1 lutego w Programie 1
TVP (oczywiście w tym!) pokazano film "Towarzysz Generał". To film dyskredytujący gen. Jaruzelskiego. Zupełna politgramota, jak w komunizmie. Nie taka jak w stalinizmie - bo tam mogło być o zrzuceniu przez imperialistów stonki ziemniaczanej i szpiegowaniu na rzecz Lailonii już nie tylko bez związku z faktami, ale nawet bez zaistnienia ich prawdopodobieństwa.
Ten film to była propaganda w stylu późniejszego komunizmu, podtrzymywana w czasach Gierka. W jej ramach szukało się z grubsza prawdziwych faktów, by - odpowiednio je wyselekcjonowawszy i nagiąwszy - uzyskać polityczny cel. No więc ten film miał zdyskredytować generała, a w dalszej, ale bliskiej kolejności: Michnika, potem Mazowieckiego i wszystkich autorów Okrągłego Stołu.
To film całkowicie jednostronny, do mdłości zrobiony pod tezę. Wszystko w nim jest łopatologicznie proste i wszystko układa się w logiczną całość. Tezę widać od początku: tytuł "Towarzysz generał" pojawia się po rosyjsku, a dopiero po chwili przemienia się on w tytuł polski. Nie takiego uprawiania historii chciałbym. Chciałbym dostrzegania problemów i pokazania czytelnikowi / widzowi problemów - bo problemy zawsze istniały. Prostota jest może naturalną cechą złej propagandy, ale nie cechą dobrej analizy historycznej.
Z filmowego punktu widzenia jest to dzieło marne. Twórcom udał się tylko jeden numer (choć oczywiście jest on też demagogicznie propagandowy): złapany przez kamerę Michnik, gdy mówi "od... się od generała!".
W zakresie wiedzy film jest mało odkrywczy. Za stwierdzenie, że minister obrony PRL był zaufanym człowiekiem Moskwy, nie dostanie się Nobla w historii. Nie jest też odkrywcze stwierdzenie, że generał sytuował się na najwyższych szczytach, że uczestniczył w koteriach partyjnych, że jego droga prowadziła pomiędzy wojskiem a polityką (szef Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, członek Biura Politycznego KC PZPR!). Jest oczywistością, że swoim podpisem co najmniej aprobował antysemicką politykę w wojsku czy że w końcu jako minister obrony stał za inwazją na Czechosłowację.
Jest w filmie mnóstwo insynuacji, których widz nie ma szans sprawdzić. Może co najwyżej wierzyć twórcom na słowo (przyspieszenie kariery generała przez związki z tajnymi służbami, natura karierowicza, brak umiejętności dowódczych, odpowiedzialność za strzały na Wybrzeżu w 1970 r.).
Nie byłem admiratorem generała. Twórcy filmu osiągają jednak to, że budzą chęć obrony człowieka. Rzucają oskarżenie, że generał bezpośrednio odpowiada za masakrę na Wybrzeżu. Nie podają na to dowodów. Gdyby powiedzieli, że generał oczywiście ponosi za nią odpowiedzialność jako minister obrony, to trudno byłoby się z nimi nie zgodzić. Gdy formułują oskarżenie, tak jak je formułują, osiągają efekt taki jak PIS w walce z korupcją: ta partia potrafiła przecież zdyskredytować nawet rzecz bezapelacyjnie słuszną.
Osoby występujące w filmie są dobrane jednostronnie. Jest jeden wyjątek - i szkoda, że jest - Andrzej Paczkowski. Pod wszystkim, co akurat on mówi, mógłbym się oczywiście podpisać, ale żal mi, że swoją obecnością legitymizował przedsięwzięcie.
W dyskusji po pokazie redaktorzy Żakowski i Mazowiecki oczywiście nie przebili się przez głosy zwolenników filmu. Prowadzący red. Ziemkiewicz stosował modny teraz styl agresywnego dziennikarstwa. Nie lubię dominowania dziennikarza nad rozmówcą, zwłaszcza gdy dziennikarz jest bądź staje się stroną.
*Marcin Kula, historyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego oraz Akademii Leona Koźmińskiego