Widmo zakrążyło nad III RP, widmo PiSpostkomunizmu. Koalicji
PiS-
SLD.
I chociaż prezes
Jarosław Kaczyński widma się wyrzekł, chociaż wyparły się widma najwybitniejsze aktualnie twarze SLD: Napieralski, Szmajdziński, Olejniczak, Senyszyn, Miller (zgodnie, jak rzadko ostatnio bywało), to polskim politycznym zwyczajem rzec trzeba: coś w tych zaprzeczeniach jest na rzeczy.
Syndrom włoskich komunistów Parlamentarzyści PiS-u doskonale wiedza, że w najbliższych wyborach samorządowych, prezydenckich, parlamentarnych ich ugrupowanie zdobędzie drugi wynik wyborczy. Ale pomimo "srebrnego medalu" wybory totalnie przegra i znów będzie skazane na twarde ławy opozycji. W przyszłych samorządach i w parlamencie. Bo przyszła zwycięska PO za nic nie chce koalicji z członkami partii braci Kaczyńskich.
Każdy, kto z bliska obserwował personalne relacje politycznych reprezentantów PO i PiS w samorządach i w parlamencie, bez trudu zauważył, iż kochają się oni niczym Hutu i Tutsi. To już nie jest walka polityczna, lecz plemienna. Bez przebaczenia.
PiS w przyszłym roku straci też Pałac Prezydencki. I wszystkie posady wynikające z prezydenckich prerogatyw. Minie kolejny rok, może dwa, i od PiS-u odwrócą się przychylne im jeszcze media. Wpływy w mediach publicznych po wyborze nowego prezydenta też rychło wyschną. W przyszłym roku partii braci Kaczyńskich grozi "syndrom włoskich komunistów". Włoska Partia Komunistyczna przez blisko czterdzieści lat ubiegłego wieku była największym ugrupowaniem opozycyjnym. Miewała swoich prezydentów miast, ale Włochami nigdy nie rządziła. Bo pozostałe formacje nie chciały z nimi współrządzić. Takie jutro grozi dziś PiS.
Długi marsz Wśród działaczy i wyborców SLD panuje przekonanie, że gorzej już być nie może. Sojusz wcześniej przegrał politycznie prawie wszystko, co mógł. Dziś na lewicowym bezrybiu jest jedyną formacją zdolną do osiągnięcia trzeciego wyniku w nadchodzących wyborach. Działacze lewicy nie mają tak rozbudzonych ambicji rządzenia, jak aktyw PiS. Każda przyszła forma współrządzenia będzie uznana w Sojuszu za sukces, początek długiego marszu do odbudowy politycznych wpływów lewicy.
W przeciwieństwie do PiS-u lewica może myśleć o koalicji z PO i
PSL. Przede wszystkim w samorządach. Na tym poziomie nie decyduje się o progach podatkowych, prywatyzacji szpitali, mediach publicznych. O zapłodnieniu in vitro, legalizacji związków partnerskich. Taką koalicję mamy obecnie Warszawie i pewnie odnowi się ona po wyborach.
Wśród wyborców i polityków Sojuszu panuje przekonanie, że po najbliższych wyborach lewica powinna być opozycją parlamentarną wobec dominującej Platformy, ale na szczeblu samorządowym może z PO współrządzić, bo są to dwa najbardziej proeuropejskie, modernizujące kraj ugrupowania. Podobne opinie usłyszymy w PO.
Nic dziwnego, że rozpoczynający kampanie wyborcze politycy SLD z przerażeniem przyjęli ostatni "analityczny pomysł" Aleksandra Kwaśniewskiego. Kwaśniewski wspiera zaszczepianą w mediach przez PiS-owską frakcję "biznesmenów" (tak nazywa się w PiS bardziej pragmatycznych niż ideowych polityków PiS) koncepcję przyszłej koalicji obu formacji. Koalicji przeciwko przyszłym monopartyjnym rządom hegemonistycznej PO.
Ale wyborcy SLD taki pomysł zgodnie odrzucają, o czym mogłem się przekonać podczas niedawnych spotkań z lewicowymi środowiskami w Kielcach i Warszawie. Podobny zdecydowanie negatywny ton mają internetowe wypowiedzi komentujące blogi polityków i publicystów lewicowych. Sojusz z PiS, nawet tylko jego zapowiedź taktycznie wzmacniająca przetargową pozycję SLD, nie jest obecnie lewicy potrzebny.
Wystarczy już, że wyborcy i politycy SLD z trudem przełykają nieformalny sojusz środowisk związanych z SLD i PiS w mediach publicznych. Krytykują brak jego efektów widocznych w telewizyjnych programach. Wojciech Olejniczak publicznie się go wstydzi. Inni posłowie uznają go jako mniejsze zło i efekt złamanego przez Tuska parlamentarnego porozumienia SLD-PO-PSL reformującego media publiczne. Dlatego nawet dyskutując o Polsce po wyborach, o koalicji z partią braci Kaczyńskich nikt w SLD wspominać nie chce.
Wybierzcie przyszłość Kwaśniewski nie pierwszy raz zgłasza postulat zasypywania historycznych podziałów. Budowy formacji politycznych wokół wspólnych wartości, ideologii, a nie biografii politycznych. Likwidacji historycznego podziału na postkomunistów i postsolidarność. Zwłaszcza że po dwudziestu latach RP oba wrogie obozy już się podzieliły, skonfliktowały wewnątrz własnych formacji. Za dziesięć lat liderzy obu historycznych formacji osiągną wiek emerytalny.
A już dziś elity polityczne powinny projektować wizję Polski 2030. Czy zatem Kwaśniewski nie ma racji, wskazując swym radykalnym, "analitycznym" pomysłem na anachronizm istniejących nadal podziałów? Betonujących i tak już zastygłą polską scenę polityczną? Na marną przyszłość polityczną tych ubiegłowiecznych podziałów, na ich jałowość intelektualną?
Zatwardziały antykomunizm braci Kaczyńskich, ich anachroniczna polityka historyczna, spiskowa mentalność, zamordystyczna wizja państwa stały się dziś hamulcami rozwoju PiS-u. Widocznymi na przeraźliwie smutnym ostatnim kongresie tej partii.
To bracia Kaczyńscy betonują młodych, ambitnych, żądnych aktywności i władzy działaczy PiS na bezpłodnych dla nich ławach opozycji. Lewica, nawet pozostając w opozycji, ma zawsze szansę, by tworzyć lewicową alternatywę wobec PO. Partia braci Kaczyńskich alternatywy nie stworzy, bo nie ma u nas miejsca na dwie silne prawice. Młodzi z PiS boją się, że czekają ich kolejne lata opozycji.
Dla młodych, zdolnych, ambitnych, niezainteresowanych "sejmowym domem spokojnej starości" to kolejne zmarnowane lata. To też ciągłe porównywanie się z rówieśnikami z PO. Głupszymi nierzadko, lecz już rządzącymi, już spełnionymi politykami. Nie ma nic tak frustrującego dla młodych i ambitnych, jak takie porównania. To najlepszy zaczyn buntu .
Po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych "biznesmeni" z PiS, aby zyskać wymarzone zdolności koalicyjne, czyli szanse współrządzenia, staną przed następującym wyborem:
Wybrani do parlamentu z list wyborczych PiS będą mogli taktycznie przejść pod szyld partii Ludwika Dorna Polska Plus, która do Sejmu nie wejdzie, bo sama progu wyborczego nie przekroczy. Wtedy już nieobciążeni trędowatymi politycznie braćmi Kaczyńskimi mogą wejść w koalicję z PO.
Albo zechcą zerwać kajdany i odsuną od władzy w PiS braci Kaczyńskich. Bo jeśli aktyw PiS-u chce skutecznie odsunąć formację Tuska od rządów, jak stale deklaruje, to wpierw musi odesłać na polityczną emeryturę braci Kaczyńskich. Polityków anachronicznych. Odbierających samą swą obecnością zdolności koalicyjne PiS-owi.
I pewnie taki też był sens skierowanej przede wszystkim do "biznesmenów" z PiS analizy jakże doświadczonego w szlifowaniu partyjnego betonu Aleksandra Kwaśniewskiego.
* Piotr Gadzinowski - w latach 1997-2007poseł SLD. Obecnie niezależny, lewicowy publicysta i scenarzysta. Jest też wiceprzewodniczącym rady programowej TVP SA (funkcja społeczna)