http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wyznania człowieka zngoizowanego. Polemika z Graff

Jakub Wygnański*
2010-03-03, ostatnia aktualizacja 2010-03-03 12:26

Braki skuteczności organizacji pozarządowych usprawiedliwiane są idealizmem czy czystością intencji. Wzmocnić trzeba więc ich skuteczność, starając się nie stracić niczego z marzeń

8 września 2003 r. Warszawa, ul. Szpitalna 5. W tej kamienicy ma siedzibę wiele organizacji pozarządowych. Na zdjęciu wspólna konferencja prasowa w sprawie zmian podatkowych. Zorganizowały ją: Stowarzyszenie na Rzacz Forum Inicjatyw Pozarządowych, Instytut Spraw Publicznych i Polska Akcja Humanitarna
Fot. Sławomir Kaminski / AG
8 września 2003 r. Warszawa, ul. Szpitalna 5. W tej kamienicy ma siedzibę wiele...
Sobota. Postanawiam, że wreszcie napiszę ten artykuł. Muszą tylko rano odstawić syna na obóz harcerski, później pojechać na zebranie Towarzystwa Wolnej Wszechnicy Polskiej, a wieczorem odwieźć córkę na obóz organizowany przez wolontariuszy z Klubu Inteligencji Katolockiej. Czuję, że nie dałbym sobie rady bez tych wszystkich NGO-sów (czyli organizacji pozarządowych). Żyję z nimi i wśród nich od wielu lat. Muszę wyznać, że jestem chyba kompletnie zngoizowany. Podobnie jak w przypadku Agnieszki Graff, moja obserwacja jest "głęboko uczestnicząca". Jej tekst pt. "Urzędasy bez serc, bez ducha" ("Gazeta" 6 stycznia) jest ważny i dobrze, ze sprowokował tak wiele polemik.

Martwi mnie jednak to, że artykuł wprowadził do obiegu nowe pojęcie - ngoizacji. Termin ten stanie się czymś w rodzaju "uniwersalnego aktu oskarżenia" pod adresem organizacji pozarządowych. No cóż, ludzie pracujący w organizacjach myśleli naiwnie, że to właśnie oni starają się budować z mozołem społeczeństwo obywatelskie, a oto okazało się, że są odpowiedzialni za jego uwiąd. Mój pierwszy problem z tekstem Graff więc to problem odpowiedzialności za słowo, a precyzyjniej - za słowotwórstwo.

Są polityczne i niepolityczne

Teza o ngoizacji nawiązuje do tradycji myślenia w kategoriach mas i poszukiwania dla nich politycznej awangardy, której to roli NGO-sy nie wypełniają dość skutecznie. No cóż, to prawda - czasem jest im trudno zebrać 100 tys. podpisów nawet pod najlepszymi przedsięwzięciami, ale nie wiem, czy istotnie "wina" leży po stronie organizacji. Wydaje mi się, że w tekście Graff dochodzi czasami do pomieszania organizacji pozarządowych z ruchami społecznymi. Te ostatnie z samej swej istoty mają często pozainstytucjonalny charakter. NGO-sy w większości skłonne są raczej przyjmować strategię "długiego marszu przez instytucje". Napięcie między pierwszymi i drugimi jest naturalne.

Większość krytycznych ocen wypowiedzianych w artykule pod adresem organizacji nie jest nowa. Powiedzmy sobie szczerze: mało kto w Polsce lubi społeczeństwo obywatelskie w jego pozarządowym wcieleniu. Oto okazuje się, że NGO-sy: (petryfikują układ władzy; (są częścią neoliberalnego konsensusu; (są zbyt polityczne; (nie są dość polityczne; •  są udomowione i zagłaskane; (wyjęto im zęby; (pozostają w zmowie z elitami; •  są częścią aktu założycielskiego III RP; •  są importem czy wręcz ekspozyturą obcych interesów; (są częścią układu - po prostu kolejną korporacją, która w istocie zniekształca lub nawet blokuje mechanizmy demokratyczne zamiast je udrażniać. Innymi słowy, że instytucje społeczeństwa obywatelskiego nie są wcale esencją demokracji, ale właśnie zagrożeniem dla niej. Same NGO-sy zdają sobie sprawę z tych problemów i od dawna dyskutują o swojej kondycji.

Zarzuty pod adresem NGO-sów nie są zresztą wyłącznie polską specyfiką. Nie chodzi tu bynajmniej o casus Łukaszenki i jemu podobnych. Spór o naturę NGO-sów ma charakter globalny. Często zarzuca się im, że są to sztuczne, samonominujące się, pozbawione demokratycznej legitymizacji i nie odpowiadające przed nikim grupy interesu używające formuły NGO-sów jako zasłony dymnej. Trzeba też uczciwie przyznać, że zdarzają się też uproszczenia "w drugą stronę", a zatem rodzaj infantylnej romantyzacji działania organizacji pozarządowych - jako pozostających poza jakimkolwiek podejrzeniem, z zasady pożytecznych i sensownych.

Rzecz sprowadza się do tego, że organizacje nie są z samej swojej natury ani bezgrzeszne, ani też występne. Są i takie, które są wzorem demokracji i jej prawdziwą szkołą, i takie, które są jej zaprzeczeniem (stanowiąc rozbudowane ego jej liderów i liderek). Są takie, których istotą jest poszukiwanie dobra wspólnego, szlachetna i rzadka cnota politycznego altruizmu, jak i takie, które bronią wyłącznie własnych interesów. Są takie, które są świeże, kreatywne, pełne marzeń i idealizmu, i takie, które są zdrewniałe, puste w środku, a ich działalność w dużej mierze polega na przeżuwaniu cudzych pieniędzy dla potrzymania swojego metabolizmu.

Organizacje po prostu są różne i oceny dotyczące sektora pozarządowego powinny tę różnorodność uwzględniać. Pamiętajmy, że mówimy o środowisku ponad 100 tys. instytucji w Polsce. Znakomita większość z nich to instytucje bardzo małe. W połowie z nich roczny budżet nie przekracza 10 tys. zł. Trzy czwarte nie zatrudnia żadnego personelu i oparte jest wyłącznie na społecznej pracy jej członków.

Czym innym są organizacje, których celem jest zaspokajanie potrzeb społecznych i dostarczanie usług (w szczególności tych, których nie może w satysfakcjonujący sposób zapewnić ani państwo, ani rynek), czym innym te, których celem jest tworzenie i podtrzymywanie więzi społecznych (np. poprzez realizację wspólnych pasji), czym innym te, które mają patrzeć władzy na ręce, czy te, które mają być źródłem innowacji i niezależnych opinii, wreszcie czym innym te, które mają pełnić funkcje rzecznictwa i reprezentacji interesów.

Jak rozumiem, to głównie do tych ostatnich adresowane są (słuszne lub nie) zarzuty Graff. Pamiętajmy, że stanowią one niezwykle ważny ale bardzo niewielki procent organizacji w ogóle.

Graff zarzuca organizacjom nadmierną orientacje na skuteczność w działaniach. Rozumiem, że autorce chodziło o to, że pragmatyzm zwycięża z idealizmem. Niestety, nie jest aż tak "dobrze". W jakimś sensie problem jest wręcz odwrotny - często braki skuteczności usprawiedliwiane są idealizmem, woluntaryzmem czy czystością intencji. Tak więc paradoksalnie wzmocnić trzeba przede wszystkim skuteczność działań, jednocześnie starając się nie stracić niczego z marzeń.

Innym zarzutem pod adresem organizacji jest to, że pozwalają na to, aby państwo przerzucało na nie swoje obowiązki i tym samym uchylało się od przypisanych mu ról i zobowiązań. Mam wrażenie, że w Polsce problem jest odwrotny - administracja publiczna cierpi na rodzaj instytucjonalnej "bulimii" - nie chce i nie umie dzielić się pracą. Choć może to budzić zdziwienie, organizacje domagają się tego, aby uczestniczyć w tym podziale pracy.

Bez takiego nowoczesnego podziału pracy - bez dopuszczenia samoorganizujących się obywateli do definiowania i dostarczania usług publicznych - na zawsze zostaniemy uwięzieni w dwubiegunowym fałszywym sporze między zwolennikami omnipotencji państwa i wyznawcami poglądu, że na wszystko pomoże niewidzialna ręka rynku. Wiele ważnych debat, np. dotyczących służby zdrowia, edukacji, kultury, rozgrywanych jest w właśnie w takiej fałszywej dwubiegunowej perspektywie państwa i rynku. W moim przekonaniu satysfakcjonujące rozwiązanie wymaga istnienia dodatkowej opcji - ani państwowej, ani rynkowej, ale właśnie społecznej. Na razie jest ona w ogóle rzadko zauważana.

Społeczeństwo obywatelskie i jego wrogowie?

Mam kłopot z pojawiającym się często założeniem, że Kościół niejako ze swej natury jest przeciwnikiem społeczeństwa obywatelskiego.Zwolennikom tej tezy z całego serca polecam lekturę ostatniej encykliki Benedykta XVI - „Caritas in Veritate” - w szczególności rozdziału „Braterstwo, rozwój ekonomiczny i społeczeństwo obywatelskie” - choćby taki jej fragment: „Państwo, które chce zapewnić wszystko, które wszystko przyjmuje na siebie, w końcu staje się instancją biurokratyczną niemogącą zapewnić najistotniejszych rzeczy, których człowiek cierpiący - każdy człowiek - potrzebuje: pełnego miłości osobistego oddania. Nie państwo, które ustala i panuje nad wszystkim, jest tym, którego potrzebujemy, ale państwo, które dostrzeże i wesprze, w duchu pomocniczości, inicjatywy podejmowane przez różnorakie siły społeczne łączące w sobie spontaniczność i bliskość z ludźmi potrzebującymi pomocy”. Albo taki: „ przekonanie o tym, że ekonomia wymaga autonomii, która nie musi ulegać »wpływom « o charakterze moralnym, doprowadziło człowieka do tego, że nadużył narzędzia, jakim jest ekonomia, w sposób wręcz niszczycielski. Z czasem przekonania te doprowadziły do powstania systemów gospodarczych, społecznych i politycznych, które podeptały wolność osoby i grup społecznych i właśnie dlatego nie były w stanie zapewnić obiecywanej sprawiedliwości”.

Problemem nie jest religijny fundamentalizm w Polsce, ale raczej pojawiający się często beznamiętny rytualizm w Kościele, brak żarliwości i praktykowania tego, do czego przywiązanie się deklaruje. Bardziej przejmuje się tym, że Kościół mógłby zrobić znacznie więcej na rzecz działań wspólnotowych. Bez systematycznego wysiłku maleć będzie szansa na to, żeby właśnie parafia stała się molekułą działań lokalnych i tworzenia więzi.

Nie przeczę, że w środowiskach kościelnych zdarzają się i organizacje,które próbują uczestników zwolnić z samodzielnego myślenia. Nie uważam jednak, żeby tego rodzaju organizacje pojawiały się tylko w środowiskach kościelnych. Z nieco bardziej subtelnym rodzajem protekcjonalizmu i tworzenia dogmatów interpretacyjnych mamy do czynienia w wielu innych środowiskach i w wielu innych mediach (także tych "oświeconych"). Zresztą nad uprzedmiotowieniem (w odróżnieniu od upodmiotowienia) obywateli ciężko pracuje od dawna wiele instytucji: spece od reklamy, badacze opinii publicznej, komentatorzy, specjaliści od politycznego marketingu itd. Ta wylewająca się zewsząd obraza dla naszej estetyki, inteligencji, wrażliwości robi swoje.

Niemała jest też lista środowisk, które zaniechały swojej oświeceniowo-edukacyjnej misji. Gdzie się podział inteligencki etos, gdzie schowały się uniwersytety, gdzie tradycje oświaty powszechnej, gdzie edukacyjna rola mediów publicznych? Zanim o uwiąd społeczeństwa obywatelskiego oskarżymy organizacje pozarządowe, rozejrzyjmy się jeszcze wokoło. Popatrzmy też czasem w lustro.

Apolityczność - wina czy cnota

Dla znakomitej większości organizacji pozarządowych zarzucana im apolityczność (w rozumieniu polityki partyjnej) była i jest świadomym wyborem i nawet cnotą, a nie zaniechaniem czy tchórzostwem. Zasady owej odrębności tworzyły się w Polsce już na początku lat 90. i miały wiele przyczyn. Jedną z nich był rodzaj traumy po czymś, co uważam za jeden z największych błędów obozu "Solidarności" , a mianowicie rozwiązanie spontanicznego ruchu Komitetów Obywatelskich. To właśnie wtedy okazało się, że na użycie słowa "solidarność" i korzystanie z jej tradycji trzeba mieć pozwolenie. To wtedy okazało się, że władza - także ta "nowa" - nie ufa obywatelom. Tak zostało do dziś.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':