Słabość społeczeństwa obywatelskiego w Polsce to problem, na który od lat wskazują zarówno publicyści, jak i sami działacze/działaczki. W "Gazecie" (6 stycznia) źródeł tego stanu rzeczy poszukuje Agnieszka Graff, skupiając się głównie na tzw. NGO-izacji, czyli biurokratyzacji i nadmiernej profesjonalizacji organizacji pozarządowych.
Niestety, o ile sam problem jest aktualny i godny uwagi, o tyle niektóre tezy autorki budzą wątpliwości. Twierdzi ona bowiem, że "feministki godzą się na usługowy, apolityczny model ruchu społecznego", uwiarygodniając w ten sposób patriarchat, zaś "lewicowcy stają się listkiem figowym kapitalizmu". Sugeruje, że słabość społeczeństwa obywatelskiego jest, przynajmniej po części, efektem atrofii NGO-sów przejmujących neoliberalny model myślenia i takiż język. Jednym słowem działający w NGO-sach to w dużej mierze "urzędasy, bez serc, bez ducha", których działania nie tylko nie podważają zasad działania państwa, ale wręcz je legitymizują.
Wierzę w zadeklarowaną przez autorkę dobrą wolę. Zgadzam się też, że problemy wymienione w tekście, jak choćby nadmierne uzależnienie od grantodawców, przejęcie języka biurokracji czy nieumiejętność mobilizowania szerszych grup społecznych, wymagają dyskusji. Jednak obraz polskich NGO-sów jako "apolitycznej usługówki" uważam za uproszczony. Tezę, jakoby przyczyniły się one do uwiądu obywatelskiej aktywności, nie oferując innych form uczestnictwa w ich działaniach poza pracą na etacie, za nieprawdziwą. Warto przy tym zaznaczyć, że mówię raczej z zewnątrz bo - choć uczestniczę w organizacji warszawskich Manif - sama nigdy nie pracowałam w żadnym NGO-się, a kondycją kobiecych organizacji pozarządowych zajmuję się jako socjolożka w ramach projektu badawczego dotyczącego ruchów społecznych.
Część problemów z tekstem Graff wynika z tego, iż pisze o procesach dotyczących całego sektora pozarządowego, nie różnicując typów organizacji ani obszarów prowadzonej przez nie działalności. Często za to odwołuje się do polskich organizacji kobiecych, co może sugerować, iż to środowisko w szczególny sposób dotknięte jest profesjonalizacją, a wiele działaczek to etatowe pracownice organizacji hojnie obdarowywanych rządowymi pieniędzmi.
Tymczasem jej diagnoza lepiej pasuje do realiów Europy Zachodniej, choć tam procesem równie groźnym jak NGO-izacja jest tzw. państwowy feminizm, czyli przejęcie działań antydyskryminacyjnych i prokobiecych przez agendy rządowe. W zamyśle chodziło o to, by uwzględniać kwestię płci w planach i działaniach rządu, np. przy pisaniu ustaw, planowaniu budżetu etc. W praktyce często sprowadza się to do powoływania urzędników o dyskryminacji niemających zielonego pojęcia, ale świetnie odnajdujących się w biurokratycznej machinie, albo po prostu należących do partyjnego establishmentu.
Jaskrawym przykładem tego trendu na polskim podwórku jest Elżbieta Radziszewska, pełnomocnik rządu ds. równego traktowania. Przedstawicielki organizacji kobiecych wielokrotnie żądały jej odwołania. Niestety, aby ten polityczny postulat został wysłuchany, musiałby istnieć ktoś, kto na żądania społeczeństwa obywatelskiego zwraca uwagę.
Graff twierdzi, że NGO-sy gubią gdzieś wizję i misję, podążając za pieniędzmi na granty. Rzeczywiście uzależnienie od grantodawców jest problemem wielu organizacji, ale czy należy je za to winić? Należy raczej uznać, że groźne dla demokracji jest funkcjonowanie państwa oraz ciał ponadnarodowych takich jak UE według neoliberalnych zasad. W ich ramach każde działanie musi przynieść łatwe do zmierzenia zyski, najlepiej w jak najkrótszym czasie i przy zmniejszeniu do minimum ryzyka inwestycji. Mechanizm ten działa skutecznie w polityce - zasady finansowania partii w Polsce sprawiają, że nowe inicjatywy, np.
Partia Kobiet, nie mają szans na powodzenie.
Czy istniejące NGO-sy mają szansę rozbić ów system, być ziarnkiem piasku w mechanizmie? Według Graff nie, m.in. dlatego, że nie potrafią przyciągnąć obywateli i nie oferują im żadnych sensownych form działania. Pisze ona m.in. że "w Polsce nie ma ani jednej organizacji feministycznej, do której można by się zwyczajnie zapisać i uczestniczyć w jej działaniu według jakichś klarownych reguł, nie będąc jej etatową pracowniczką".
Trudno zgadnąć, dlaczego pomija wolontariat. Łatwo przecież sprawdzić, że np. w wymienionej przez nią fundacji Feminoteka w 2007 r. pracowało dziesięć wolontariuszek, podczas gdy na umowę o pracę zatrudnionych było pięć osób. Czy jednak rzeczywiście potencjalnych kandydatów do zaangażowania się w działania NGO-sów są rzesze, a przeszkadza im jedynie brak inicjatywy ze strony organizacji?
Niestety, według badań stowarzyszenia Klon-Jawor w ciągu ostatnich trzech lat systematycznie spada liczba dorosłych Polaków, którzy podjęli się wolontariatu. W 2008 r. odsetek ten wyniósł 11,3 proc. Czyżby rację miała Wanda Nowicka ("Gazeta" z 12 stycznia): jesteśmy społeczeństwem, któremu nic się nie chce?
Niekoniecznie. Podejmowanie dobrowolnej pracy na rzecz innych wynika nie tylko z postaw prospołecznych, ale też z uwarunkowań ekonomiczno-strukturalnych. Czyli np.emigracja (masowa w ostatnich latach) zmniejsza liczbę chętnych do wolontariatu. Podobne skutki wywołuje polepszenie się sytuacji na rynku pracy (dzięki temu staż w NGO-sie nie jest już tak cenny).
Te zjawiska dotyczą w dużej mierze ludzi młodych, którzy najchętniej podejmują się pracy wolontariackiej. Kto na tym traci? NGO-sy. Kto zyskuje? Paradoksalnie
Kościół. Jak bowiem wynika ze wspomnianych badań, dziś wolontariusze najchętniej wspierają pracą "organizacje i grupy pomagające najuboższym", czyli obszar, którym - jak słusznie wskazuje Nowicka - zajmuje się w Polsce Kościół, oraz "organizacje i ruchy religijne, parafialne".
Tu dochodzimy do kolejnej problematycznej tezy - Agnieszka Graff twierdzi bowiem, że „najpotężniejszym przejawem społeczeństwa obywatelskiego jest Rodzina Radia Maryja, zdolna do mobilizowania zastępów wolontariuszy czy manifestantów”, zaś „tworzone przez Rodzinę »podwórkowe kółka różańcowe dzieci « to masowy oddolny ruch społeczny”. Biorąc pod uwagę, że Rodzina Radia Maryja powstała w oparciu o jedną z najpotężniejszych w Polsce instytucji, czyli Kościół katolicki, który dysponuje funduszami, hierarchiczną strukturą, politycznymi wpływami oraz ma niemal nieograniczony dostęp do mediów, nazwanie owego ruchu „oddolnym” czy „spontanicznym” budzi wątpliwości. A porównanie go do NGO-sów zwyczajnie nie ma sensu - nie bez przyczyny większość socjologów nie zalicza Kościołów do sfery społeczeństwa obywatelskiego. Jeśli wzorcem dla NGO-sów - w kwestii skali i sposobu działania - ma być Rodzina Radia Maryja, to należałoby zapytać, kto miałby pełnić funkcję, jaką Kościół katolicki pełni w stosunku do inicjatywy ojca Rydzyka?
Tu wracamy do styku społeczeństwa i państwa, czyli sfery realnej politycznej władzy. Czy istniejący system polityczny jest na tyle otwarty, aby zmiana była możliwa? W tej kwestii zgadzam się z Graff - nie. Przykładem może być inicjatywa tzw. alimenciar, czyli kobiet walczących o przywrócenie Funduszu Alimentacyjnego. Z punktu widzenia socjologicznych teorii dotyczących ruchów społecznych postępowały one zgodnie z najlepszymi wzorcami. Zmobilizowały się, utworzyły sieć niewielkich organizacji i stowarzyszeń, które wspólnie zaczęły nagłaśniać problem w mediach. Uzyskały pomoc istniejących organizacji, także feministycznych. To z kolei zaowocowało obywatelskim projektem ustawy przywracającej Fundusz i szerokim poparciem społecznym - 300 tys. podpisów pod projektem to dwa razy więcej, niż zebrał Kongres Kobiet.
Projekt trafił do Sejmu i I nic. Ustawę odłożono na półkę, a przywrócenie Funduszu w postaci mniej korzystnej, niż tego żądały same zainteresowane, przegłosowano dopiero w 2007 r., w ostatnim dniu przed rozwiązaniem Sejmu.
Historia alimenciar to gorzka lekcja. Państwo pokazało im, że - niczym w dziecięcym wierszyku - "choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów", to nie wygrają z lekceważeniem i obojętnością polityków.
Być może jako społeczeństwo okazaliśmy się po prostu pojętnymi uczniami. Czy jednak - jak zdaje się twierdzić Agnieszka Graff - w latach 90. system polityczny był otwarty, a ludzie wierzący w lewicowe ideały popełnili błąd, angażując się w NGO-sy, zamiast tworzyć partię? Pamiętajmy, że już wtedy zlekceważono ponad milion podpisów pod propozycją referendum w sprawie aborcji. Już wtedy, na samym początku nowej, wspaniałej Polski zlikwidowano kobiecą sekcję "Solidarności" za protest w sprawie ustawy antyaborcyjnej. Część osób nie tyle zrezygnowała z polityki, ile została z niej wyrzucona. Dlatego założenie, że system polityczny w latach 90. był otwarty, czego nie wykorzystały środowiska lewicowe, pozostaje dyskusyjne.
Agnieszka Graff wymienia społeczne mobilizacje - Manify 8 marca czy Kongres Kobiet - jako przykłady, że "da się działać inaczej", czyli i spontanicznie, i politycznie. Rzeczywiście, niewielka grupka entuzjastek może porwać tłumy i spróbować zmienić świat. Należy jednak zauważyć, że w obu inicjatywach działają osoby z NGO-sów, że korzystały one z pomocy istniejących organizacji, np. przy zbieraniu podpisów pod projektem ustawy o parytetach.
Czy bez tej pomocy udałoby się zebrać ponad 100 tys. podpisów? Wątpię. Według socjologów zajmujących się ruchami społecznymi istnienie bazy organizacyjnej, m.in. w postaci NGO-sów, jest jednym z warunków zaistnienia szerokich ruchów społecznych. Jak pisze Doug McAdam, "istniejące organizacje są głównym źródłem zasobów ułatwiającym pojawienie się ruchu. Grupy te tworzą kontekst organizacyjny, w którym ma rozwinąć się akcja protestacyjna". Dlatego nie zgadzam się z Graff, że można albo angażować się w NGO-sy, albo wejść w politykę i zmienić system. Należy robić obie te rzeczy.
* dr Elżbieta Korolczuk socjolożka, kulturoznawczyni. Bada społeczne mobilizacje kobiet w ramach projektu realizowanego na Södertörns Högskola w Sztokholmie. Członkini nieformalnej organizacji feministycznej Porozumienie Kobiet 8 Marca