystkim nie ma problemów z pieniędzmi. I choć to tu jest kryzys, a nie w Polsce, to nie boję się, że ktoś mnie zwolni z pracy. Czuję się doceniona i potrzebna. A gdyby nawet, to wiem, że z moimi kwalifikacjami sobie poradzę. Jest łatwiej, bo jest mniejsza biurokracja w urzędach, mniej formalności, lepsza opieka medyczna. No i ludzie są dla siebie życzliwi. Pracuję w banku i widzę to na co dzień - jak inaczej tu się traktuje klientów, a jak inaczej w Polsce.
To zacznijmy od początku. Dlaczego pani wyjechała?
- Głównie z ciekawości, dla przygody. Nie zakładałam, że zostanę w Szkocji, chciałam tu pobyć kilka miesięcy i zarabiać na swoje utrzymanie. Wyjechaliśmy razem z moim chłopakiem, dziś mężem, w czerwcu 2006 r., w okresie chyba największej emigracji na wyspy.
Byłam po studiach. W Polsce pracowałam najpierw w urzędzie miejskim, a potem w prywatnej firmie. Ale nie podobało mi się - zarabiałam słabo, nie widziałam dla siebie perspektyw, a stosunki w pracy były mocno niezadowalające. Ostatnie pół roku przed wyjazdem zrezygnowałam z pracy, tylko intensywnie uczyłam się biznesowego angielskiego.
Nie jestem typem ryzykanta, który pakuje do plecaka kilka rzeczy i rusza do innego kraju, licząc na szczęście. Może to też jeden z powodów, że mi się powiodło. Oczywiście, zakładałam, że nam się powiedzie. Właściwie innej opcji nie brałam pod uwagę, ale postanowiłam się dobrze przygotować. Szlifowałam więc angielski, ale też gromadziliśmy oszczędności. Chcieliśmy mieć tyle, by nam starczyło na życie i wynajmowanie mieszkania na miesiąc, jeśli coś pójdzie nie tak.
Wybraliśmy Szkocję, Glasgow, bo tam wcześniej pojechali nasi znajomi i mogliśmy się u nich zatrzymać na kilka dni. Po tygodniu razem - we trzy pary - wynajęliśmy dom. Każda para miała swój pokój z łazienką, a kuchnia była wspólna. Po pół roku na tyle pewnie się poczuliśmy, że rozdzieliliśmy się - każdy wynajął sobie mieszkanie. Do dziś się przyjaźnimy i wspieramy. Wszyscy zresztą zostaliśmy w Glasgow.
Coś panią zaskoczyło w Szkocji?
- Pamiętam, że uderzył mnie kontrast między wyobrażeniem, jakie miałam o Brytyjczykach, a rzeczywistością. Sądziłam, że jedziemy do kraju ludzi, którzy przywiązują dużą wagę do czystości, kultury, zachowania, kraju ludzi zamożnych. A zobaczyłam na ulicach pełno śmieci, ludzi zaniedbanych, pijanych, narkomanów. W telewizji i gazetach pełno było informacji o napadach, niebezpieczeństwach. Ale trochę się z tym oswoiłam. Po pierwsze, przekonałam się, jak dobra jest opieka socjalna na Wyspach, a po drugie, myślę, że media rozdmuchują wszelkie niebezpieczeństwa. W każdym razie ani nas, ani naszych znajomych nic złego nie spotkało.
Trudno było o pracę?
- Szukanie zajęło nam trzy dni. Zatrudniłam się w knajpie jako kelnerka, a mój mąż - w barze. Ale cały czas szukaliśmy czegoś bardziej satysfakcjonującego. I po dwóch miesiącach znalazłam pracę w banku, a mąż - w firmie meblarskiej.
Początki były luźne - pracowaliśmy, nie myśląc o przyszłości, chcieliśmy się dobrze bawić, zwiedzać, poznawać nowych ludzi, kraj. Było wesoło. Po kilku miesiącach zmieniło się nasze podejście, zaczęliśmy myśleć, że warto się zaangażować w życie tutaj, a nie tylko przyjemnie spędzać czas. Pomyśleliśmy, by tu zostać.
Coś się wydarzyło?
- Uświadomiłam sobie, że w pracy otwierają się przede mną możliwości zdobycia lepszej pozycji i robienia ciekawszych rzeczy. Pracowałam w banku w dziale nieruchomości, w którym prowadzono ciekawe programy. Szukali specjalistów. Zaczęłam myśleć innymi kategoriami - nie jak emigrant, których wpadł tu na chwilę, by poznać kraj albo odłożyć trochę grosza, by go zainwestować w Polsce, tylko jak obywatel tego kraju.