Janina Ochojska: Pomagajcie NGO-som!
Adam Leszczyński: Czy polskie organizacje pozarządowe działają źle? Agnieszka Graff wyliczyła niedawno w "Gazecie" ich grzechy. Pisała m.in., że wiele z nich to łowcy grantów - dopasowują działalność do tego, jakie granty najłatwiej się dostaje. To prawda?
Janina Ochojska: Wiele organizacji działa w ten sposób. Na pewno jednak nie większość, bo zwykle powstają one w innym celu niż zdobywanie pieniędzy dla założycieli i pracowników.
Zdobywanie pieniędzy na to, co chce się robić - a nie na to, czego chcą tzw. grantodawcy - jest trudne, ale możliwe. Polska Akcja Humanitarna prowadzi misje w Palestynie i w Sudanie. Nie jest łatwo przekonać Polaków, że to są ważne miejsca i warto tam pomagać. Otworzyliśmy jednak te misje z pieniędzy, które zebraliśmy w Polsce. Z nich też finansowaliśmy pierwsze programy. Potem zaczęliśmy składać wnioski o granty, ale tylko w zakresie, który nas interesuje - to budowa szkół, studni i instalacji wodno-sanitarnych. Uważamy, że są to ważne dziedziny pomocy humanitarnej i rozwojowej.
Można ocenić, jak dużo polskich organizacjach pozarządowych działa źle?
- Nie potrafię, trzeba by było zrobić badania. Wydaje mi się, że w sferze pomocy rozwojowej i humanitarnej organizacje zwykle nie idą za pieniędzmi. Najczęściej tak się dzieje w przypadku tych, które zajmują się sferą społeczeństwa obywatelskiego, np. szkoleniami, bo tu łatwiej można działać według zasady "jest grant na szkolenie, to możemy je zrobić". Nie chcę nikogo skrzywdzić. Niektóre organizacje tak postępują, bo się wyspecjalizowały w szkoleniach: mogą je przeprowadzać w Polsce, w Gruzji czy na Ukrainie.
Mam wrażenie, że często tematy tych szkoleń prowadzonych przez różne NGO-sy się powielają, a przede wszystkim nie idą za nimi konkretne działania ich uczestników. Biorą w nich udział często cały czas ci sami ludzie, którzy uczynili sobie z nich sposób na życie. Np. w Gruzji spotykałam ludzi, którzy byli na szkoleniach kilka razy, bo za udział dostaje się takie stawki dzienne, że potem z tego można żyć przez kilka miesięcy. Organizatorom to nie przeszkadza, bo szkolenie się odbywa.
Może problem polega na tym, że instytucje, które dają pieniądze, np. państwo, traktują organizacje pozarządowe jak narzędzia?
- Dawniej, w latach 60. i 70., to ruchy społeczne i organizacje wywierały wpływ na polityków w wyznaczaniu kierunków pomocy. Teraz decydują o tym grantodawcy, np. Komisja Europejska czy ONZ. Pola działania i potrzeby rzadko są uzgadniane z organizacjami pozarządowymi- działającymi w terenie i mającymi kontakt z beneficjentami i wiedzę o lokalnych warunkach, bo są na miejscu - wiedzą najlepiej, co jest potrzebne. Czasami to nawet nie politycy, tylko biurokraci wyznaczają kierunki i formułują warunki projektów. Wspólnie z innymi europejskimi organizacjami staramy się to zmienić.
Często też np. donator daje pieniądze na budowę szkoły, ale zastrzega, że nie możemy z tych pieniędzy zapłacić pracownikom, choćby inżynierowi, który prowadzi nadzór budowlany. My możemy nie mieć dość pieniędzy, żeby móc dołożyć do tego projektu i go przeprowadzić. Agnieszka Graff pisze, że organizacjom często chodzi o utrzymanie dla swoich ludzi. Ktoś jednak musi pracować w terenie, koordynować działania, prowadzić rozpoznanie potrzeb, kontaktować się z lokalną społecznością i lokalnymi władzami oraz np. pisać raporty, często bardzo grube, bo wymaga tego zarówno forma sprawozdania, jak i konieczność podawania szczegółów wymaganych przez grantodawcę.
Wielokrotnie widziałem w biednych krajach Afryki czy Azji miejsca, w których to organizacje pozarządowe miały najlepsze samochody i wynajmowały najlepsze lokale w okolicy, a ich pracownicy żyli dużo lepiej od ludzi, którym pomagali.
- Też to widziałam. Zawsze się zastanawiam, jak oni to robią. Dla nas kupienie jednego samochodu w Sudanie to ogromne przedsięwzięcie, a tam bez dobrego samochodu nie da się ruszyć. Pomoc kosztuje: musimy sami wytworzyć prąd, mieszkamy w obozie, który sobie zbudowaliśmy, ktoś do niego musi przynieść wodę. Mam jednak poczucie, że w Sudanie robimy coś bardzo sensownego: budujemy studnie i - co jeszcze ważniejsze - budujemy je wspólnie z beneficjentami. To bardzo ważne, ponieważ wtedy czują się "posiadaczami" rezultatów pomocy i dbają o to, jak o swoje. Naszym celem nie jest wypłacanie pensji. Zatrudniamy pracowników lokalnych i w ten sposób wspieramy ich rodziny. A koordynatorzy z Polski, których jest niewielu (dwóch do czterech w zależności od wielkości misji), też pełnią ważną funkcję.
Inaczej jest w dużych organizacjach międzynarodowych. Kupują po kilkadziesiąt samochodów, płace u nich są wysokie. Mają jednak większe doświadczenie i łatwiej im o pieniądze niż organizacjom takim jak nasza - które są mocno osadzone w terenie, rozwijają się, ale są młode i ci, którzy decydują o finansowaniu, uważają, że im doświadczenia brakuje.
Dużym grantodawcy dają na luksusy. Małym nie. Dlatego najlepiej jest pomagać za pośrednictwem małych organizacji. Naprawdę są skuteczniejsze - tak uważam
Czy organizacje pozarządowe się zamykają, jak pisała Graff? Zmieniają się w mały krąg ludzi i instytucji, do którego trudno wejść?
- Nie mam poczucia, by środowisko NGO-sów się izolowało. Wręcz szukamy ludzi - prawników, inżynierów, specjalistów od finansów czy mediów. Z takimi środowiskami musimy współpracować, bo wtedy możemy pracować sprawniej. Potrzebujemy tak naprawdę wsparcia całego społeczeństwa.
A jeśli rzeczywiście się zamykają, to z innego powodu. W Polsce nie ma zaufania do organizacji społecznych, pokutuje jeszcze pojęcie z czasów PRL-u, że jeśli ktoś coś robi, to ma w tym często jakiś interes. Wyraża się to również w tym, że nikt nie uważa za konieczne wprowadzenia dobrych uregulowań prawnych, za mało też mówi się o tym, jak ważne i potrzebne są działania społeczne. Politycy zazwyczaj interesują się takimi organizacjami tylko w czasie kampanii wyborczych, kiedy chcą się "podłączyć" do dobrych działań. Ale potem o nas zapominają. Jeden z bardzo ważnych polityków zarzucił im nawet, że kradną! Być może to piętno komunizmu.
Nasze społeczeństwo nie jest społeczeństwem obywatelskim. Nie potrafi się samoorganizować, więc patrzy na takie organizacje podejrzliwie.
"Cwaniak założył fundację i będzie dobrze z tego żył?"
- Nieufność to jedno. Ale NGS-om nie sprzyja też prawo. Państwo nie wspiera organizacji społecznych. Np. w Czechach rząd zrozumiał, że wsparcie organizacji pozarządowych to ważny element społeczeństwa obywatelskiego. Przyłożył się nawet do finansowania ich "żelaznego kapitału", czyli funduszu, który można zainwestować i który daje stałe dochody. Mają więc dziś własne pieniądze potrzebne, żeby pomagać. My próbujemy stworzyć taki żelazny fundusz, ale państwo nie bierze w tym udziału.