Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Prof. Józefina Hrynkiewicz (
"KRUS jest dobry, a nie zły", "Gazeta", 10 lutego) pozwoliła sobie na sugestię (choć trafniej byłoby ją nazwać imputacją), że krytycy utrzymywanego na koszt podatników hojnego systemu zabezpieczeń społecznych ludności wiejskiej powodowani są kompleksami wynikającymi z chłopskiego pochodzenia, którego się wstydzą, lub zawiścią wobec nielicznych bogatych rolników kłujących w oczy swą zasobnością.
Na początek zatem wyznanie: moi rodzice urodzili się na wsi, lecz każde z nich jako dziecko, jeszcze przed II wojną światową, przeniosło się do miasta (ojciec wraz z całą rodziną, mama w poszukiwaniu gimnazjum, skądinąd trafiła do prywatnego). Chciałbym, aby jak najwięcej mieszkańców zacofanej, przeludnionej i niewydolnej polskiej wsi znalazło inne miejsce zamieszkania i źródło utrzymania.
Prof. Hrynkiewicz, podobnie jak inni teoretycy (np. Halina Flis-Kuczyńska w artykule "Dopłaty działają!" w "Gazecie" z 10 grudnia), martwią się natomiast, jak najskuteczniej zapewnić ludności wiejskiej jak najlepsze warunki życia, bez konieczności zmiany jej liczebności, sieci osadniczej, struktury agrarnej czy zawodowej. To oznacza dalsze przerzucanie kosztów utrzymania tej części społeczeństwa na pozostałych Polaków.
Problem przecież nie w tym, czy
KRUS jest dobrze zarządzany, lecz z jakich źródeł jest zasilany. Otóż w ponad 80 proc. (a w przypadku funduszu emerytalno-rentowego w ponad 90 proc.) z dotacji budżetu państwa, czyli z podatków ściąganych od ludności pozarolniczej. W tle jednak kryje się jeszcze poważniejszy problem stanowiący wielkie cywilizacyjne wyzwanie stojące przed naszym krajem: czy jest możliwe w XXI wieku osiągnięcie szybkiego rozwoju, przeprowadzenie gruntownej modernizacji i zapewnienie bogactwa społeczeństwu, którego trzecia część żyje nieproduktywnie na wsi, utrzymuje się głównie z dotacji, subwencji, zasiłków i innych świadczeń oraz nie wiadomo czego, ewentualnie pracy na czarno?
Prof. Hrynkiewicz stwierdza, że "mamy na wsi 7 proc. gospodarstw, które m o g ą przynosić rolnikom dochód". Zatem 93 proc. gospodarstw i na pewno jeszcze wyższy odsetek ludności rolniczej (w biedniejszych rodzinach jest więcej dzieci) ma na zawsze pozostać na utrzymaniu innych? Wszak prof. Hrynkiewicz przekonuje, by tej "reszty nie ruszać".
Perswaduje ona także, że bez obecnego systemu wspierania ludności wiejskiej przez dotacje, dopłaty, subwencje, refinansowanie składek, zwolnienia podatkowe i inne świadczenia koniecznością stałoby się przejęcie tych ludzi na utrzymanie opieki społecznej. Otóż rzeczywistą alternatywą jest znalezienie przez nich innych źródeł utrzymania, czyli produktywnej pracy. Na wsi to nie będzie możliwe, przynajmniej na skalę wymaganą przez liczbę tej ludności i jej koncentrację w najsłabiej rozwiniętych regionach kraju. Aby jednak chcieli jej szukać w mieście, różnica między dotychczasowym a możliwym do uzyskania standardem życia musi być na tyle wyraźna, by kompensowała trudy związane ze zmianą miejsca i sposobu życia.
Mówiąc brutalnie, tylko bieda wygna ludzi ze wsi do miast. Natomiast system służący zwalczaniu biedy na samej wsi, poprzez transfery socjalne zapewniające ludności wiejskiej znośne warunki życia, bez związku z jej produktywnością, tylko zakonserwuje zacofaną strukturę agrarną, zawodową i społeczną.
Prof. Hrynkiewicz odwołuje się do argumentu szczególnie sugestywnego, bo emocjonalnego, mianowicie losu dzieci wiejskich. Jak stwierdza, to właśnie na wsi rodzi się 40 proc. wszystkich polskich dzieci. To powinno budzić zmartwienie, oznacza bowiem, że prawie połowa młodych Polaków dorasta w warunkach strukturalnie ograniczających ich rozwój. Na wsi, zwłaszcza przy tak rozproszonej sieci osadniczej jak u nas, nigdy szeroko rozumiana infrastruktura nie dorówna tej dostępnej w miastach.
Żadne nakłady, choć zrujnowałyby budżet państwa, tej różnicy nie zniwelują, a co gorsza - będą hamować procesy migracji do miast. Zapewnienie finansowania z pieniędzy podatników (polskich i europejskich - to ostatnie jednak w przyszłości niepewne) znośnego standardu życia na wsi, bez warunku znalezienia produktywnej pracy, będzie prowadzić do zatrzymywania nadwyżki ludności na wsi, utrwalając jej przeludnienie i ekonomiczną niewydolność.
Proces modernizacji naszego kraju i polskiego społeczeństwa musi oznaczać urbanizację. Tymczasem migracja ze wsi do miast praktycznie po 1989 r. zamarła, a od 2000 r. jest wręcz ujemna, czyli udział ludności wiejskiej w polskim społeczeństwie rośnie! Niedawno w różnych miejscach kraju mieliśmy protesty przeciwko zamiarom przyłączania terenów wiejskich do pobliskich miast. To namacalny i nieskłamany dowód, że status mieszkańca wsi staje się bardziej atrakcyjny niż perspektywy życia w mieście.
Dzieci w podręcznikach czytają, że wielką bolączką i źródłem zacofania zarówno Polski zarówno przedrozbiorowej, jak i II Rzeczypospolitej były archaiczne stosunki agrarne, przeludnienie i niska produktywność wsi, niedorozwój miast i mieszczaństwa oraz brak nowoczesnego przemysłu. To samo trapi także III Rzeczpospolitą. Zamiast zastanawiać się i dyskutować o tym, jak te polskie utrapienia i zagrożenia wyeliminować, niektórzy teoretycy i politycy kombinują, jak ten stan utrzymać i przekonują, że tak będzie lepiej. Dawniej czynili to w partykularnym interesie szlachty i ziemiaństwa, dla obrony którego sabotowali dążenia ówczesnych reformatorów do modernizacji państwa. Dziś to politycy chłopscy i wspierający ich ideolodzy z podobnym zapałem, w interesie podobnie zacofanej wsi blokują przekształcenia społeczne i ekonomiczne niezbędne dla uczynienia Polski nowoczesną i bogatą.
Rzeczpospolita szlachecka i II Rzeczpospolita źle skończyły. III RP wciąż ma szanse i oby ich nie zmarnowała.
*Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego