http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Prezydent silny, ale nie wetem

Dominika Wielowieyska Gazeta Wyborcza
2010-03-23, ostatnia aktualizacja 2010-03-23 14:36

Zabierając siłę weta, trzeba dodać głowie państwa nowe uprawnienia

Tusk i Kaczyński przed debatą prezydencką w 2005 roku
Fot. Albert Zawada / AG
Tusk i Kaczyński przed debatą prezydencką w 2005 roku
Dyskusja o zmianach w konstytucji powróciła przy okazji prawyborczej debaty w PO. I Radosław Sikorski, i Bronisław Komorowski uznali, że prezydent nie może blokować koalicji rządowej, wetując ustawy. I obaj opowiedzieli się za ograniczeniem siły weta. U Komorowskiego jednak widać było delikatny dystans wobec zbyt radykalnego ograniczenia kompetencji głowy państwa.

Kilka tygodni temu o nowelizacji konstytucji rozmawiali szefowa klubu PiS Grażyna Gęsicka i szef klubu PO Grzegorz Schetyna. Gęsicka powiedziała, że bez względu na prawdziwe motywy Platformy zdaje sobie sprawę z konieczności zmiany konstytucji, która jej zdaniem jest przestarzała.

PO i PiS mają zupełnie różne pomysły na konstytucję. PO od dawna postuluje osłabienie pozycji prezydenta, a przede wszystkim osłabienie weta prezydenckiego, które skutecznie może blokować zamierzenia rządu. Projekt PiS idzie w zupełnie innym kierunku - chciałby jeszcze bardziej wzmocnić prezydenta. PiS chciałby, aby prezydent mógł odmówić powołania ministra, a nawet premiera. Czy kompromis między tak skrajnymi wersjami jest możliwy? Owszem.

Pomysł PO, aby osłabić weto, jest słuszny. Skoro jakaś koalicja partii wygrała wybory, to niech rządzi i bierze odpowiedzialność. Dziś jest to niemożliwe, bo wiele kluczowych reform zawetował prezydent Kaczyński. Dlatego Tusk mówi: "Nie mogę nic zrobić". A my - wyborcy - nie możemy powiedzieć: "Sprawdzam".

Osłabienie weta ma jednak ten minus, że będziemy mieć do czynienia z paradoksem ustrojowym - oto prezydent wybrany w wyborach powszechnych dysponuje mocnym mandatem społecznym, a jednocześnie ma kompetencji tyle co kot napłakał. Można byłoby oczywiście wybierać prezydenta w parlamencie, ale to Polakom się nie podoba i politycy się na to nie zdecydują. Przecież lubimy głosować na konkretnego polityka. Dlatego wybory prezydenckie notują wyższą frekwencję niż parlamentarne.

Ponadto wielu ekspertów boleje nad zmniejszaniem uprawnień głowy państwa, bo boją się zbyt wielkich wpływów jednego ośrodka władzy.

Co w takim razie robić? Politycy powinni zastanowić się nad takim podziałem kompetencji, który byłby dla państwa optymalny. Rząd i koalicja powinni mieć pełne pole manewru i realizować swój program, także w sferze polityki zagranicznej. Z kolei prezydent powinien zachować swoje prerogatywy związane z obronnością i - przede wszystkim - mieć wpływ na instytucje, które z założenia są od rządu niezależne. To zapewniałoby równowagę władzy i nadawało prezydentowi większego znaczenia. Gwarantowałoby klarowny podział ról. I może udałoby się nam uniknąć pata związanego ze sporami kompetencyjnymi między ośrodkiem prezydenckim a rządowym. Konstytucja umacniałaby pozycję prezydenta jako arbitra rozsądzającego spory pomiędzy różnymi siłami politycznymi.

Ten model ustrojowy mamy już w ustawie zasadniczej. Trzeba go tylko wzmocnić. Zabierając siłę weta, trzeba dodać głowie państwa nowe uprawnienia. Prezydent już teraz powołuje sędziów, prezesów Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Ma swój udział w powoływaniu członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i Rady Polityki Pieniężnej. Prezes NBP jest powoływany przez Sejm na wniosek prezydenta. Dopiero co głowa państwa otrzymała nowe uprawnienie: wybiera prokuratora generalnego spośród dwóch kandydatów przedstawionych przez Krajową Radę Sądownictwa.

Jestem zwolenniczką modelu, w którym prezydent podejmuje decyzje personalne w porozumieniu z ekspertami. I warto go stosować w przypadku wszystkich instytucji, które powinny być niezależne od rządu.

Dlaczego nie miałby powoływać szefa NiK, rzecznika praw obywatelskich, rzecznika praw dziecka? Dlaczego nie zwiększyć jego wpływu na Radę Polityki Pieniężnej, a może także na KRRiT albo na inną instytucję, która nadzorowałaby media publiczne? Prezydent mógłby też brać udział w wybieraniu sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

W takim układzie głowa państwa to nie człowiek, który zajmuje się jedynie podziwianiem żyrandoli w Pałacu Prezydenckim, ale ktoś, kto ma istotny wpływ na funkcjonowanie państwa.

Dzięki temu Polacy mieliby świadomość, że wybierając partie, z jednej strony wybierają rząd, a z drugiej - prezydenta, który będzie stał na straży instytucji od rządu niezależnych. Takich, które często rząd i Sejm kontrolują czy strofują.

Nowa konstytucja spełniałaby życzenie PO - weto byłoby osłabione. I życzenie PiS - prezydent otrzymałby istotne uprawnienia.

Takie rozwiązanie ma jeszcze jedną zaletę - nie wywraca wszystkiego do góry nogami. To w gruncie rzeczy korekta konstytucji.

Polacy nie chcą gwałtownych zmian. Dlatego politycy mogliby spróbować zbudować porozumienie wokół takiej wersji. Wersji, w której obydwie główne siły polityczne zachowują twarz i realizują częściowo swoje postulaty.

  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':