Kongres Kobiet wziął się z poczucia buntu, że obchody 20-lecia przemian w Polsce zostały zawłaszczone przez mężczyzn. Jakby nas w tym kraju nie było, jakby wszystko zależało od nich i tylko od nich. Stąd idea, na początku mocno nieskrystalizowana, jakiegoś spotkania, manifestacji, seminarium, które pokazałoby, że Polki też odegrały znaczącą rolę w polskiej transformacji. I postanowienie, że nie będzie na nim ani jednego mężczyzny. Szybko okazało się, że pomysłów i spraw do załatwienia jest tak dużo, iż wymaga to co najmniej dwóch dni, wielu paneli i Sali Kongresowej. Zderzenie z czterema tysiącami kobiet pełnych energii, idei, z ogromnym dorobkiem zawodowym i rodzinnym, które na co dzień i na każdym kroku, żeby mieć wpływ na to, co dzieje się wokół, musiały być lepsze i pracowitsze od swoich kolegów w korporacji, w urzędzie, w partii, w samorządach, pokazało, że marnujemy ogromny potencjał nie tylko dlatego, że marginalizujemy kobiety w życiu publicznym, ale także dlatego, że ignorujemy inny niż męski punkt widzenia. Co ważne, Kongres Kobiet skupił różne środowiska: feministki obok kobiet biznesu, nauczycielki, akademiczki, studentki, emerytki, katoliczki i ateistki.
Wtedy też zrozumiałam, że bez zaprogramowania zmiany, która prowadziłaby do większej obecności kobiet w polityce, w życiu publicznym, będziemy dalej spychane do kąta z lekceważącym uśmiechem i hasłem: "Ach, te feministki ".
Zrozumiałam, że sam entuzjazm i sukcesy nielicznych nie wystarczą. Tak stałam się gorącą zwolenniczką ustawowej gwarancji parytetu kobiet i mężczyzn na listach wyborczych.
Moje argumenty Ustawa o parytetach jest ważna, bo daje szansę w świecie zdominowanym przez mężczyzn większego wyboru i większej konkurencji. Jako społeczeństwo przyzwyczailiśmy się, że w polityce, w życiu publicznym, także w korporacjach, karty rozdają mężczyźni. Kobiety bywają kwiatkiem do kożucha, żeby nikt nikogo nie mógł posądzić o dyskryminację. Ale dyskryminacja jest faktem. W Sejmie kobiety to zaledwie 20 proc. jego składu, w Senacie - jeszcze mniej, bo 8 proc. Prof. Radosław Markowski martwi się, że więcej kobiet na listach wyborczych oznacza, że głosy na nie się rozproszą i w efekcie w Sejmie będzie ich jeszcze mniej. Dlaczego jednak nie ma tego kłopotu z kandydatami, a ma być z kandydatkami? Mechanizm parytetu jest dobrym instrumentem tworzenia politycznej reprezentacji całego społeczeństwa. To trochę jak gra w totolotka: żeby wygrać, trzeba skreślić kupon. Żeby kobiety miały swoją szansę w polityce, muszą mieć najpierw szansę znalezienia się na wyborczych listach. Ich brak na listach wynika z decyzji elit partyjnych, a nie decyzji wyborców.
To prawda, że dziś w partiach, szczególnie na szczytach, jest mało kobiet. Ale właśnie dlatego, że odgrywają tam wyłącznie role wyznaczone przez kolegów, a jak przychodzi do budowania list wyborczych, to się o nich "zapomina", bo polityka to twarda, męska gra. Jestem przekonana, że jeśli tylko otworzą się nowe możliwości, choćby wymuszone przez ustawę, nie zabraknie chętnych kobiet, świetnie wykształconych (kobiety w Polsce także statystycznie są lepiej wykształcone niż mężczyźni), z dużym temperamentem politycznym, które podejmą ryzyko startu w wyborach.
Ustawa o parytetach jest ważna, bo jeśli wejdzie w życie, zmieni i sposób uprawiania polityki, dziś trudny do zaakceptowania, bo sprowadzający się w przewadze do nieustannej walki, i priorytety tej polityki. Jeśli dziś największym polskim wyzwaniem, także społecznym, jest niski wskaźnik zatrudnienia i niski wskaźnik urodzin, co grozi poważnym kryzysem gospodarczym i demograficznym, trudno zaplanować dobre rozwiązania bez głosu kobiet. Trudno też sprawy kobiet, ważne dla ponad połowy polskiego społeczeństwa, umieścić w głównym nurcie agendy politycznej, skoro ta jest ustalana przede wszystkim przez mężczyzn. W Norwegii, gdy udało się przekroczyć udział kobiet w parlamencie powyżej 35 proc., zmiana agendy się powiodła.
Premier Donald Tusk, w trakcie lutowej prezentacji planu reformy i konsolidacji finansów publicznych sam przyznał, że dopiero żona zwróciła mu uwagę, iż priorytety rządu są bardzo "męskie": stadiony na Euro 2012, "orliki" w każdej gminie, drogi. A tu trzeba myśleć także o żłobkach, przedszkolach, sposobach godzenia życia rodzinnego z zawodowym, jeśli chcemy tę reformę finansów publicznych zakończyć sukcesem.
Polskiej polityce jest niezbędny inny punkt widzenia.
Ustawa o parytetach jest ważna, bo w krajach, w których wprowadzono parytet, albo choćby 35 czy 40 proc. miejsc na listach wyborczych, w ciągu kilku lat zwiększyła się obecność kobiet w polityce. Tak stało się w Słowenii, Danii, Finlandii, Szwecji, Niemczech, we Francji A przecież o to chodzi. Oponenci próbują nas zawstydzać, twierdząc, iż w gruncie rzeczy za projektem ustawy nie kryje się zabieganie o równość i sprawiedliwość, tylko dążenie do władzy. My nie wstydzimy się tego, że chcemy władzy dla kobiet, bo jak inaczej mamy z przedmiotu polityki stać się jej podmiotem?
Na niedawnym Światowym Forum Ekonomicznym w Davos debaty o zwiększaniu obecności kobiet w polityce, na ważnych stanowiskach w gospodarczych instytucjach, w korporacjach i rozmaitych ciałach decyzyjnych zajmowały prawie tyle miejsca co debaty o sposobach wychodzeniu z kryzysu. Szef Banku Światowego zapowiedział, że od następnej kadencji na wyższych stanowiskach w Banku będzie obowiązywał parytet. Nie dlatego, że to jest modne, ale dlatego, że jest bardziej efektywne.
Poparcie Polaków Okazuje się, że w myśleniu o potrzebie wprowadzenia parytetów Kongres Kobiet jest w zgodzie z większością Polaków. Tak wynika z badania przeprowadzonego pod koniec stycznia 2010 r. przez CBOS na reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski. A nie było ono łatwe, skoro nawet wielu polityków myli pomysł parytetów na listach wyborczych z ustawowym zapewnieniem obecności kobiet w parlamencie czy samorządach. Zwolenników obywatelskiego projektu ustawy jest dwa razy więcej niż przeciwników: 60 proc. za, 30 proc. przeciw. Co istotne, poparcie jest niezależne od poglądów politycznych - to ważna wskazówka dla partii politycznych! Wśród kobiet jest nieco większe, bo sięga 66 proc., ale i tak większość mężczyzn jest podobnego zdania (53 proc.). Największe poparcie dla projektu ustawy deklarują ludzie młodzi (68 proc.), gospodynie domowe (67 proc.) i pracownicy administracyjni i biurowi (72 proc.). Dwie trzecie kobiet i 63 proc. mężczyzn uważa, że wprowadzenie kwot na listach wyborczych zachęci kobiety do kandydowania w wyborach. Co do głosowania, 40 proc. respondentów jest zdecydowanych głosować raczej na kobietę, a 26 proc. na mężczyznę.
Czego Polacy oczekują po większej obecności kobiet w sferze publicznej? Po pierwsze - lepszej reprezentacji interesów kobiet (80 proc.), po drugie - przywiązywania większej wagi do spraw społecznych (73 proc.), po trzecie - lepszej współpracy w polityce i bardziej merytorycznej pracy (60 proc.), po czwarte - większej uczciwości i zmniejszenia korupcji (54 proc.).
Polacy, w przeciwieństwie do części polityków, nie obawiają się ewentualnych skutków zadekretowania określonego procentu miejsc w rządzie i ważnych instytucjach państwowych i publicznych: tylko 7 proc. ocenia, że pogorszyłoby to funkcjonowanie tych instytucji, a 41 proc. oczekuje poprawy. Aż 40 proc. respondentów uważa, że obecna dominacja mężczyzn w polityce wynika z tego, że nie chcą się podzielić władzą.
Czy polityków zapatrzonych w sondaże przedwyborcze te sondażowe argumenty i obywatelskość projektu ustawy przekonają, czy będą oni trwać w przywiązaniu do tradycji, bo wiedzą lepiej od swoich wyborców, co dobre dla Polski i Polaków, bo każda zmiana wymagałaby od nich nowych wysiłków, a także sprostania większej konkurencji?
Mam nadzieję, że dostrzegą potrzebę uchwalenia parytetów lub kwot (czyli innego niż równy podziału miejsc) na listach wyborczych nie z obawy przed feministkami, lecz przez pryzmat szans, jakie dzięki ustawie się pojawią.
*Henryka Bochniarz - ekonomistka, była minister przemysłu, od 1999 r. szefowa PKPP Lewiatan, jednej z największych w kraju organizacji pracodawców