http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Strategia mnożenia zbędnych bytów

Adam Leszczyński
2010-02-19, ostatnia aktualizacja 2010-02-19 19:51

Likwidacja pięcioletnich studiów? A co z medycyną? Mamy kształcić felczerów? - mówi psycholog społeczny Janusz Czapiński

Prof. Janusz Czapiński
Fot. Michał Mutor/AGENCJA GAZETA
Prof. Janusz Czapiński
Adam Leszczyński: Firma Ernst & Young na zlecenie rządu pokazała strategię rozwoju polskich uczelni...

Janusz Czapiński: Ten projekt to mieszanie w szklance z herbatą z nadzieją, że się stanie słodsza.

To zabrzmi paradoksalnie, ale nikt nie wykazał niskiego poziomu absolwentów polskich uczelni. Nie ma takich wskaźników, nie mówiąc o badaniach międzynarodowych. Mamy tylko rzetelne badania PISA, które pozwalają porównać poziom kształcenia gimnazjalnego i średniego. Wynika z nich, że polskie szkolnictwo średnie wypuszcza absolwentów średnich - zajmujemy miejsca mniej więcej w połowie stawki. Według jednego wskaźnika - czytania ze zrozumieniem - jesteśmy nawet dość wysoko.

Jeśli chodzi o poziom uczelni, jedynym miernikiem, jaki mamy, jest tzw. stopa zwrotu z wykształcenia - czyli o ile więcej są w stanie pracodawcy zapłacić za to, że ktoś przychodzi do nich z dyplomem. W Polsce wynosi ona ok. 30 proc. W sektorze prywatnym jest wyższa niż w publicznym - aż ok. 40 proc.! Taka jest premia za to, że ktoś zainwestował (bo większość płaci za studia) i zrobił dyplom.

Prywatny pracodawca nie patrzy jednak na dyplom, tylko daje więcej pieniędzy bardziej efektywnemu pracownikowi. Jeśli pracownik z dyplomem po odliczeniu kosztów zarabia 40 proc. więcej niż jego kolega, który studiów nie ukończył, to daje pewne świadectwo poziomu naszych studiów.

W krajach o podobnym do naszego poziomie rozwoju gospodarczego zwrot za ukończone studia to mniej więcej 9 proc.!

Czyli jest świetnie?

- Nie, ale wszystko zależy od tego, z czym się porównujemy. W PRL mieliśmy pewnie lepszych absolwentów. Ale dzisiaj mamy ich pięć razy więcej! Jest wśród nich niewątpliwie więcej ludzi wspaniale wykształconych i przygotowanych do różnych zawodów niż wtedy, chociaż średnia jest niższa.

W strategii Ernst & Young zupełnie nie rozumiem tworzenia nowych bytów. Po co "uczelnie badawcze"? Od badań w Polsce jest PAN. Zróbmy coś z tym archaicznym tworem. Moim zdaniem to bezproduktywny zżeracz pieniędzy. W bardzo wielu krajach nie ma w ogóle żadnej akademii nauk. U nas żaden rząd nie podołał ogromnej sile oporu PAN.

Strategia przewiduje większą autonomię uczelni w określaniu ścieżek kształcenia. To w porządku. Ale likwidacja pięcioletnich studiów? A co z medycyną? Mamy kształcić felczerów? My psychologowie też się upieramy przy jednolitych studiach pięcioletnich. Mamy za tym masę racji. Z europejskich dyrektyw, na które się powołują autorzy "strategii", nie wynika, że wszystkie kierunki mają być trzystopniowe [licencjat, magisterium, doktorat].

A studia bezpłatne kontraktowane przez państwo na tych samych zasadach na uczelniach publicznych i niepublicznych?

- Zapomnijmy o tym. Państwo nie jest w stanie ustalić wymogów rynku pracy. Nigdy nie było. Z diagnozy społecznej wynika np., że w Polsce nie brakuje inżynierów, wbrew temu, co twierdzi ministerstwo. Zawieranie tych kontraktów będzie wyłącznie konkursem siły lobbystycznej.

Sytuacja, w której na Uniwersytecie Warszawskim studiuje 800 archeologów, jest w porządku? Nie mają szans na pracę w zawodzie.

- Jest też kilkadziesiąt tysięcy absolwentów studiów pedagogicznych, których nikt nie potrzebuje. Ale to powinien regulować rynek.

Widocznie nie reguluje. Może coś z tym trzeba zrobić?

- Wystarczy zaczekać. Takich problemów nie należy regulować prawnymi zakazami i nakazami.

Tak jest np. z zakazem zatrudniania własnych doktorów, którzy są w "strategii". Od magisterium do dziś jestem na jednej uczelni. Nie sądzę, żebym był takim kiepskim badaczem.

W Ameryce w najlepszych uczelniach - tych, które mierzą w Nagrody Nobla - nie zatrudnia się własnych doktorów, chociaż żadna ustawa tego nie reguluje. Cała masa uczelni - które istnieją tylko po to, żeby uczyć - zatrudnia jednak własnych.

Weźmy też zakaz pracy na wielu etatach. W latach 90. nie wykształcilibyśmy tych milionów Polaków, gdyby go wtedy wprowadzono. W ciągu 10 lat liczba uczelni prywatnych spadnie o połowę i wieloetatowość zniknie sama ze względu na demografię: w 2018 r. będziemy mieli o połowę mniej 19-latków niż w roku 1992!

Już mamy coraz więcej doktorów habilitowanych, którzy szukają roboty.

  • 239 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':