http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Radość z bycia razem

Anna Radwan-Röhrenschef*, Fundacja Schumana
2010-02-19, ostatnia aktualizacja 2010-02-19 19:56

Dla polskich organizacji pozarządowych nie jest groźna profesjonalizacja. Tym, co im naprawdę zagraża, są pozbawione treści dyskusje na temat wpływu kryzysu na trzeci sektor czy dywagacje na inne równie jałowe tematy

Agnieszka Graff zajęła się polskimi organizacjami pozarządowymi. Jej stosunek do NGO-sów najlepiej podsumowuje tytuł jej artykułu: "Urzędasy, bez serc, bez ducha" ("Gazeta" z 6 stycznia).

Do Zachodu kawałek drogi

Graff wprowadza pojęcie ngoizacji, czyli instytucjonalizacji działań organizacji pozarządowych, które wedle niej powinny być - tak jak działo się w latach 60. i 70. - ruchami oddolnymi i spontanicznymi. Jednak w Polsce ten czas kojarzy się raczej z ruchem studenckim skupionym wokół Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, wydarzeniami związanymi ze zdjęciem z afisza "Dziadów" w reżyserii Dejmka i falą antysemityzmu, a potem działaniami opozycji demokratycznej. Ruch pozarządowy w PRL-u był z definicji oddolny, antysystemowy, ale też "drugoobiegowo" (a potem, od stanu wojennego, podziemnie) zinstytucjonalizowany. Nakierowany na walkę z systemem, walkę o wolność i godność.

Poza ruchami opozycji politycznej w PRL-u istniała też społeczność alternatywna kontestująca przede wszystkim zastany, mieszczański styl życia. Idea kultury czynnej teatru działania Grotowskiego czy choćby komuny psychologów i ekologów pozostały hermetyczne i niezrozumiałe dla wielu. Nie mogły też stać się poważnym ruchem, bo nigdy nie miały ambicji politycznych.

Te oddolne i spontaniczne działania, które wspomina Graff, dotyczą Europy Zachodniej, nie Polski. Okazało się tam w latach 60., że ruchy społeczne obok partii politycznych i związków zawodowych to kluczowy element życia publicznego. Wpłynęły na zmianę rzeczywistości z ogromną siłą - ówczesne elity polityczne, instytucje państwowe nie były zainteresowane zagadnieniami wykraczającymi poza podstawowe problemy państwa. We Francji ruchy studenckie doprowadziły do zainicjowania reformy systemu edukacji, nie mówiąc już o zmianach polityczno-kulturalnych. Ówcześni liderzy (dziś "zinstytucjonalizowani") zasiadają dziś w Parlamencie Europejskim, jak np. Daniel Cohn-Bendit z ramienia Partii Zielonych.

Agnieszka Graff, przywołując idealny typ ruchów społecznych, odwołuje się do zachodnioeuropejskiej tradycji powstałej w postwojennym świecie w warunkach demokracji i nowych aspiracji społecznych. Nie sposób przełożyć tamtego, zachodniego doświadczenia ruchów społecznych na grunt polski, bo my dopiero wychodzimy poza parafialną i podwórkową kulturę polityczną.

Robią swoje i już ich nie ma?

Drugi wątek z tekstu Graff: "Nie czujemy się uczestnikami ruchów społecznych, raczej gośćmi tych czy innych NGO-sów".

Student socjologii mógłby to odczytać następująco - postmodernizm wdarł się w świat ludzi pracujących w organizacjach pozarządowych. Dziś budujemy namiot w jednym miejscu, by zaraz go zwinąć i iść dalej. Bierzemy, co nam potrzebne, zwijamy manatki i już nas nie ma.

Czy tak rzeczywiście jest? Mamy poczucie uczestniczenia w czymś ważnym, choć jest to chwilowe i niezobowiązujące. Nikt nas nie rozlicza ze społecznikostwa czy dokonanych w świecie zmian.

I tak np. do kampanii informacyjnej przed referendum akcesyjnym w 2003 r. przystąpiło wiele środowisk. Zawiązał się ruch, bo europejska oferta była atrakcyjna na poziomie życia prywatnego, społecznego, dla biznesu, świata kultury i nauki. W momencie przystąpienia Polski do UE nasze drogi się rozeszły, pozostawiając jednak przyjemne poczucie możności wspólnotowego działania. Późniejsze kampanie zachęcające do udziału w wyborach, korzystania z biernego prawa wyborczego, wszystkie hasła GoVote! nie spotkały się już jednak z takim zainteresowaniem i nie były tak spontaniczne.

Myślę, że ta ulotność i niemożność powtórzenia tej samej sytuacji są cechami charakterystycznymi dla ruchów społecznych. Dziś są - jutro ich nie ma. Dlatego nazywają się ruchami, a nie organizacjami. Jednym słowem, organizacje pozarządowe to sprofesjonalizowane ruchy społeczne, w których niegdysiejsze pasje i zainteresowania stały się zawodem.

Kolejna teza Graff brzmi mniej więcej tak: instytucjonalizacja, profesjonalizacja jest dziś największym przewinieniem społeczeństwa obywatelskiego - organizacje pozarządowe profesjonalizują się i "zamiast zmieniać system, obsługują go". Z tym zarzutem nie mogą się zgodzić Jacek Kucharczyk z Instytutu Spraw Publicznych i Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, podając szereg racjonalnych argumentów za pozytywną stroną tego procesu ("Gazeta" z 19 stycznia).

Obaj autorzy pracują w środowisku raczej thinktankowym i watchdogowym. Są to organizacje gromadzące wiedzę (politologiczną, socjologiczną, ekonomiczną) na potrzeby innych, monitorujące przebieg wyborów czy prowadzące sprawy w sądzie. Żyją z zamówień płynących z rządu, instytucji europejskich, narodowych, partii politycznych, niekiedy biznesu.

Ich rola jest prosta - dostarczyć rzetelne dane zleceniodawcy. Nie ma tu przestrzeni na działanie oddolne i spontaniczne. Może właśnie z tego powodu autorzy w polemice z Graff bronią profesjonalizacji, odżegnując się od polityczności.

Dla mnie profesjonalizm w sensie biurokratycznym nie jest groźny do momentu, kiedy nie wedrze się weń rutyna i indolencja. Poza tym profesjonalizm i instytucjonalizacja w NGO-sach mają sens tylko wtedy, kiedy nie izolują tych organizacji od społeczeństwa.

Tym, co grozi środowisku organizacji pozarządowych, jest raczej monotonia i pozbawione treści dyskusje na temat wpływu kryzysu na trzeci sektor czy dywagacje na inne równie jałowe tematy zastępujące tworzenie i budowanie realnych długofalowych programów.

Polityka nie jest zła

Wreszcie Graff zarzuca organizacjom pozarządowym brak polityczności, który skutkuje brakiem dyskusji ideologicznej. Na co Bodnar i Kucharczyk oświadczają, że apolityczność organizacji, w których pracują, pozwala zachować "niezbędny dystans wobec partii politycznych i niezależność od rządu". Jednak trudno Fundacji Helsińskiej nie uznać za organizację stricte polityczną, zwłaszcza od czasu, gdy zaczęła promować konkretny model praw człowieka, silnie związany z wartościami lewicowymi i laickimi. Z drugiej strony słabością wielu organizacji pozarządowych w Polsce jest często ich całkowite uzależnienie od dotacji pochodzących od władz publicznych - trudno wówczas mówić o ich niezależności czy pozarządowym charakterze.

Bodnar i Kucharczyk, podobnie jak wielu innych, wstydzą się lub obawiają polityczności, bo po prostu utożsamiają ją z partyjnością, a przymiotnik ten w tradycji naszej kultury politycznej odbierany jest pejoratywnie.

A przecież polityczność to nie partyjność! Polska Fundacja im. Roberta Schumana zawsze była polityczna. Nie partyjna, ale polityczna. Członkostwo w Unii, referenda, kampanie profrekwencyjne, wspieranie przemian demokratycznych na Białorusi, Ukrainie, w Gruzji czy Armenii, ratyfikacja traktatu z Lizbony - to tematy jak najbardziej polityczne. Panowie! Polityczność gwarantuje wymianę myśli - z definicji więc organizacje pozarządowe nie mogą być niepolityczne!

Dlatego Fundacja Schumana, ruch proeuropejski, który od lat organizuje Paradę Schumana, chce, aby od tego roku była ona agorą dla polityczności. By - mówiąc wprost - inne środowiska pozarządowe miały okazję wykorzystać jej potencjał i lobbować za swoimi sprawami.

Przed referendum akcesyjnym Parada była ewidentnym narzędziem w kampanii informacyjnej. Prognozowaliśmy, że po wejściu Polski do Unii Parady nie będzie, bo jej pierwotny sens marketingowy się wyczerpał. Ale ludzie nadal przyjeżdżają, czerpią radość z prostego poczucia bycia razem. W tym wydarzeniu drzemie jakaś siła.

Czy Graff chce powiedzieć, że nastąpił koniec nienarodzonego społeczeństwa obywatelskiego? Po 20 latach demokracji jesteśmy w momencie zmiany systemu wartości. Zagospodarowaliśmy podstawowe potrzeby: mamy pokój, wolność, zapewnione potrzeby materialne i w miarę stabilny system polityczny. Wyzwania, jakie stoją przed organizacjami pozarządowymi, to teraz przede wszystkim umiejętność definiowania rzeczywistości i nowych problemów, co zdeterminuje nasze zaangażowanie w sprawy publiczne.

Organizacje pozarządowe mają dziś kłopot z nazwaniem wyzwań, jakie przed nimi stoją, czego przykładem jest choćby polemiczny głos Kucharczyka i Bodnara, a zwłaszcza ich obawa, że artykuł Agnieszki Graff "pogorszy społeczny wizerunek NGO-sów i umocni negatywne stereotypy na temat ich działaczy".

Nie ma nic gorszego niż zabarykadowanie się i taplanie we własnym sosie. Kto ma mieć odwagę otwartej dyskusji i zawołania: "Król jest nagi!", jeśli nie my?

Anna Radwan-Röhrenschef - prezes Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana

  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':