http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Putin zaprosił, ale kto pojedzie

Marcin Wojciechowski
2010-02-12, ostatnia aktualizacja 2010-02-12 13:44

Przed tegorocznymi uroczystościami w Katyniu polscy politycy powinni odpowiedzieć sobie na pytanie: czy ważniejsze są ambicjonalne przepychanki między prezydentem a premierem, czy też obecność w Katyniu premiera Putina, formalnie drugiej, a faktycznie pierwszej osoby w Rosji?


Fot. Piotr Janowski / AG
- Moim zdaniem niezależnie od intencji drugiej strony trzeba przyjąć rosyjskie zaproszenie za dobrą monetę. Putina musi naprawdę sporo kosztować wyjazd do Katynia. Doceńmy ten gest i dajmy mu być gospodarzem tych uroczystości - mówi prof. Roman Kuźniar z Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW.

Od razu po telefonie Władimira Putina do Donalda Tuska zapraszającego polskiego premiera na kwietniowe uroczystości do Katynia podniosły się głosy, że to sprytna pułapka Moskwy, by rozgrywać polskich polityków. - Putin rozgrywa Tuska i układa skład polskiej delegacji na obchody w Katyniu. Tak właśnie wygląda polityka rządu PO wobec Rosji - mówi polityk PiS związany z prezydentem Lechem Kaczyńskim.

Nawet rzecznik rządu Paweł Graś doszukuje się podtekstu w tym, że strona rosyjska pięć minut po rozmowie Putina z Tuskiem ujawniła jej treść. Polski premier nie miał szans skontaktować się z prezydentem, by sam przedstawić mu jej treść i na spokojnie wypracować jakieś stanowisko wobec zaproszenia Putina. Rosjanie zazwyczaj nie są zbyt wylewni wobec mediów. Szybkie ujawnienie rozmowy Putina z Tuskiem musiało mieć więc jakiś cel. Być może chodziło o sprowokowanie Lecha Kaczyńskiego do gwałtownej reakcji na to, że o zaproszeniu Tuska do Katynia dowiedział się z mediów. Prezydent haczyk połknął. Od razu zapowiedział, że też chce być w kwietniu w Katyniu i ma nadzieję, że dostanie rosyjską wizę.

Udział polskiego prezydenta w uroczystościach katyńskich nie jest Rosjanom na rękę z kilku powodów. Główny ciężar w stosunkach z Polską wyraźnie wziął na siebie ostatnio w Moskwie premier Putin. To on był 1 września na Westerplatte. To on napisał artykuł opublikowany w przeddzień tej wizyty w "Gazecie Wyborczej", w którym potępił pakt Ribbentrop-Mołotow i wyraził wolę poprawy stosunków z Polską. Były w tym tekście pewne fragmenty rażące polską wrażliwość (relatywizacja postępowania Stalina), ale był to jednak gest, który musiał Putina kosztować sporo wysiłku i którego nie sposób nie docenić. W Polsce oczywiście od razu znaleźli się sceptycy wytykający, że to za mało. Ale biorąc pod uwagę, że Putin rzadko wyciąga dłoń do zgody i niechętnie krytykuje radziecką przeszłość, był to jednak znaczący gest. Prezydent Kaczyński odpowiedział na ten gest, nazywając w swoim przemówieniu Katyń "zbrodnią ludobójstwa" i "zemstą za sowiecką przegraną w wojnie polsko-bolszewickiej 1920". Pomijając spory prawne - bo wcale nie jest jednoznaczne, czy Katyń można zakwalifikować jako ludobójstwo - był to dla Putina pewnego rodzaju policzek. Jego gest w postaci przyjazdu do Gdańska spotkał się z ostrą reakcją prezydenta Polski. Rząd PO-PSL od początku swego istnienia przestał upierać się, by Rosja uznała Katyń za ludobójstwo. Wystarczy termin zbrodni wojennej albo zbrodni przeciwko ludzkości, które także nie ulegają przedawnieniu. Za ludobójstwem jest IPN, PiS oraz prezydent Kaczyński.

Trudno się więc dziwić, że Rosja nie chce, by podczas kwietniowych obchodów w Katyniu Lech Kaczyński powtórzył "to było ludobójstwo". Ryzyko jest realne, bo prezydent prowadzi już de facto kampanię przed jesiennymi wyborami. Zaś dla jego elektoratu słowa, że Katyń był ludobójstwem, to oczywistość. - Zależy nam, by uroczystości katyńskie nie przerodziły się w demonstrację polityczną - powiedział niedawno rosyjski szef MSZ Siergiej Ławrow. Rosyjscy dyplomaci precyzują, że chodzi o to, by te uroczystości nie zostały wykorzystane przez polskich polityków do wewnętrznej rozgrywki. - Wśród przeciętnych Polaków nastroje antyrosyjskie są naprawdę niewielkie - mówi "Gazecie" rosyjski dyplomata. - Ale wasi politycy uważają za punkt honoru, by na tych nastrojach zagrać.

Rezygnacja premiera Tuska z kandydowania na urząd prezydenta sprawia, że ma mniej powodów, by ulec pokusie wykorzystywania uroczystości katyńskich politycznie. Rosja zgodziła się być po raz pierwszy gospodarzem ceremonii w Katyniu, by przejąć nad nimi większą kontrolę. Do tej pory organizatorem tych uroczystości byli Polacy, zaś Rosja zapewniała jedynie oprawę protokolarną. Nigdy w Katyniu nie było rosyjskich polityków rangi prezydenta czy premiera. Program uroczystości układała strona Polska, a Rosja zapewniała asystę wojskową oraz obecność urzędników na szczeblu wiceszefa MSZ, gubernatora obwodu smoleńskiego czy przedstawiciela prezydenta w federalnym okręgu zachodnim.

Przed tegorocznymi uroczystościami w Katyniu polscy politycy powinni więc sobie odpowiedzieć na istotne pytanie: czy ważniejsze są ambicjonalne przepychanki między prezydentem a premierem, czy też obecność w Katyniu Putina, formalnie drugiej, a faktycznie pierwszej osoby w państwie rosyjskim? Jest szansa, że obecność Putina w Katyniu sprawi, iż wkrótce znikną problemy z odtajnieniem akt rosyjskiego śledztwa w sprawie zbrodni katyńskiej. Być może pójdą za tym rehabilitacje ofiar. Na pewno po jednoznacznym wystąpieniu Putina w Katyniu w rosyjskich mediach z trudem przejdą - w przeszłości powtarzane co jakiś czas - brednie, że tej zbrodni mogli dokonać Niemcy. Wreszcie będzie to pierwsza polsko-rosyjska uroczystość na tak wysokim szczeblu służąca pojednaniu obu narodów. To naprawdę świetna okazja, by oddać hołd polskim i rosyjskim ofiarom represji stalinowskich bez rozróżniania ich na naszych i waszych. I pokazać, że tragedia stalinizmu może łączyć, a nie dzielić.

Wariantów wyjścia z sytuacji jest kilka. Prezydent Kaczyński może zrezygnować z wyjazdu do Katynia wraz z premierami Polski i Rosji, co wydaje się mało prawdopodobne. Może pojechać i zachowywać się powściągliwie, szanując, że gospodarzem uroczystości jest premier Putin, a jego protokolarnym partnerem premier Tusk, prezydent zaś symbolicznym szefem polskiej delegacji.

Wariant, że w Katyniu wraz z polskim prezydentem pojawi się prezydent Dmitrij Miedwiediew, jest mało realny. Niewykorzystane przez prezydenta Miedwiediewa zaproszenie na styczniowe uroczystości wyzwolenia obozu w Auschwitz pokazuje, że nie zamierza on łatwo zapomnieć antyrosyjskich gestów i słów Lecha Kaczyńskiego. Tak więc z czysto protokolarnych względów Kaczyński będzie w Katyniu kwiatkiem u kożucha. Z drugiej strony prezydent może pojechać na uroczystości katyńskie z tzw. wizytą prywatną. Będzie przyjmowany jak głowa państwa, ale nie będzie odgrywał roli politycznej.

Prezydent jest pierwszą osobą w państwie i zwierzchnikiem sił zbrojnych. W Katyniu leżą zaś zamordowani polscy oficerowie. Blokowanie wyjazdu Lecha Kaczyńskiego do Katynia byłoby więc bezduszne. Rację ma szef MSZ Radosław Sikorski, zapewniając, że jeśli prezydent zechce, to pojedzie do Katynia. Ale lepiej, by polscy politycy spokojnie i zawczasu uzgodnili formułę udziału w uroczystościach katyńskich - z prezydentem lub bez niego. Jeśli taka decyzja zostanie wypracowana, to Rosja nie będzie miała kogo ani co rozgrywać.

  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':