Adam Leszczyński: Firma Ernst & Young na zlecenie rządu pokazała strategię rozwoju polskich uczelni... Janusz Czapiński: Ten projekt to mieszanie w szklance z herbatą z nadzieją, że się stanie słodsza.
To zabrzmi paradoksalnie, ale nikt nie wykazał niskiego poziomu absolwentów polskich uczelni. Nie ma takich wskaźników, nie mówiąc o badaniach międzynarodowych. Mamy tylko rzetelne badania PISA, które pozwalają porównać poziom kształcenia gimnazjalnego i średniego. Wynika z nich, że polskie szkolnictwo średnie wypuszcza absolwentów średnich - zajmujemy miejsca mniej więcej w połowie stawki. Według jednego wskaźnika - czytania ze zrozumieniem - jesteśmy nawet dość wysoko.
Jeśli chodzi o poziom uczelni, jedynym miernikiem, jaki mamy, jest tzw. stopa zwrotu z wykształcenia - czyli o ile więcej są w stanie pracodawcy zapłacić za to, że ktoś przychodzi do nich z dyplomem. W Polsce wynosi ona ok. 30 proc. W sektorze prywatnym jest wyższa niż w publicznym - aż ok. 40 proc.! Taka jest premia za to, że ktoś zainwestował (bo większość płaci za
studia) i zrobił dyplom.
Prywatny pracodawca nie patrzy jednak na dyplom, tylko daje więcej pieniędzy bardziej efektywnemu pracownikowi. Jeśli pracownik z dyplomem po odliczeniu kosztów zarabia 40 proc. więcej niż jego kolega, który studiów nie ukończył, to daje pewne świadectwo poziomu naszych studiów.
W krajach o podobnym do naszego poziomie rozwoju gospodarczego zwrot za ukończone studia to mniej więcej 9 proc.!
Czyli jest świetnie? - Nie, ale wszystko zależy od tego, z czym się porównujemy. W PRL mieliśmy pewnie lepszych absolwentów. Ale dzisiaj mamy ich pięć razy więcej! Jest wśród nich niewątpliwie więcej ludzi wspaniale wykształconych i przygotowanych do różnych zawodów niż wtedy, chociaż średnia jest niższa.
W strategii Ernst & Young zupełnie nie rozumiem tworzenia nowych bytów. Po co "uczelnie badawcze"? Od badań w Polsce jest PAN. Zróbmy coś z tym archaicznym tworem. Moim zdaniem to bezproduktywny zżeracz pieniędzy. W bardzo wielu krajach nie ma w ogóle żadnej akademii nauk. U nas żaden rząd nie podołał ogromnej sile oporu PAN.
Strategia przewiduje większą autonomię uczelni w określaniu ścieżek kształcenia. To w porządku. Ale likwidacja pięcioletnich studiów? A co z medycyną? Mamy kształcić felczerów? My psychologowie też się upieramy przy jednolitych studiach pięcioletnich. Mamy za tym masę racji. Z europejskich dyrektyw, na które się powołują autorzy "strategii", nie wynika, że wszystkie kierunki mają być trzystopniowe [licencjat, magisterium, doktorat].
A studia bezpłatne kontraktowane przez państwo na tych samych zasadach na uczelniach publicznych i niepublicznych? - Zapomnijmy o tym. Państwo nie jest w stanie ustalić wymogów rynku pracy. Nigdy nie było. Z diagnozy społecznej wynika np., że w Polsce nie brakuje inżynierów, wbrew temu, co twierdzi ministerstwo. Zawieranie tych kontraktów będzie wyłącznie konkursem siły lobbystycznej.
Sytuacja, w której na Uniwersytecie Warszawskim studiuje 800 archeologów, jest w porządku? Nie mają szans na pracę w zawodzie. - Jest też kilkadziesiąt tysięcy absolwentów studiów pedagogicznych, których nikt nie potrzebuje. Ale to powinien regulować rynek.
Widocznie nie reguluje. Może coś z tym trzeba zrobić? - Wystarczy zaczekać. Takich problemów nie należy regulować prawnymi zakazami i nakazami.
Tak jest np. z zakazem zatrudniania własnych doktorów, którzy są w "strategii". Od magisterium do dziś jestem na jednej uczelni. Nie sądzę, żebym był takim kiepskim badaczem.
W Ameryce w najlepszych uczelniach - tych, które mierzą w Nagrody Nobla - nie zatrudnia się własnych doktorów, chociaż żadna ustawa tego nie reguluje. Cała masa uczelni - które istnieją tylko po to, żeby uczyć - zatrudnia jednak własnych.
Weźmy też zakaz pracy na wielu etatach. W latach 90. nie wykształcilibyśmy tych milionów Polaków, gdyby go wtedy wprowadzono. W ciągu 10 lat liczba uczelni prywatnych spadnie o połowę i wieloetatowość zniknie sama ze względu na demografię: w 2018 r. będziemy mieli o połowę mniej 19-latków niż w roku 1992!
Już mamy coraz więcej doktorów habilitowanych, którzy szukają roboty.