Gdy
Ludwik Dorn zamarzył o kandydowaniu w wyborach prezydenckich, a więc przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu (czyli i przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu), niedawnym politycznym przyjacielem, poprosiłam go o wywiad. Zgodził się, ale po tygodniu zgodę wycofał.
Zamiast wywiadu więc będzie tekst o jego książce "Rozrachunki i wyzwania" (wywiad-rzeka przeprowadzony przez Amelię Łukasik i Agnieszkę Rybak).
To lektura pasjonująca. Ale przede wszystkim niezwykle przygnębiająca. Oto Dorn, niewątpliwie jeden z najbardziej błyskotliwych umysłów wśród polskich parlamentarzystów, kreśli portrety braci Lecha i Jarosława Kaczyńskich. To portrety ludzi małostkowych, pamiętliwych, zakompleksionych i pozbawionych umiejętności podejmowania racjonalnych decyzji. A przecież chodzi o b. premiera, prezesa partii i prezydenta.
Właściwie należałoby pisać nie o portretach, lecz o karykaturach kreślonych bezlitosną kreską. Ale jeśli nawet niewielka część tego, co Dorn ujawnia w książce o Kaczyńskich, jest prawdą, to jest to najczarniejszy obraz braci, jaki kiedykolwiek ktokolwiek nakreślił.
Dorn pracował od lat 70. z Jarosławem (z Lechem współpracę zaczął później). Zakładał z nimi partie (PC,
PiS). Jeszcze nie tak dawno był z nimi politycznie tak blisko, że zyskał przydomek "trzeci bliźniak".
Zarzuty Dorna wobec braci Kaczyńskich są fundamentalne. Przekonuje, że psychiczna konstrukcja braci jest ich największym wrogiem. Chodzi o relacje między braćmi, czyli ich własnym światem, a światem zewnętrznym. Zawsze postrzeganym jako obcy, nieprzyjazny, wrogi i szalenie niebezpieczny. Bracia w obronie przed "zewnętrznym złym" wykształcili u siebie cechy niezbędne w takiej sytuacji: brak zaufania, podejrzliwość, interpretowanie zdarzeń w kategoriach spisku przeciwko sobie.
Dorn jedność braci nazywa "kaczką dwugłową". I chwali się, że zauważył ją jeszcze w 1981 r. (nie zdradza, jak do tego doszedł). To dlaczego tak długo z nimi wytrzymał? (tego też nie zdradza). Przecież Dorn był zbyt długo i zbyt blisko braci Kaczyńskich, by przejrzeć, dopiero gdy wyrzucili go z PiS, bo i jego zaczęli podejrzewać, że spiskuje ("chcieli mnie zabić na śmierć, stanowiłem dla prezesa zagrożenie").
Dorn jest wobec braci okrutny. Im chłodniej pisze, tym celniej rani. Czy to tylko analiza polityczna, czy zemsta zdradzonego, porzuconego, ośmieszonego byłego bliskiego politycznego przyjaciela?
Dorn czuje niestosowność swojej krytyki. Tłumaczy się, że teraz lojalność wobec Jarosława już go nie obowiązuje, bo "to on przestał być lojalny wobec mnie".
Dorn na początku Jarosława Kaczyńskiego wychwala. Potrafił kiedyś "wyciągać szybkie wnioski ze zmian na scenie politycznej", ale teraz "tę zdolność, którą kiedyś posiadał w stopniu ponadprzeciętnym, całkowicie zatracił". Kiedyś "wykazywał się polityczną genialnością" i miał "przebłyski znakomitej intuicji".
I dalej:
Już w początkach niepodległości wiedziałem, że jest w Polsce dwóch ludzi w wybitnym stopniu posiadających szczególną polityczną cnotę, virtu, czyli wg Machiavellego odwagę, dzielność i umiejętność wykorzystywania dla ambitnych celów politycznych Fortuny, nieuniknionej zmienności losu. Byli to Adam Michnik i Jarosław Kaczyński. A dziś? Dziś Dorn wie, że Kaczyński już tej cnoty jest pozbawiony:
Jarosław Kaczyński stał się karykaturą samego siebie sprzed lat. Co sprawiło, że ktoś tak wybitny skarlał, że polityk przepełniony virtu popadł w schematyzm, w fobie, stracił poczucie rzeczywistości? Nie uniósł ciężaru władzy jako szef partii i premier? (...) Jest jedna jedyna okoliczność, która sprawiła, że to, co było siłą Jarosława Kaczyńskiego, obróciło się w słabość, jego zalety obróciły się w wady, że stracił virtu i stał się (...) przywódcą, który przegrywa każdą bitwę, ponieważ nie zna nie tylko wroga, ale i - przede wszystkim - samego siebie.
Prezes Jarosław Kaczyński załamał się psychicznie, moralnie, intelektualnie i politycznie pod ciężarem prezydentury swego brata Lecha Kaczyńskiego. Bardzo ludzka i sympatyczna troska o polityczne powodzenie najbliższej mu osoby zgasiła chłodną namiętność dla sprawy politycznej, większej niż on i jego brat. Powstało takie napięcie, stres i konflikt interesów, że ten silny i chłodny człowiek całkowicie się wypalił. Ze smutkiem i bez satysfakcji muszę stwierdzić: ta czaszka już się nie uśmiechnie. Dorn pytany, czy nie są to za mocne słowa, mówi jeszcze mocniej:
Pan Kaczyński jest niewątpliwie bardzo ważnym kimś, ale chce być wszystkim i tak ustawił poprzeczkę, że jeśli nie będzie wszystkim, to stanie się nikim. No i stanie się nikim. Po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych w 2005 r. Jarosław Kaczyński nie chciał zostać premierem, bo obawiał się, że uniemożliwi to Lechowi zwycięstwo w wyborach prezydenckich. I premierem został Kazimierz Marcinkiewicz (przyszły premier był tak samo tym zaskoczony jak władze PiS. Po prostu Jarosław z nikim tego nie uzgadniał).
Dorn się wtedy z prezesem PiS nie zgadzał. Uważał, że dla partii ważniejszy jest rząd niż prezydentura.
Ale on poinformował mnie, że prezydentura jest ważniejsza, bo kandyduje jego brat. (...) Sądzę, że każdy z nich bardziej troszczy się o brata niż o siebie. Interesy brata uważają za ważniejsze niż własne. Bardziej też przeżywają krzywdy, których doznaje brat. I własne są w stanie wybaczyć, a brata - nie. To jest politycznie szkodliwe, bo traci się profesjonalny chłód. (...) To jest wewnętrzny mechanizm, który nie może być podany jako racjonalny powód. Jedna z najistotniejszych przesłanek, których używają przy podejmowaniu decyzji - czyli właśnie dobro brata - nie może być podana publicznie jako wyjaśnienie. Ani współpracownikom, ani przeciwnikom, ani obserwatorom.
Decyzje braci to zdaniem Dorna czysta loteria. Wielką wadą Jarosława Kaczyńskiego i chyba także Lecha jest to, że jak trzeba podjąć decyzję, to rozmawiają z tymi, którzy akurat stoją w przedpokoju. (...) Tak jednak w życiu bywa, że pod ręką są zawsze ludzie, którzy zajmują się tylko antyszambrowaniem.
Ten "dworski" sposób zarządzania partią Kaczyński przeniósł do rządu. Rząd cierpiał na brak sformalizowanych kręgów decyzyjnych - pisze Dorn - Jarek mówił, co się dzieje i co trzeba o tym myśleć. (...) Za czasów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego było to już tylko zbiorowisko osób, które przyjmowały wyłącznie projekty ustaw. Realne decyzje zapadały gdzie indziej lub w ogóle ich nie podejmowano.
To "gdzie indziej" to przedpokój albo Jarosława, albo Lecha Kaczyńskiego. Dorn opisuje to tak: Kiedy premierem był Kaczyński, decyzje podejmowano bez przygotowania i bez żadnej systematyzacji. Do tego nie w tych gronach, w których powinny zapadać. To, że Jarosław Kaczyński działał na zasadzie Zosi Samosi, rodziło negatywne konsekwencje, zarówno jeśli chodzi o partię, jak i relacje w rządzie i klubie. Kaczyński usiłował nie dopuścić do tego, by proceduralnie sformułować, kto za co odpowiada, kto referuje, kto może podejmować w imieniu kierownictwa zobowiązania i w jakiej sprawie. Koncepcja jasnych kompetencji prezesowi Kaczyńskiemu jest obca. Uważa, że go to ogranicza.
Rządzenie ludźmi za pomocą "antyszambrowania" bardzo Dorna mierzi. On sam nigdy nie dał się sprowadzić do roli antyszambrującego ("bo jeśli człowiek traktuje poważnie swój konkretny odcinek roboty, to siedzi w pracy i nie ma czasu na czekanie w przedpokojach"). Co się zresztą na nim zemściło, bo Kaczyński się przekonał, że Dorn chce być od niego niezależny.