Agnieszka Graff zajęła się polskimi organizacjami pozarządowymi. Jej stosunek do NGO-sów najlepiej podsumowuje tytuł jej artykułu: "Urzędasy, bez serc, bez ducha" ("Gazeta" z 6 stycznia).
Do Zachodu kawałek drogi
Graff wprowadza pojęcie ngoizacji, czyli instytucjonalizacji działań organizacji pozarządowych, które wedle niej powinny być - tak jak działo się w latach 60. i 70. - ruchami oddolnymi i spontanicznymi. Jednak w Polsce ten czas kojarzy się raczej z ruchem studenckim skupionym wokół Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, wydarzeniami związanymi ze zdjęciem z afisza "Dziadów" w reżyserii Dejmka i falą antysemityzmu, a potem działaniami opozycji demokratycznej. Ruch pozarządowy w PRL-u był z definicji oddolny, antysystemowy, ale też "drugoobiegowo" (a potem, od stanu wojennego, podziemnie) zinstytucjonalizowany. Nakierowany na walkę z systemem, walkę o wolność i godność.
Poza ruchami opozycji politycznej w PRL-u istniała też społeczność alternatywna kontestująca przede wszystkim zastany, mieszczański styl życia. Idea kultury czynnej teatru działania Grotowskiego czy choćby komuny psychologów i ekologów pozostały hermetyczne i niezrozumiałe dla wielu. Nie mogły też stać się poważnym ruchem, bo nigdy nie miały ambicji politycznych.
Te oddolne i spontaniczne działania, które wspomina Graff, dotyczą Europy Zachodniej, nie Polski. Okazało się tam w latach 60., że ruchy społeczne obok partii politycznych i związków zawodowych to kluczowy element życia publicznego. Wpłynęły na zmianę rzeczywistości z ogromną siłą - ówczesne elity polityczne, instytucje państwowe nie były zainteresowane zagadnieniami wykraczającymi poza podstawowe problemy państwa. We Francji ruchy studenckie doprowadziły do zainicjowania reformy systemu edukacji, nie mówiąc już o zmianach polityczno-kulturalnych. Ówcześni liderzy (dziś "zinstytucjonalizowani") zasiadają dziś w Parlamencie Europejskim, jak np. Daniel Cohn-Bendit z ramienia Partii Zielonych.
Agnieszka Graff, przywołując idealny typ ruchów społecznych, odwołuje się do zachodnioeuropejskiej tradycji powstałej w postwojennym świecie w warunkach demokracji i nowych aspiracji społecznych. Nie sposób przełożyć tamtego, zachodniego doświadczenia ruchów społecznych na grunt polski, bo my dopiero wychodzimy poza parafialną i podwórkową kulturę polityczną.
Robią swoje i już ich nie ma?
Drugi wątek z tekstu Graff: "Nie czujemy się uczestnikami ruchów społecznych, raczej gośćmi tych czy innych NGO-sów".
Student socjologii mógłby to odczytać następująco - postmodernizm wdarł się w świat ludzi pracujących w organizacjach pozarządowych. Dziś budujemy namiot w jednym miejscu, by zaraz go zwinąć i iść dalej. Bierzemy, co nam potrzebne, zwijamy manatki i już nas nie ma.
Czy tak rzeczywiście jest? Mamy poczucie uczestniczenia w czymś ważnym, choć jest to chwilowe i niezobowiązujące. Nikt nas nie rozlicza ze społecznikostwa czy dokonanych w świecie zmian.
I tak np. do kampanii informacyjnej przed referendum akcesyjnym w 2003 r. przystąpiło wiele środowisk. Zawiązał się ruch, bo europejska oferta była atrakcyjna na poziomie życia prywatnego, społecznego, dla biznesu, świata kultury i nauki. W momencie przystąpienia Polski do UE nasze drogi się rozeszły, pozostawiając jednak przyjemne poczucie możności wspólnotowego działania. Późniejsze kampanie zachęcające do udziału w wyborach, korzystania z biernego prawa wyborczego, wszystkie hasła GoVote! nie spotkały się już jednak z takim zainteresowaniem i nie były tak spontaniczne.
Myślę, że ta ulotność i niemożność powtórzenia tej samej sytuacji są cechami charakterystycznymi dla ruchów społecznych. Dziś są - jutro ich nie ma. Dlatego nazywają się ruchami, a nie organizacjami. Jednym słowem, organizacje pozarządowe to sprofesjonalizowane ruchy społeczne, w których niegdysiejsze pasje i zainteresowania stały się zawodem.
Kolejna teza Graff brzmi mniej więcej tak: instytucjonalizacja, profesjonalizacja jest dziś największym przewinieniem społeczeństwa obywatelskiego - organizacje pozarządowe profesjonalizują się i "zamiast zmieniać system, obsługują go". Z tym zarzutem nie mogą się zgodzić Jacek Kucharczyk z Instytutu Spraw Publicznych i Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, podając szereg racjonalnych argumentów za pozytywną stroną tego procesu ("Gazeta" z 19 stycznia).
Obaj autorzy pracują w środowisku raczej thinktankowym i watchdogowym. Są to organizacje gromadzące wiedzę (politologiczną, socjologiczną, ekonomiczną) na potrzeby innych, monitorujące przebieg wyborów czy prowadzące sprawy w sądzie. Żyją z zamówień płynących z rządu, instytucji europejskich, narodowych, partii politycznych, niekiedy biznesu.
Ich rola jest prosta - dostarczyć rzetelne dane zleceniodawcy. Nie ma tu przestrzeni na działanie oddolne i spontaniczne. Może właśnie z tego powodu autorzy w polemice z Graff bronią profesjonalizacji, odżegnując się od polityczności.
Dla mnie profesjonalizm w sensie biurokratycznym nie jest groźny do momentu, kiedy nie wedrze się weń rutyna i indolencja. Poza tym profesjonalizm i instytucjonalizacja w NGO-sach mają sens tylko wtedy, kiedy nie izolują tych organizacji od społeczeństwa.
Tym, co grozi środowisku organizacji pozarządowych, jest raczej monotonia i pozbawione treści dyskusje na temat wpływu kryzysu na trzeci sektor czy dywagacje na inne równie jałowe tematy zastępujące tworzenie i budowanie realnych długofalowych programów.
Polityka nie jest zła
Wreszcie Graff zarzuca organizacjom pozarządowym brak polityczności, który skutkuje brakiem dyskusji ideologicznej. Na co Bodnar i Kucharczyk oświadczają, że apolityczność organizacji, w których pracują, pozwala zachować "niezbędny dystans wobec partii politycznych i niezależność od rządu". Jednak trudno Fundacji Helsińskiej nie uznać za organizację stricte polityczną, zwłaszcza od czasu, gdy zaczęła promować konkretny model praw człowieka, silnie związany z wartościami lewicowymi i laickimi. Z drugiej strony słabością wielu organizacji pozarządowych w Polsce jest często ich całkowite uzależnienie od dotacji pochodzących od władz publicznych - trudno wówczas mówić o ich niezależności czy pozarządowym charakterze.
Bodnar i Kucharczyk, podobnie jak wielu innych, wstydzą się lub obawiają polityczności, bo po prostu utożsamiają ją z partyjnością, a przymiotnik ten w tradycji naszej kultury politycznej odbierany jest pejoratywnie.
A przecież polityczność to nie partyjność! Polska Fundacja im. Roberta Schumana zawsze była polityczna. Nie partyjna, ale polityczna. Członkostwo w Unii, referenda, kampanie profrekwencyjne, wspieranie przemian demokratycznych na Białorusi, Ukrainie, w Gruzji czy Armenii, ratyfikacja traktatu z Lizbony - to tematy jak najbardziej polityczne. Panowie! Polityczność gwarantuje wymianę myśli - z definicji więc organizacje pozarządowe nie mogą być niepolityczne!
Dlatego Fundacja Schumana, ruch proeuropejski, który od lat organizuje Paradę Schumana, chce, aby od tego roku była ona agorą dla polityczności. By - mówiąc wprost - inne środowiska pozarządowe miały okazję wykorzystać jej potencjał i lobbować za swoimi sprawami.
Przed referendum akcesyjnym Parada była ewidentnym narzędziem w kampanii informacyjnej. Prognozowaliśmy, że po wejściu Polski do Unii Parady nie będzie, bo jej pierwotny sens marketingowy się wyczerpał. Ale ludzie nadal przyjeżdżają, czerpią radość z prostego poczucia bycia razem. W tym wydarzeniu drzemie jakaś siła.
Czy Graff chce powiedzieć, że nastąpił koniec nienarodzonego społeczeństwa obywatelskiego? Po 20 latach demokracji jesteśmy w momencie zmiany systemu wartości. Zagospodarowaliśmy podstawowe potrzeby: mamy pokój, wolność, zapewnione potrzeby materialne i w miarę stabilny system polityczny. Wyzwania, jakie stoją przed organizacjami pozarządowymi, to teraz przede wszystkim umiejętność definiowania rzeczywistości i nowych problemów, co zdeterminuje nasze zaangażowanie w sprawy publiczne.
Organizacje pozarządowe mają dziś kłopot z nazwaniem wyzwań, jakie przed nimi stoją, czego przykładem jest choćby polemiczny głos Kucharczyka i Bodnara, a zwłaszcza ich obawa, że artykuł Agnieszki Graff "pogorszy społeczny wizerunek NGO-sów i umocni negatywne stereotypy na temat ich działaczy".
Nie ma nic gorszego niż zabarykadowanie się i taplanie we własnym sosie. Kto ma mieć odwagę otwartej dyskusji i zawołania: "Król jest nagi!", jeśli nie my?
Anna Radwan-Röhrenschef - prezes Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana