Bardzo dobrze, że Donald Tusk zmienił zdanie. Podjął decyzję racjonalną, choć dziwne, że tak dużo czasu potrzebował, by zauważyć to, co było widoczne od dawna - że urząd prezydencki pod względem siły władzy nie może się w Polsce mierzyć z urzędem premiera. Niemniej jednak decyzję Tuska należy docenić, bo obrazuje wielką zmianę, jaka się w nim dokonała przez ostatnie pięć lat.
Jest jeszcze coś ważniejszego. Tym ruchem Tusk stworzył szansę na nowe otwarcie. O ile powiedzie się jego plan bazujący na odkryciu, gdzie kryje się władza i co z nią można uczynić.
Wiele osób oczekiwało od Tuska rezygnacji z marzenia o prezydenturze. Raczej nikt się nie spodziewał, że polityce dać to może nowy impuls, co zauważyć można dopiero po ogłoszeniu decyzji premiera. Dlatego teraz ważniejsze jest pytanie "co dalej" i jak ten ruch wykorzystać, niż roztrząsanie, czy był on słuszny.
Decyzja Tuska pozwala spojrzeć inaczej na jego dotychczasowe działania. Na jego "miękki populizm" i wiązanie haseł sensownych reform z warunkiem skuteczności. Przeczy tezie, że jest tylko bojaźliwym i leniwym politykiem. Może się nawet okazać reformatorem. Musiałby jednak jeszcze kilku zmian dokonać.
Trzy sprawy wydają się najbardziej istotne. Po pierwsze - polityczne otwarcie PO na inne środowiska i zdobycie umiejętności budowania koalicji taktycznych, nawet wbrew ideowym różnicom. Po drugie - przeniesienie polskiej debaty politycznej na inną arenę i porzucenie młócki z
PiS. Wreszcie - program gruntownych reform z kilkoma priorytetami i masą szczegółów, a nie odwrotnie, czyli plan tego, co robimy, a czego nie, bo wszystkiego, co było wymienione w exposé Tuska sprzed ponad dwóch lat, zrobić się naraz nie da.
Te trzy zmiany zaistnieć musiałyby równocześnie, by coś mogło się zacząć wreszcie dziać. Piątkowa konferencja premiera była niezłym początkiem, ale nie wystarczającym. Potrzebny jest szybko rozwinięty ciąg dalszy.
PO rezerwy Wyzwaniem Platformy nie jest dziś wcale dyscyplinowanie i robienie porządków wewnątrz partii. Przeciwnie, przydałby się jakiś kontrolowany bałagan i rozluźnienie, które pozwoliłyby PO na poszerzenie elektoratu. Nie uda się bowiem wiele zrobić bez odważnego otwarcia na inne środowiska.
PO jest dziś na tyle silna, że może sobie na to pozwolić. Chyba nawet musi, bo inaczej osłabnie. Sprawdzianem zdolności otwarcia się byłoby zaproszenie ludzi tak bliskich, a jednocześnie tak dalekich, jak Olechowski czy Cimoszewicz - np.do udziału w prawyborach kandydata na prezydenta. Obaj oni już wysyłali pozytywne sygnały w stronę PO i Tuska.
Taki gest niewiele by Platformę kosztował. Olechowskiego konwencja PO raczej nie wybierze, a musiałby on, jeśli chce pozostać poważnym politykiem, respektować jej wynik, bo sam się zgłosił. Za to przyciągnąłby do PO centrowy elektorat zrażony jej letargiem bądź konserwatyzmem. Ci wyborcy już by tu pozostali, nawet po porażce Olechowskiego. Podobnie przyciągnięty mocniej do PO Cimoszewicz, który nie zdecyduje się pewnie na kandydowanie, byłby szansę jej otwarcia w stronę lewicowo-centrową mocno zawiedzioną obecnym sojuszem telewizyjnym
SLD z PiS.
Nie tylko o te dwa nazwiska chodzi, ale one dziś najwięcej symbolizują.Ważne jest stworzenie wrażenia partii otwartej, przyciągającej, a nie odpychającej jak za czasów Jana Rokity. To by się na pewno przełożyło na wyniki wyborów.
Jeszcze ważniejsze jest wyzwolenie w PO zdolności do zawierania taktycznych i pragmatycznych koalicji. Umiejętności tej PO, w przeciwieństwie do PiS, dotychczas nie miała, co pokazało jej zupełne zamknięcie się na
LiD. PO nie może się obawiać takich ruchów tylko dlatego, że PiS zaraz ją oskarży o "utratę twarzy".
Miękki worek dla PiS Jeśli Platforma pozostanie tylko "anty-PiS-em" nie stanie się bardziej otwarta ani bardziej przekonująca. Dla mentalności wielu członków PO to chyba największy problem. Według nich wystarczy trzymać "pod parą" zagrożenie PiS-em, by słupki popularności same rosły.
Polsce nie jest potrzebny pojedynek PO z PiS, ale zupełna zmiana areny walki. Przy okazji - nie wojny, lecz debaty.
Jeszcze jednak trochę czasu musi upłynąć, by PO zrozumiała, że to działa i w drugą stronę. PiS też żyje dzięki wojnie z PO i nie ma innego pomysłu na istnienie. Pozwolenie, by jego ciosy trafiały w próżnię, powoli okazałoby się zabójcze dla braci Kaczyńskich.
Chodzi o znalezienie innego pola i stylu dyskusji niż narzucane przez PiS. Rok temu przy pracy nad pakietem ustaw zdrowotnych PO miała wiele racji, ale uciekła od merytorycznej rozmowy i w imię skuteczności forsowała w parlamencie tylko swoje rozwiązania. Źle się to skończyło. Podobnie było z ustawą medialną, gdy kompromis z SLD w ostatnim momencie wywrócił niespodziewanie premier.
Tu zmiana jest wyjątkowo trudna, bo łatwiej jest o destrukcję w stylu PiS. PO nie może zostawić PiS-owi nawet chwili na oddech. Musi narzucać inicjatywę, o co nie będzie trudno, jeśli rzeczywiście ma plany trudnych reform i jest dobrze przygotowana do ich obrony. To są tematy medialne, więc nie należy się bać ich podejmowania. Platforma nie może pozwolić zepchnąć się do obrony jak przy ustawach zdrowotnych, gdy tylko się tłumaczyła, że wcale nie chce prywatyzować szpitali.
Precz z kosmetyką Najważniejsze to program - trudny, ale konieczny, który można będzie forsować, jeśli plan Tuska na zdobycie realnej władzy się powiedzie. W piątek na programowej konferencji premiera pojawiły się priorytety. Teraz szybko powinny być przedstawione do dyskusji szczegółowe warianty najdalej idących zmian.
Nie po to, by straszyć - na to tylko czekałby PiS. Chodzi raczej o ukazanie zagrożeń, tego, co nas czeka, jeśli nie podejmiemy drastycznych działań. Chodzi o edukację, cierpliwe tłumaczenie rzeczywistych problemów, słowem - o debatę. Ta cierpliwość musi mieć też wiele pokory dla głupoty, z jaką się zetkną reformatorzy. Ale nawet tu argument skuteczności nie może zastąpić dyskusji i edukacji. Warto poświęcić temu więcej czasu.
Pokazanie wariantów najdalej idących zmian i ich skutków pozwoli w późniejszym kompromisie osiągnąć więcej. Rząd nie może się bać szantażu, że przedstawiając do debaty najdrastyczniejsze propozycje zmian, da argumenty opozycji. Bo jeśli tego nie zrobi, znów skończy się na kosmetyce (jak przy niedawnych propozycjach zmian w
KRUS prezentowanych jako rewolucyjne).
Tusk wiele już zrobił tą trudną i odważną decyzją, choć zbyt długo podejmowaną. Tylko przez chwilę będzie miał teraz szansę, by zrobić jeszcze więcej dla Polski. Jeśli okaże się znów niekonkretny, jeśli nie wykaże dużej odwagi, będzie to droga nie tylko do jego katastrofy. Jak widać, tak wcale być nie musi.
*Wojciech Mazowiecki - dziennikarz, pracował w "Gazecie", "Przekroju" i telewizji Superstacja