http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

W Afganistanie jeszcze posiedzimy

Rozmawiała Ludwika Włodek-Biernat
2010-03-11, ostatnia aktualizacja 2010-03-16 17:00

 10 października, baza Warrior w prowincji Ghazni (Afganistan), żołnierz żegna się z kolegami przed odlotem do Polski
10 października, baza Warrior w prowincji Ghazni (Afganistan), żołnierz żegna się z kolegami przed odlotem do Polski
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta

Znasz się na prawie i administracji? Umiesz organizować przetargi, zawierać umowy? Mówisz po angielsku? Afganistan czeka na ciebie. Rozmowa z płk. Piotrem Łukasiewiczem, pełnomocnikiem szefa MON ds. Afganistanu

Ludwika Włodek-Biernat: Po co jesteśmy w Afganistanie?

Płk Piotr Łukasiewicz: Zgodnie z nową strategią ISAF - International Security Assistance Force, międzynarodowej koalicji wojsk natowskich w Afganistanie - jesteśmy tam, by "chronić ludność lokalną". Taka troska o los Afgańczyków jest unikalna w historii obcego zaangażowania militarnego w tym kraju.

To znaczy, że te 1,3 mld zł, które pójdą w tym roku na naszą misję w Afganistanie, wydamy z pobudek czysto altruistycznych?

- Pierwotny powód interwencji - zwalczanie Al-Kaidy - schodzi na dalszy plan, bo Al-Kaida ma w Afganistanie coraz mniejsze znaczenie. Głównymi frontami walki z "niewiernymi" - ekstremistycznie pojmowanego dżihadu - są teraz Jemen czy Somalia. W Afganistanie ideologia ma znaczenie drugorzędne. Mamy raczej do czynienia z rebelią lokalnych przywódców przeciw rządowi centralnemu. Jeśli rebelianci zwyciężą, kraj osunie się w wojnę domową.

Znając dotychczasową historię, mamy prawo przypuszczać, że gdy to nastąpi, Afganistan znów stanie się przyczółkiem światowego terroryzmu. A to może zaszkodzić nam wszystkim. Dlatego zwalczamy rebelię. A skoro najbardziej dotyka ona miejscową ludność, naszym głównym zadaniem staje się jej ochrona.

Jak ISAF zamierza to zadanie wykonać?

- Mianowany w zeszłym roku przez prezydenta Obamę i kierownictwo NATO nowy dowódca ISAF gen. McChristal stwierdził, że na misję afgańską przeznaczono zbyt mało pieniędzy i ludzi. Pozwalało to prowadzić regularną wojnę, ale nie tłumić rozproszoną rebelię. Poza tym ISAF działał w warunkach skrajnego niezrozumienia afgańskich warunków: od układów plemiennych, politycznych i zwyczajowych po zwykłą nieznajomość języka.

I przez tyle lat nikt nie starał się tego zmienić?

- Ze względu na wojnę w Iraku Afganistan długo był na drugim planie. NATO popełniało błędy, np. decydując się na bezpośrednią walkę z rebeliantami, którzy oczywiście takich starć unikają. Uderzało to w społeczeństwo, które najczęściej było obojętne w stosunku do obu stron konfliktu.

Żeby to zmienić - uznano - należy się zbliżyć do mieszkańców. Postawiono na budowę afgańskiego wojska, policji i lokalnej administracji. A także na pomoc rozwojową.

Jaki jest polski pomysł na "naszą prowincję" - Ghazni?

- Naszym zadaniem jest wspieranie legalnej, lokalnej władzy. Do 2008 r. w Ghazni niemal nie było afgańskiego wojska, a policja była słabo wyszkolona i skorumpowana.

Intensywnie szkolimy policjantów rekrutowanych spośród ludzi miejscowych. Pomagamy także szkolić siły bezpieczeństwa. Jednak znacznie łatwiej jest wyszkolić żołnierza niż urzędnika. Budowa struktur administracyjnych zawsze była traktowana po macoszemu, nie tylko przez nas - przez cały ISAF. Pora to zmienić. Dlatego dziś naszym głównym wyzwaniem w prowincji jest wzmocnienie administracji lokalnej.

Jak?

- Zaczniemy od samego miasta Ghazni. Tu jest najbezpieczniej, więc i najłatwiej. Chcemy, by tutejsi urzędnicy mieli przy sobie polskich doradców, którzy mogliby im służyć pomocą, znaliby się na administracji państwowej. Wiedzieli, jak organizować przetarg, jak sporządzić umowę z prywatną firmą, jak pomagać afgańskim urzędom w organizowaniu najprostszych czynności.

Mamy na to pieniądze, brakuje nam tylko ludzi. Poszukujemy specjalistów od prawa, od administracji, ze znajomością angielskiego. Cywilów z Polski, którzy mogliby pełnić funkcję takich mentorów. Stanowiliby część naszego kontyngentu, znajdowaliby się pod opieką wojska*.

Ale taki nieskorumpowany system służby cywilnej zupełnie się nie opłaca obecnym władzom prowincji. W oczywisty sposób zagraża ich interesom. Ci ludzie nie będą już mogli dawać kontraktów swoim krewnym i znajomym, znacznie obniżą się ich dochody.

- Afgańczycy sami wiedzą, że to się musi zmienić. Nasza pomoc realizowana jest za zgodą miejscowych władz. Nie narzucamy gubernatorowi żadnych decyzji personalnych, możemy mu tylko sugerować. Np. wskazujemy mu urzędników z konkretnego dystryktu, którzy nie dość starają się o ludność lokalną.

I?

- Czasem ignoruje nasze uwagi, ale czasem reaguje, np. szef administracji dystryktu Giro w ogóle nie jeździł do swego dystryktu, siedział w Ghazni i tylko brał pieniądze. Wszelkie nasze próby pomocy temu dystryktowi nie miały żadnego adresata. I nasz dowódca, który był w świetnych relacjach z gubernatorem, powiedział mu, że nie mamy z kim rozmawiać w dystrykcie. I zmienili tego szefa.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':