http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wyborcze ziarna i plewy

Witold Gadomski
2010-02-18, ostatnia aktualizacja 2010-02-18 14:50

Donald Tusk, Hanna Gronkiewicz-Waltz i prezydent Lech Kaczyński na Pl. Krasińskich na mszy polowej z okazji 65. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego
Donald Tusk, Hanna Gronkiewicz-Waltz i prezydent Lech Kaczyński na Pl. Krasińskich na mszy polowej z okazji 65. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Wprawdzie prezydent ma w Polsce władzę ograniczoną, ale wybory głowy państwa będą miały ogromne znaczenie. Zadecydujemy o tym, czy chcemy modernizacji zapowiadanej przez PO, czy bliższa jest nam wizja Polski PiS-owskiej

Nieoficjalna kampania prezydencka już trwa, choć nawet nie wiadomo, kto ostatecznie w niej wystartuje. Wybory mogą przesądzić o kształcie sceny politycznej w najbliższej dekadzie oraz o kierunku przemian Polski. Wybrany jesienią prezydent może być sojusznikiem rządu Donalda Tuska, może go namawiać do szybszych prac nad ustawami, a może tak jak obecny prezydent rząd blokować. Może mieć ambicje stworzenia silnego ośrodka politycznego lub być biernym obserwatorem prac rządu. Im bliżej będzie wyborów, tym lepiej będziemy sobie uświadamiać, jaka jest w nich stawka. Na razie w dyskusji o wyborach więcej jest plew niż ziarna. Komentatorzy i politycy oceniają intencje głównych graczy, wychwytują ich kiksy, stawiają zbyt śmiałe prognozy, wróżą z fusów, nadinterpretują zmieniające się sondaże.

Siewcą plew okazał się, nie po raz pierwszy, Jarosław Kaczyński, ostrzegając w wywiadzie dla "Newsweeka", że posiada kompromitujące informacje o poważnym kandydacie, jakim po rezygnacji Tuska stał się Radosław Sikorski. Niektórzy dziennikarze natychmiast rozpoczęli śledztwo w nadziei odkrycia, co miał na myśli prezes PiS. To daremny wysiłek. Wszyscy pamiętamy, że prezydent próbował w 2007 roku nie dopuścić do mianowania Sikorskiego na stanowisko szefa MSZ i prowadził w tej sprawie rozmowę w cztery oczy z Donaldem Tuskiem, przekazując mu rzekome rewelacje o kandydacie. Po rozmowie Tusk podtrzymał swą decyzję, uznając argumenty prezydenta za nieistotne. O premierze można mówić różne rzeczy, ale nikt nie kwestionuje jego zdolności i intuicji politycznych. Skoro zaakceptował Sikorskiego, to znaczy, że "haki" przeciwko ministrowi istnieją tylko w głowie Kaczyńskiego.

Za wcześnie na sondaże

Przykład dwu ostatnich wyborów prezydenckich prowadzi do różnych wniosków, jeśli idzie o ocenę sondaży. W wyborach w roku 2000 od początku murowanym faworytem był Aleksander Kwaśniewski i rzeczywiście wygrał bez trudu już w pierwszej rundzie. W 2005 roku sondaże bardzo się zmieniały, przy czym ich dynamika nie była jednoznaczna. Tusk zaczynał jako outsider, po czym stał się faworytem, a w ostatnich dniach przed wyborami sondaże pokazywały spadek poparcia dla niego. Dziś nikt nie może przesądzić, czy w najbliższych wyborach powtórzy się sytuacja sprzed dziesięciu lat czy sprzed pięciu. Czy sondaże pozostaną stabilne aż do zwycięstwa faworyta, czy też czeka nas huśtawka notowań, które jeszcze kilkakrotnie pokażą zmianę na pozycji lidera?

Murowanym faworytem był Donald Tusk. Jego rezygnację niektórzy komentatorzy uznali za błąd, za przejaw pychy Platformy pewnej, że każdy jej kandydat wygra z Lechem Kaczyńskim. Sądzę, że to błędna ocena. Decyzja Tuska o pozostaniu na stanowisku premiera to element ambitnego i skomplikowanego planu stworzenia instytucjonalnych warunków do stabilnego rządzenia krajem. Premier naprawdę ma zamiar przeprowadzić zmiany konstytucyjne, jak nie w tej kadencji Sejmu, to w następnej. Czy mu się to uda, to już inna sprawa.

Tuska nie obchodzi, kto będzie w końcu 2010 roku lokatorem Dużego Pałacu. Ważne jest tylko to, by prezydentem był ktoś, z kim szef rządu będzie mógł współpracować, ktoś, kto nie będzie blokował rządu i stanowił centrum opozycji. A że będą napięcia między dwoma pałacami, to normalne.

Dlatego decyzja o przeprowadzeniu w Platformie czegoś w rodzaju prawyborów jest dobrym posunięciem. Ktoś, kto w rywalizacji odpadnie, nie będzie miał pretensji do szefa PO. A szeregowi członkowie partii poczują się dowartościowani: to oni wskażą kandydata, który natychmiast stanie się faworytem w wyścigu.

Szum informacyjny

Wielu komentatorów czuło się w obowiązku oburzyć na słowa Tuska, który w lekceważący sposób wypowiedział się o nikłych możliwościach prezydenta RP. Premier jasno dał do zrozumienia, że stanowiska prezydenta nie uważa za wystarczająco ważne, by się o nie ubiegać, ale jego wypowiedź była niezręczna i kandydat PO w wyborach - ktokolwiek nim będzie - pewnie nie raz będzie musiał się z niej tłumaczyć. Ale niezręczne wypowiedzi, o ile nie zdarzają się zbyt często, nie mają większego znaczenia. Każdy polityk od czasu do czasu palnie coś głupiego. Może potrzebne jest to dla higieny psychicznej?

Do "plew" zaliczam dyskusję o psychologicznych podstawach decyzji premiera, rezygnacji z kandydowania. Twierdzenie, że się przestraszył konfrontacji z Lechem Kaczyńskim, mimo że wszystkie sondaże wskazywały, że wygrałby z nim w cuglach, jest mocno naciągane. A co najważniejsze - jest nieweryfikowalne.

Zwykłym szumem informacyjnym są wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego - specjalisty od aluzji niemających ciągu dalszego - że Tusk wycofał się z wyścigu pod wpływem dogłębnych sondaży, pokazujących, że duża część elektoratu jest wciąż niezdecydowana. Na pół roku przed wyborami elektorat ma prawo być niezdecydowany. Ale to nie znaczy, że będzie głosował na kandydata PiS.

Jeszcze bardziej piętrowe koncepcje konstruują najbardziej aktywni harcownicy PiS: Jacek Kurski, Marek Migalski, Ryszard Czarnecki. Ich barwne wypowiedzi cytują media, dyskutują o nich w telewizji "gadające głowy". Ale to tylko "plewy", pseudosensacje, które żyją tylko dzień. Szkoda na nie czasu

Zamrożenie sceny czy nowe otwarcie

Sprawą, o której warto dyskutować jest timing wyborów. Jesienią będziemy wybierali zarówno prezydenta, jak i tysiące samorządowców, prezydentów miast, wójtów. Decyzje o konkretnych terminach są w rękach polityków PO. Wybory prezydenckie wyznacza marszałek Sejmu, a samorządowe - premier. Według nieoficjalnych wypowiedzi polityków PO partii Tuska zależy na jak najszybszej zmianie lokatora Pałacu Prezydenckiego i pierwsza tura wyborów może odbyć się już we wrześniu. To znaczy, że wybory samorządowe będą później, gdzieś pod koniec października lub w listopadzie. Wygrana kandydata PO - dziś bardzo prawdopodobna - będzie atutem w wyborach samorządowych, jeśli odbędą się one wkrótce po prezydenckich.

Ważnym pytaniem jest to, czy wybory spetryfikują scenę polityczną, czy też będą wstrząsem, który scenę przebuduje. Wygrana kandydata PO i porażka PiS w wyborach samorządowych zmusi działaczy tej drugiej partii do ponownego przemyślenia, kto powinien być ich przywódcą i w jakim kierunku partię prowadzić. Stanie się jasne, że bracia Kaczyńscy są obciążeniem, a nie atutem. A skoro tak, to aktualna stanie się sprawa sukcesji. W Polsce wszystkie partie (poza PSL) mają krótką historię i ich spoiwem jest często pozycja wodza.

Czy partie wodzowskie działające w otoczeniu demokratycznym mają szansę przetrwać wodza? To ciekawe pytanie dla politologów. Moim zdaniem nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Możemy więc obserwować po jesiennych wyborach załamanie się PiS, próbę budowy tratw i szalup, na których terenowi działacze będą starali się uratować. Nie wykluczałbym też, że jeśli Jarosław Kaczyński będzie zagrożony na stanowisku wodza, zdecyduje się na zniszczenie partii. Tak jak zniszczył Porozumienie Centrum, które wcześniej stworzył.

Wybory prezydenckie to wymarzony moment dla wyłonienia "trzeciej siły". Tak stało się w roku 2000, gdy Andrzej Olechowski uzyskał dobry wynik, startując jako kandydat niezależny. Ale historia rzadko się powtarza i dziś trudno liczyć na to, że sztab wyborczy Olechowskiego stanie się zalążkiem jakiejś nowej platformy. Chyba że niezależny kandydat przejdzie do drugiej rundy, co by było wielką sensacją i otwierało dla niego szanse na ostateczny sukces.

Wygrana kandydata PO i sukces tej partii w wyborach samorządowych zmienią dramatycznie równowagę sceny politycznej. Platforma stanie się partią dominującą, mającą szansę na samodzielne rządzenie. Ale zanim PO wygra kolejne wybory parlamentarne, będzie musiała pokazać, jakie cele chce realizować wówczas, gdy będzie miała pełnię władzy.

Prawdziwa stawka wyborów

Zwykle pytania stawiane kandydatowi na prezydenta dotyczące konkretnych rozwiązań ustawowych są źle adresowane, gdyż to nie prezydent, ale dysponujący większością parlamentarną rząd ma możliwość przeforsowania ustaw. Ale tym razem w wyborach prezydenckich będziemy odpowiadali na pytanie - czy chcemy modernizacji zapowiadanej przez PO, czy bliższa jest nam wizja Polski PiS-owskiej. Jeżeli wybory wygra kandydat PiS, zapewne Lech Kaczyński, Platforma przez następne pięć lat nie będzie miała szansy udowodnić, że ma dobry program dla Polski. Aż do 2015 roku będziemy dreptali w miejscu, obserwując kłótnię rządu z prezydentem.

Wygrana Lecha Kaczyńskiego wzmocniłaby nadzieje PiS na ponowne dojście do władzy. W jesiennych wyborach będziemy więc odpowiadali na pytanie, czy chcemy powrotu do czasów "IV RP", czy nie. To nie jest pytanie dla PiS wygodne, więc tym bardziej Platforma będzie starała się wokół niego rozegrać kampanię wyborczą.

Wygrana kandydata PO stworzy Platformie wymarzone warunki dla realizacji jej programu. To będzie moment prawdy rzeczywistych intencji partii Tuska, która nie będzie mogła już swej bezczynności tłumaczyć obawami przed prezydenckim wetem.

Platforma, mając swojego prezydenta, stanie wobec trudnego dylematu - czy jak najszybciej przeprowadzić zapowiadane reformy: zdrowia, edukacji, emerytur mundurowych, KRUS, mediów publicznych, czy też czekać z nimi do kolejnych wyborów parlamentarnych, które może odbędą się wiosną 2011, a być może dopiero jesienią.

Dysponująca pełnią władzy partia Tuska będzie mogła wrócić do swych pomysłów sprzed lat, o których już dawno nie mówi, uznając je za zbyt kontrowersyjne: wzmocnienia władzy samorządów, reformy podatków, liberalnej wersji ustawy o in vitro.

Z pewnością te wszystkie sprawy pojawią się w kampanii prezydenckiej. PiS będzie Polaków straszył wizją Polski liberalnej, sprywatyzowanych szpitali (choć Platforma ich prywatyzacji nie zapowiada), płatnych wyższych szkół (to również nie jest pomysł PO), zubożonej wsi, której PO chce rzekomo odebrać KRUS.

Ale PiS nie będzie w sytuacji komfortowej. Trudno będzie odgrzać podział sprzed pięciu lat: Polski solidarnej kontra liberalnej, skoro to rząd PiS przeprowadził sztandarowe pomysły liberałów: obniżył górną stawkę podatku dochodowego i częściowo zlikwidował podatek spadkowy. PiS nie będzie też mógł na każdą propozycję reform proponowaną przez Platformę odpowiadać: "nie, bo nie". Powinien przedstawiać własne pomysły, których na razie nie ma.

W czasie kampanii wyborczej podstawowe znaczenie ma język, którym partie porozumiewają się z wyborcami. PO będzie musiała jednocześnie tłumaczyć, dlaczego tak niewiele zrobiła przez dwa i pół roku rządów, zapewniać, że ma dobre pomysły i nie zapomina o swoim programie, a jednocześnie uspokajać, że pamięta o ludziach, którzy wolą bezpieczeństwo niż modernizację.

PiS będzie wyjaśniać, że IV RP była dobrym pomysłem, a jednocześnie uspokajać, że nie dąży do jej recydywy. Oba sztaby będą uprawiały propagandową ekwilibrystykę. Będzie w niej wiele plew, ale też trochę ziaren, gdyż ostatecznie chodzić będzie o to, czy Polska będzie się modernizowała szybciej, wolniej, czy może będzie się cofać.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    35 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':