http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Plebiscyt Donalda Tuska

Mirosław Czech
2010-02-08, ostatnia aktualizacja 2010-02-08 12:18
Zmiennik? Bronisław Komorowski i Donald Tusk wczoraj na Politechnice Warszawskiej
Zmiennik? Bronisław Komorowski i Donald Tusk wczoraj na Politechnice Warszawskiej
Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

Aby przebić PO w reformatorskim zapale, jej polityczni oponenci muszą wskazać grupy, które stracą część przywilejów. W trakcie kampanii wyborczej to krok samobójczy

ZOBACZ TAKŻE
Donald Tusk z impetem zawładnął polityką polską. Rezygnując ze startu w wyborach prezydenckich, narzucił partiom politycznym własną wizję rozwoju kraju, określił kalendarz polityczny i wytyczył główne tematy kampanii. Zrobił to z poczuciem siły własnych argumentów i ufnością w poparcie społeczne, które w jego przekonaniu nie powinno się zmienić aż do wyborów parlamentarnych. Już dawno polski polityk nie komunikował społeczeństwu swoich celów tak wyzywająco szczerze.

Tusk zmienił główną oś kampanii prezydenckiej. Nie jest już nią plebiscyt "za" lub "przeciw" Lechowi Kaczyńskiemu, lecz odpowiedź na pytanie o zaufanie do premiera i jego planów. Odsunięcie PiS od władzy pozostaje głównym zawołaniem PO, bo odejście bliźniaków służy interesowi kraju oraz najskuteczniej mobilizuje ich licznych przeciwników. Nie jest to jednak cel zasadniczy, lecz punkt odniesienia do zmagań o realizację pozytywnego programu PO.

W oczach swoich zwolenników Tusk wyrósł na wielkiego przywódcę. Stał się jedynym politykiem, który sprawy polskie może pchnąć do przodu, by kraj mógł się modernizować i współdecydować o losach Europy, a nie grzęznąć w bogoojczyźnianym zaścianku. U oponentów wywołał potężny ból głowy. Jednym ruchem wywrócił dotychczasowe strategie i myślowe przyzwyczajenia. Dla prawdziwego polityka prezydentura nie jest szczytem marzeń, lecz ułomną konstrukcją ustrojową. Dobrą dla tych, którzy lubią prestiż, pałace i blask żyrandoli.

W realnej polityce liczą się wybory parlamentarne. Kto w nich wypadnie źle, ten skazuje się na polityczną wegetację w opozycji co najmniej do roku 2015. Stawka w batalii rozpoczętej przez szefa rządu na warszawskiej giełdzie jest więc ogromna.

Odzyskanie inicjatywy

Opis czynników, które wpłynęły na decyzję premiera, jest ważny, bo rezygnując z walki o prezydenturę, Tusk nie opuścił pola zmagań. Wszystko i tak będzie się obracać wokół jego osoby. Zdobycie zaufania Polaków do szczerości jego argumentów otwiera drogę do sukcesu kandydata PO, zaś podważenie motywów szefa Platformy zwiększa szanse jego konkurentów. Pierwsze zatem starcie rozpoczętej właśnie kampanii prezydenckiej to bój o wiarygodność Tuska.

Istotną rolę odegrało przekonanie, że realna władza znajduje się w rządzie, a nie w Pałacu Prezydenckim. Ważna była kalkulacja na temat własnych możliwości w doprowadzeniu do tego, by Polska dostała "turboprzyspieszenia" w kluczowym momencie, gdy świat wychodzi z kryzysu. Ze względu na stosunkowo młody wiek Tusk uznał też, że nie ma się gdzie spieszyć. Głową państwa może zostać po udanych dwóch kadencjach szefowania rządowi. Jeśli wówczas nie będzie mógł sięgnąć po jedno z kluczowych stanowisk w UE, bo może myśleć również o takiej perspektywie.

W grę wchodziły względy wewnątrzpartyjne. Szczególnie po wybuchu afery hazardowej premier zdał sobie sprawę, że z Pałacu Prezydenckiego nie utrzyma wpływu na swoją formację. Pomysł Grzegorza Schetyny sprzed roku, by prezydent mógł kierować partią polityczną, był nierealny. Konstytucja wprost zabrania takiej praktyki. Przeprowadzenie zaś stosownych zmian byłoby balansowaniem na granicy demokracji. Głowa państwa powinna reprezentować wszystkich obywateli, a nie macierzyste stronnictwo.

Istotne były również powody państwowe. Polska zielona wyspa wzrostu gospodarczego wygląda imponująco na tle pogrążonej w recesji Europy. Nie zmienia to jednak faktu, że głównym zadaniem rządu jest uporanie się ze skokiem zadłużenia finansów publicznych. Bez tego nie mamy szans powrotu na ścieżkę szybkiego wzrostu ani tym bardziej na wejście do strefy euro. Dla partii programowo liberalnej, promodernizacyjnej i zakorzenionej wśród młodego pokolenia i mieszkańców wielkich miast, niewielki dorobek w tej sprawie byłby politycznie zabójczy.

W kampanii wyborczej coraz trudniej byłoby przekonać wyborców, że wszystkiemu winien jest prezydent, który na starcie niszczył reformatorskie zapędy rządu. Dla wielu ludzi trzy lata rządzenia to wystarczający czas na wyrobienie sobie opinii na temat jego przydatności do dalszego kierowania państwem. Od kilku miesięcy oceny prac rządu i samego premiera niebezpiecznie zbliżały się do poziomu cenzurki wydawanej nielubianemu Lechowi Kaczyńskiemu. Nie zmniejszało to co prawda słupków poparcia dla PO i samego premiera jako kandydata na prezydenta, lecz do czasu.

W warunkach demokracji medialnej polityczna wojna pozycyjna najmniej opłaca się obozowi władzy. Szybko może się okazać, że pozostaje mu jedynie odpieranie ataków przy pogarszaniu nastrojów wewnętrznych. Platformie potrzebny był mocny ruch w celu odzyskania inicjatywy i wyznaczenia pola bitwy.

Pan i władca

Premier dokonał tego za pomocą odwrócenia dotychczasowej gradacji ważności wyborów. Kluczem uczynił wybory parlamentarne i utrzymanie rządu pod swoim przywództwem. Wybór głowy państwa to etap pośredni - ważny jako sprawdzian poparcia społeczeństwa dla PO i siły Tuska. Odbiorcami nowej strategii są ludzie, którzy w 2007 r. głosowali na Platformę - młode pokolenie, mieszkańcy dużych miast, ludzie zadowoleni z przemian po 1989 r. i bez lęku myślący o naszym miejscu w Europie.

Wzmożenie "rewolucji moralnej" i budowa IV RP, do której będzie odwoływać się PiS, trafi w próżnię. Tusk narzucił dyskusję na temat "skoku cywilizacyjnego", konkurencyjności naszej gospodarki oraz sposobów korzystania z owoców wzrostu gospodarczego przez pokolenia dzisiejsze, a nie wyłącznie przyszłe. Na razie to bardziej zapowiedzi niż konkretne projekty. Jednak jako strategia polityczna i wyborcza plan ten nie ma właściwie słabych punktów.

Wprowadzenie "reguły Tuska" w konstruowaniu wysokości wydatków budżetowych, plany reformy emerytur mundurowych i zmian w KRUS łagodzi stwierdzenie premiera, że "polityka polega na tym, by przeprowadzić to, co trzeba, ale przy akceptacji społecznej". Nie będzie więc szaleństw reformatorskich ku uciesze ekonomistów. Muszą się zadowolić osiągnięciem tego, co w finansach państwa PO uzna za niezbędne, bo opozycja nie zrobi nawet tego. Polityczni oponenci mają zasznurowane usta. Aby przebić Platformę w reformatorskim zapale, muszą wskazać grupy, które stracą część uprawnień i przywilejów. W trakcie kampanii wyborczej to krok samobójczy.

Również politycznie stopień ryzyka premiera jest niewielki. Celem podstawowym jest odsunięcie Lecha Kaczyńskiego od władzy, co nie powinno być trudne, ponieważ bracia Kaczyńscy zapracowali na ogromny elektorat negatywny, który Lechowi praktycznie uniemożliwia reelekcję. Tusk ubezpiecza się deklaracją, że ewentualne zwycięstwo Andrzeja Olechowskiego lub Włodzimierza Cimoszewicza nie będzie problemem. Z nimi łatwo znajdzie wspólny język w modernizowaniu kraju, uprawianiu realizmu społecznego oraz pogłębianiu integracji z Europą.

Platforma zyskuje dodatkowe punkty utrzymywaniem intrygi wokół wyboru swojego kandydata oraz promocji jego przydatności do urzędu prezydenckiego. Musi w to włożyć sporo wysiłku, bo słowa premiera o głowie państwa jako strażniku żyrandoli z pałacu zabrzmiały fatalnie. Zwolennicy PO muszą poznać argumenty na rzecz tego, by się zmobilizowali i tłumnie wzięli udział w głosowaniu. Dotychczas bowiem wybory prezydenckie - z wyjątkiem elekcji z roku 2000 - były walką na polityczną śmierć i życie. Teraz mają być jedynie pierwszą rundą starcia.

Deprecjonując urząd głowy państwa, premier naraził swojego kandydata na zarzut, że jest włącznie "oficerem Tuska". Na dziś to najmocniejsze przesłanie, jakie mogą sformułować oponenci Platformy i jej kandydata. Tusk zachowuje się jak pan i władca Polski. Szafarz najlepszych dla niej planów, gwarant pomyślności obywateli oraz łaskawy rozdawca urzędów dla polityków. Wielu wyborcom to imponuje, lecz niemałej liczbie Polaków może wydać się wyrazem nadmiaru pewności siebie.

Cimoszewicz wciąż czeka

Lapidarnie ujął to Aleksander Kwaśniewski w wywiadzie do radia TOK FM: "Prezydent ma w Polsce istotny wpływ na sytuację: to jest głowa państwa. Nikt nie powie, że przez te lata prezydentury Wałęsy, mojej i teraz Kaczyńskiego prezydent w Polsce był postacią bez wpływu. Premier nie ma prawa mówić takich rzeczy, dlatego że w interesie państwa polskiego i kultury prawnej nie leży podważanie urzędu". I zakończył: "Kandydat Platformy jest skazany na podporządkowanie się woli premiera i szefa partii. To źle. Powinien przegrać, jeśli taka jest koncepcja prezydentury".

Wyborcy otwarci na taką argumentację będą szukać alternatywy dla Tuska i jego kandydata. Ich problem polega na tym, że na razie jej nie widać. Olechowski ma podcięte skrzydła zarzutami w sprawie pochodzenia majątku Pawła Piskorskiego. Jerzy Szmajdziński nie wzleci zbyt wysoko ze względu na zupełny brak charyzmy i zbyt jednoznacznie postkomunistyczny background. Wyłonienie wspólnego kandydata centrolewicy przypomina opowieść o żelaznym wilku. Gdy nawet uda się to za kilka miesięcy, będzie już za późno. Kampania będzie się toczyć jako pojedynek kandydata PO z dzisiejszym prezydentem.

Alternatywą nie stanie się Lech Kaczyński, bo słowami o wykonaniu zadania, które skierował do swojego brata w wieczór wyborczy w 2005 r., sam się skreślił jako polityk niezależny. Tusk słusznie też przypomina, że żaden przywódca partyjny nie kandyduje w wyborach prezydenckich. Wystawiają zmienników, bojąc się przegranej. On jest od tego strachu wolny, ponieważ zamierza sięgnąć po potrójny laur zwycięzcy. Z przesłuchania przed hazardową komisją śledczą wyszedł obronną ręką - pokazał, że panuje nad działaniami w rządzie, ma oddanych i skutecznych współpracowników. Zło wzięło się z nagannych kontaktów i zachowań niektórych polityków PO oraz niecnych knowań Mariusza Kamińskiego.

Na strategię Platformy Jarosław Kaczyński nie ma dobrej odpowiedzi. Jego marketingowcy pocieszają się, że problem prezydenta tkwi nie w polityce, lecz w popkulturze. Bliźniacy stali się jej negatywnymi bohaterami i wystarczy to zmienić, by odwrócić niekorzystne sondaże. Popkultura jest ważna, lecz to nie ona przesądza o wyniku wyborów. Nadzieje na przełom związany z aferą hazardową okazały się płonne. Na niewiele też zdają się deklaracje, że PiS woli Leszka Millera od Donalda Tuska. W 2005 r. bracia Kaczyńscy dysponowali wizją spraw Polski. Dziś jej nie mają i mieć nie będą. Wizję najbardziej pociągającą Polaków przedstawił bowiem ich główny konkurent.

Jedyną alternatywą dla kandydata PO może być Cimoszewicz. Cieszy się dużym poparciem społecznym, medialnie jest aktywny i nie zrobił niczego, czym przekreśliłby swój start. Choć niezmiennie deklaruje, że prezydentura go nie interesuje, to bardzo inteligentnie formułuje swoje przesłanie. Powtarza, że celem zasadniczym jest odsunięcie Lecha Kaczyńskiego od władzy, dzięki czemu utrzymuje kontakt z wyborcami PO. Premiera skrytykował za złe słowa o prezydenturze i przypomniał, że podstawową powinnością głowy państwa jest stanie na straży prawa. Zauważył też, że wśród kandydatów spoza PiS nie ma żadnego prawnika. Stwierdził, że skuteczną alternatywą dla Lecha Kaczyńskiego nie będzie konserwatywny kandydat PO - niezależnie od tego, czy będzie to Bronisław Komorowski, czy Radosław Sikorski. Były premier, marszałek Sejmu i minister spraw zagranicznych nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Swoją decyzją premier uruchomił ogromną dynamikę zmian na scenie politycznej. Najpoważniejsi gracze muszą przegrupować siły i przeformułować strategie, by skutecznie odpowiedzieć na wyzwanie, które im rzucił. Jego plan może imponować spójną konstrukcją i dezynwolturą, z jaką został ogłoszony. Ma też słabe punkty, które wprowadzają sporą dozę ryzyka. Na razie wszystko wskazuje na to, że Tuskowi może się udać i że niepodzielnie zapanuje nad polską polityką. Ostateczną odpowiedź poznamy, gdy w maju będzie gotowa lista kandydatów. Personalia powiedzą nam wszystko na temat szans premiera w plebiscycie, który rozpisał.



  • 18 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    72 głosy