http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

KRUS posiadaczy ziemskich

prof. Jerzy Wilkin*
2010-03-16, ostatnia aktualizacja 2010-03-16 15:07
kolejka po dopłaty rolne z UE, 8 czerwca 2008, Białystok
kolejka po dopłaty rolne z UE, 8 czerwca 2008, Białystok
Fot.Agnieszka Sadowska / AG

Magiczny jeden hektar daje prawo do rolniczej emerytury i innych świadczeń, a nawet do renty strukturalnej na Podkarpaciu. Tymczasem posiadanie tego jednego hektara ekonomicznie dziś nic nie znaczy

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl


Dwie tezy, które znalazły się w tytułach opublikowanych niedawno wypowiedzi o sprawach wsi, a więc: "KRUS jest dobry, a nie zły" Józefiny Hrynkiewicz ("Gazeta", 10 lutego) i "Pieniądze wsi szkodzą" Janusza Majcherka ("Gazeta", 16 lutego), budzą mój zdecydowany sprzeciw.

Rolnicy w Polsce, zwłaszcza indywidualni, z trudem torowali sobie drogę do powszechnego systemu ubezpieczeń. Dopiero pod koniec lat 60. otrzymali możliwość otrzymania renty, w 1971 r. przyznano im prawo do ubezpieczenia zdrowotnego, a w 1990 r. stworzono kompleksowy system zabezpieczenia społecznego rolników i utworzono KRUS. Było to wielkie dobrodziejstwo dla rolników, które w jakimś stopniu rekompensowało dyskryminacyjny sposób traktowania rolników indywidualnych w socjalizmie.

Krowa żywicielka

Zasadniczą zaletą tego systemu było to, że pozwalał licznym starszym rolnikom w miarę godnie spędzić starość. Nie musieli opuszczać gospodarstwa. W miarę funkcjonowania KRUS zaczęły uwidaczniać się jego wady czy nawet patologie, na które władze nie reagowały. Nie tylko wpływ lobby rolniczego, ale także oportunizm kolejnych partii rządzących blokowały reformy. Tak jest nadal.

Prof. Hrynkiewicz powiedziała w wywiadzie, że świadczenia płacone przez KRUS są na wsi podstawowym świadczeniem socjalnym podtrzymującym egzystencję nie tylko rolniczych emerytów i rencistów, ale całych rodzin chłopskich. Mają one też pozytywny wpływ na łagodzenie dość powszechnej biedy. W pełni zgadzam się z tym stwierdzeniem. Czy jednak tak być powinno? Czy nie trzeba możliwie szybko zmienić tę sytuację, a z biedą walczyć inaczej?

W przeciętnym gospodarstwie domowy rolników świadczenia społeczne i socjalne, zwłaszcza z KRUS, stanowią wyższy odsetek ich dochodów niż dochody z produkcji rolnej. W dużej części rolniczych gospodarstw domowych emeryt lub rencista przejął na siebie rolę krowy żywicielki. Najgorsze jest jednak to, że obecny system KRUS skłania do utrwalania tej sytuacji. Często premiuje cwaniactwo i nieuczciwość.

Z czego to wynika? Przede wszystkim z nieuzasadnionej łatwości dostępu do tego systemu. Podstawowe kryterium dostępu to posiadanie czy użytkowanie ziemi. Nawet skrawka ziemi. Nie ma większego znaczenia, co się uprawia i jakie to przynosi dochody. Ubezpieczenie społeczne rolników ustanowione zostało dla rolników producentów, a więc grupy zawodowej utrzymującej się głównie z rolnictwa. Tymczasem jedna trzecia ubezpieczonych w KRUS ma gospodarstwa nieprzekraczające 2 ha przeliczeniowych, a 200 tys. ubezpieczonych - o obszarze poniżej 1 ha. Pominąwszy nieliczną wśród nich grupę rolników prowadzących tzw. działy produkcji specjalnej (intensywna uprawa czy hodowla na małym obszarze ziemi), większość pozostałych nie zasługuje na miano rolników producentów rolnych, którym przysługuje ten specjalny system ubezpieczenia społecznego.

W tej grupie gospodarstw stosunkowo dużo ziemi leży odłogiem, w tym w regionach, gdzie kiedyś "głód ziemi" był szczególnie dotkliwy, a więc w Małopolsce czy na Podkarpaciu. Takich niby-rolników jest również dużo wśród dysponujących większymi gospodarstwami. Bycie rolnikiem czy niby-rolnikiem jest z wielu względów wygodne: daje łatwy dostęp do pożądanego dobra, jakim jest ubezpieczenie społeczne, i pozwala nie płacić podatku dochodowego.

Powielana w tysiącach przypadków strategia życiowa rodzin rolniczych jest następująca: starzy rodzice, którzy dziesiątki lat przepracowali w gospodarstwie (np. 2-, 3- czy 5-hektarowym) przekazują formalnie ziemię synowi (córce), który dzięki temu uzyskuje dostęp do KRUS, a podstawowe dochody czerpie z innych źródeł, w tym z pracy nierejestrowanej. Szara strefa jest na wsi bardziej upowszechniona niż w mieście. Taki młody, czy niezbyt młody, człowiek czasem bezwiednie wpada w pułapkę rolniczej egzystencji i utrzymuje gospodarstwo, zazwyczaj bardzo małe, które jest w wielu przypadkach tylko formalnym pretekstem do otrzymywania publicznego wsparcia dla rolników.

Pokusa nadużycia

Odkładana w nieskończoność reforma KRUS utrwala takie niekorzystne zjawiska i prowadzi do marnotrawstwa publicznych pieniędzy. Każdy płatnik podatku ma prawo zadać szafarzom naszych publicznych pieniędzy pytanie: Dlaczego w okresie, kiedy spadała liczba gospodarstw rolnych i liczba zatrudnionych w rolnictwie, rosła liczba ubezpieczonych w KRUS?

Liczba ta szybko spadała do 1996 r., a następnie wzrastała. W roku 2007 mieliśmy o 200 tys. więcej ubezpieczonych w KRUS niż w 1996 r. Dlaczego nie zrealizowano założeń przyjętych przy tworzeniu KRUS, że 30 proc. funduszu emerytalno-rentowego będzie pochodziło ze składek, a 70 proc. z dotacji budżetowej? Od wielu lat udział dotacji budżetowej w tym funduszu przekracza 90 proc. Dlaczego bogaci rolnicy płacą podobną składkę jak najubożsi rolnicy? Gdzie podziała się idea solidaryzmu, która polega na tym, że bogaci partycypują w większym stopniu w finansowaniu systemu ubezpieczeń społecznych niż ludzie ubożsi? Dlaczego w 2009 r., w którym odczuwaliśmy silnie problemy budżetowe, do KRUS trzeba było dopłacić o 1,2 mld zł więcej niż w roku poprzednim (w sumie 16,3 mld zł).

Do systemu KRUS przeniknęło wiele osób, które nie mają nic wspólnego z produkcją rolną poza posiadaniem ziemi. To ostatnie stało się dodatkowo atrakcyjne z powodu płatności unijnych, do których dostępność też budzi poważne zastrzeżenia. KRUS jest potrzebny polskiemu rolnictwu, ale w obecnym kształcie nie jest ani sprawiedliwy, ani efektywny. Utrwala niekorzystne wzorce życiowe i nieefektywną strukturę agrarną. Sprzyja społecznemu pasożytnictwu i nadużyciom. Ekonomiści nazywają to zjawisko pokusą nadużycia (po angielsku: moral hazard). Powinien być zreformowany przynajmniej dziesięć lat temu.

Nie chodzi o to, aby zabierać nabyte uprawnienia emerytalne czy rentowe jakimkolwiek rolnikom. Szybkiej i gruntownej zmianie powinna jednak ulec zasada dostępu do KRUS dla nowych członków. Minimum dostępu to np. prowadzenie gospodarstwa, które może wykazać się roczną produkcją o wartości przynajmniej 4 ESU (Europejskich Jednostek Wielkości, 4 ESU to ok. 20 tys. zł rocznie). Niektórzy specjaliści mówią nieśmiało o chociażby 0,5 ESU jako kryterium dostępu. Każdy może mieć dowolne gospodarstwo, nawet bardzo małe; jako hobby, miejsce zamieszkania, przydomowe źródło zaopatrzenia czy miejsce rekreacji, ale poza instytucjonalnym systemem służącym konkurencyjnym producentom rolnym.

Jeśli niczego nie zrobimy, to za dziesięć lat będziemy mieli nadal setki tysięcy pseudo-gospodarstw podczepionych do systemu wspierania rolnictwa i rolniczego systemu ubezpieczeń. Przemiany demograficzne niewiele tu pomogą, bowiem wielu młodych ludzi odkryło zalety i korzyści tego podczepienia. Każde roczne opóźnienie w reformowaniu KRUS skutkuje w dłuższej perspektywie stratami setek milionów złotych ze środków publicznych.

"Wygłodzona" wieś

Zmiana zasad dostępu do KRUS powinna być skoordynowana z dostępem do środków wydatkowanych w ramach wspólnej polityki rolnej. Mimo wspólnotowości polityka rolna w UE daje spore możliwości przyjmowania rozwiązań najlepiej dostosowanych do potrzeb kraju członkowskiego. Nie dziwię się, że osoby odpowiedzialne za wdrażanie Wspólnej Polityki Rolnej w Polsce starały się zastosować takie rozwiązania, które dałyby korzyści możliwie jak największej liczbie rolników. Chodziło o to, aby zasilić "wygłodzoną" polską wieś pieniędzmi unijnymi i zjednać do idei integracji europejskiej większość rolników i mieszkańców wsi.

Ten cel udało się osiągnąć. Po 2006 roku te rozwiązania powinny być stopniowo modyfikowane na rzecz wzmocnienia działań proefektywnościowych i modernizacyjnych. Tak się jednak nie stało. Nadal łatwa dostępność pieniędzy jest ceniona bardziej niż ich efektywne wykorzystanie. Ta uwaga może być także rozciągnięta na inne programy unijne w Polsce.

Zastanawia mnie powszechność kryterium posiadania przynajmniej 1 ha użytków rolnych jako podstawowego kryterium dostępu do wielu środków unijnych i krajowych służących wspieraniu rolnictwa. Ten magiczny jeden hektar daje prawo do rolniczej emerytury i innych świadczeń społecznych, do płatności bezpośrednich, a nawet do renty strukturalnej na Podkarpaciu. To kryterium uważam za przejaw koncepcyjnego i politycznego lenistwa. Posiadanie jednego hektara ekonomicznie dziś nic nie znaczy.

Główny Urząd Statystyczny ma ciągle kłopoty z liczeniem gospodarstw rolnych i z konieczności posługuje się bardzo niedoskonałym kryterium obszarowym. Definicja gospodarstwa rolnego stała się konieczna, bowiem status takiego gospodarstwa upoważnia do czerpania licznych korzyści.

  • 1
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów