- Książka ta jest w dużej mierze oparta na archiwaliach
IPN. To był materiał okropny, z inwigilacji, podsłuchów domowych. Książka jest polemiką metodologiczną z pewnego typu historiografią, którą obecnie niektórzy uprawiają. Pokazuje, jak można analizować i co uzyskać z materiałów IPN - mówił Andrzej Friszke.
Jeden z bohaterów książki, również historyk,
Karol Modzelewski dodawał: - To trudne źródła, które wymagają dużej wiedzy i znajomości kodów kulturowych. Raporty krążące między służbami specjalnymi a organami władzy PRL często nie są prawdziwe. Jeśli historyk XX w. nie chce być naiwnym frajerem, musi nad tymi źródłami zapanować.
- Sytuacja, w której od '56 do '80 roku na czele rewolty stoją ludzie lewicy, jest odrzucana przez obecną politykę historyczną. Prawicowi politycy nie wiedzą, jak ugryźć to, że rewolucję robili ci lewicowcy, a nie np. porządni ludzie z AK. Książka Andrzeja Friszke zajmuje ten teren badań. Dzięki niej można zacząć zadawać pytania - dlaczego to właśnie ci ludzie obalali system - tłumaczył
Seweryn Blumsztajn.
Wspominał List otwarty do Partii Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego z 1964 r., krytykujący linię polityczną PZPR: - Byłem bardzo zależny od Jacka, nie mogłem wyrwać się z języka wywodu, który znalazł się w liście. Ale musieliśmy przedyskutować ten list z Jackiem i Karolem. Zastanawialiśmy się, jak w lewicowy etos wbudować wartości demokratyczne. Miały być wolność słowa, związki zawodowe itd. Wywodziliśmy się z lewicy, która wybudowała łagry. Pytania komandosów o łagry i Katyń były zasadnicze w obronie przed dyktaturą. Nie byliśmy - jak Jacek i Karol - uwiedzeni rewolucją. Bardziej niż oni byliśmy dysydentami - uważaliśmy, że trzeba dać świadectwo, nawet jak rewolucja nie wyjdzie.
Z kolei
Jan Lityński mówił: - Byliśmy dziećmi Października. Listo otwarty mówił, że aby ideały Października realizować, trzeba obalić system. Jacek i Karol po wyjściu z więzienia byli naszymi naturalnymi przywódcami. Nieprzypadkowo broniliśmy "Dziadów". Szukaliśmy nowego języka. Odbywaliśmy właśnie wtedy dyskusje o sprawach narodowych. Udało nam się zainteresować sprawą niczym nieinteresujących się studentów epoki małej stabilizacji.
- Społeczeństwo nie chciało buntu - wyjaśniał Andrzej Friszke. - Jako trybunę publiczną Karol Modzelewski wykorzystał sąd. Stawiał pytania do prokuratora: Gdzie nie mamy racji? Prokurator nie był w stanie polemizować, odpowiadał tylko: Rozpowszechniacie fałszywe informacje. Po publikacji listu otwartego system stracił rozpęd. List zablokował poważną dyskusję ideologiczną. Przy pracy nad książką odkryłem, że miał on na tyle duże znaczenie, że czytało go Biuro Polityczne partii. Jest on załącznikiem do posiedzenia Biura. Nie znamy przebiegu dyskusji nad nim, ale wiemy, że zajmowali się nim przywódcy państwa. System nie mógł już funkcjonować jak poprzednio. Partia traciła legitymację ideologiczną. Musiała szukać innych źródeł społecznej aprobaty. To lewicowe okazało się zakłamane, więc szukała innego: nacjonalistycznego, militarnego.
Adam Michnik: - Mój ojciec uważał, że najlepszym komunistą był Ronald Reagan. To ojciec był w domu kontrrewolucjonistą, a ja lewakiem. List otwarty był pierwszym dokumentem, który w zrozumiałym dla mnie języku odrzucał system, który dotąd odrzucałem intuicyjnie. Chociaż po jego pierwszej lekturze poczułem odruch kontestacji. Mówiłem - nie można się na to zgodzić, bo nie ma tam demokracji parlamentarnej ani kwestii narodowej. Powstał spór w rodzinie szeroko rozumianego lewicowego antykomunizmu. Z Jackiem i Karolem dzieliła nas różnica generacyjna. Różniliśmy się np. stosunkiem do emigracji, Karol czytał po francusku dzieła Trockiego, a ja wydawanych po polsku przez "Kulturę" paryską Mieroszewskiego i Miłosza. Na publicznych zebraniach mówiliśmy językiem punktowej krytyki systemu, pytaliśmy o pakt Ribbentrop-Mołotow, o Katyń. Ale byliśmy przekonani, że ten zgniły system trzeba zlikwidować. Choć nikt z nas nie wyobrażał sobie końca komunizmu. To było poza horyzontem. Byliśmy izolowani. To nie była epoka buntu, tylko małej stabilizacji.
Spotkanie z Andrzejem Friszke odbyło się w poniedziałek 15 marca w siedzibie "Gazety". Uczestniczyło w nim około 200 osób, w tym wielu uczestników opozycji demokratycznej w PRL.