http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Romantycznie i rozważnie. Organizacje pozarządowe. Polemika z Graff

dr Adam Bodnar* i dr Jacek Kucharczyk**
2010-01-19, ostatnia aktualizacja 2010-01-19 13:52

Oddolne ruchy czy spontaniczna inicjatywa są dobre na zorganizowanie manifestacji czy akcji zbierania podpisów. Zresztą i to lepiej robić profesjonalnie, by nie marnować entuzjazmu ludzi

Agnieszka Graff w tekście "Urzędasy, bez serc, bez ducha" ("Gazeta" z 6 stycznia) sformułowała wiele krytycznych uwag pod adresem organizacji pozarządowych w Polsce, zwanych z angielska NGO-sami. Jej dwa główne zarzuty to apolityczność, rozumiana jako rezygnacja z wizji zmiany systemowej, oraz profesjonalizacja/biurokratyzacja, wynikająca z konieczności (chęci?) nieustannego konkurowania o granty na projekty.

Sytuację tę autorka podsumowuje stwierdzeniem, że zamiast społeczeństwa obywatelskiego mamy w Polsce organizacje pozarządowe. To mocne stwierdzenie i - naszym zdaniem - niesprawiedliwe wobec tysięcy kobiet i mężczyzn, którzy pracę w organizacjach społecznych uznali za swoje powołanie. Od lat zmagają się z brakiem funduszy, nadmiernie skomplikowanymi przepisami, zwłaszcza podatkowymi, społeczną obojętnością i często negatywnym nastawieniem mediów i polityków. Obawiamy się, że artykuł Graff pomimo jej dobrych intencji pogorszy społeczny wizerunek NGO-sów i umocni negatywne stereotypy ich działaczy.

Trzeba być profesjonalnym

Wbrew temu, co twierdzi Graff, uważamy, że profesjonalizacja NGO-sów to jedna z najważniejszych i najlepszych rzeczy, jakie w ostatnim czasie przydarzyły się sektorowi. Właśnie po to, aby nie być marginalizowanym i mieć wpływ na rzeczywistość - debatę, politykę państwa, prawodawstwo, postawy opinii publicznej - trzeba być profesjonalnym. Raporty z monitoringu, sprawy sądowe, prowadzenie badań, organizacja konferencji i seminariów, konsekwentne wpływanie na proces decyzyjny - to wszystko nie byłoby możliwe bez takiego właśnie podejścia. Oddolne ruchy czy spontaniczna inicjatywa są dobre na zorganizowanie manifestacji, pikiety, akcji zbierania podpisów. Zresztą i to lepiej robić profesjonalnie, by nie marnować entuzjazmu zaproszonych na akcję ludzi (a jest czego się uczyć).

Prowadzenie kilkudziesięciu spraw przez wiele lat wymaga pieniędzy, prawników, a także podejmowania działań, aby było o nich głośno. Przygotowanie porządnego i przemyślanego raportu o stanie polskiej demokracji (wydanego wystarczająco szybko, by w chwili publikacji był jeszcze aktualny) wymaga czasowego zaangażowania ekspertów (a także pieniędzy na ich wynagrodzenia). Sama dobra wola nie wystarczy.

Coraz więcej NGO-sów w Polsce działa coraz bardziej profesjonalnie. W ten właśnie sposób Polska powoli dogania świat zachodni, gdzie profesjonalizacja jest czymś normalnym i oczywistym. Najskuteczniejsze międzynarodowe organizacje pozarządowe - "watchdogi" (organizacje strażnicze) czy "think tanki" (ośrodki analityczne) - to duże i zasobne organizacje zatrudniające ekspertów, speców od komunikacji społecznej i finansów. Przyciągają one licznych wolontariuszy i stażystów, dla których jest to często pierwszy krok na drodze do znalezienia swojego miejsca w trzecim sektorze, nierzadko do zakładania mniejszych organizacji czy też do podjęcia innej działalności na rzecz dobra wspólnego. Do tego istnieją liczne fundacje - równie profesjonalne - których celem jest finansowe wspieranie dużych i małych inicjatyw. Wystarczy wejść na stronę internetową American Civil Liberties Union czy Brookings Institution, aby się przekonać, jakie to wielkie i profesjonalne machiny.

Nie nam oceniać, czy nasze organizacje mają i serce, i ducha. Mamy jednak wrażenie, że gdyby osoby pracujące w NGO-sach tej cechy nie miały, to już dawno pracowałyby w innym sektorze, choćby w biznesie. W trzecim sektorze, aby przetrwać i móc robić to, co się uważa za ważne, trzeba się czasami mocno się nagimnastykować.

Nie wszystkie organizacje w Polsce mają zgromadzony odpowiednio duży fundusz rezerwowy. Nieliczne dysponują funduszem żelaznym, z którego dochody pozwalałyby i na przetrwanie lat chudszych, i na realizację własnej misji bez oglądania się na konkursy grantowe. Kryzys finansowy tej sytuacji nie poprawia. Dlatego rozumiemy, iż jeżeli ma się wybór: zwolnić pracowników od lat pracujących w sektorze, kochających swoją pracę i potrafiących ją dobrze wykonywać czy zrealizować grant, który nie dotyczy naszych priorytetów (lecz wpasowuje się w naszą misję) - to czasami organizacje muszą wybrać to drugie. Dlaczego? Bo jednocześnie pamiętamy, że odejście tego jednego pracownika do innego sektora będzie wielką stratą, którą trudno naprawić. Nie tak łatwo jest znaleźć następcę osoby, która wielokrotnie udowadniała, że ma kręgosłup i czucie, jeśli chodzi o prawa człowieka czy sprawy publiczne.

Dla każdej organizacji przetrwanie to trudna sztuka takiego zdobywania sponsorów i dotacji, które pozwoli realizować cele i dalej funkcjonować (nie upadając co dwa-trzy lata), a nawet się rozwijać. Za ten stan rzeczy odpowiadają nie tylko organizacje pozarządowe, ale także grantodawcy (i prywatne fundacje, i źródła publiczne), którzy niewiele pieniędzy przeznaczają na tzw. granty instytucjonalne (dające dużą swobodę organizacji) czy na fundusze żelazne. Grantom celowym towarzyszą niezwykle rozbudowane oczekiwania w zakresie nadzoru nad wydatkami beneficjenta czy sprawozdawczości przy jednoczesnej niechęci do finansowania kosztów związanych z administrowaniem grantami. Według niektórych grantodawców idealny pracownik organizacji pozarządowej pracuje za minimalną pensję lub za darmo, ale ma kompetencje i sprawność zawodową jak wysoko opłacany pracownik wielkiej korporacji. System grantowy, jeśli jest odpowiednio zaprojektowany, daje organizacjom duże pole do działania.

Dylemat Graff - realizować ważne cele czy walczyć o granty - jest fałszywy. Żeby dostać grant, trzeba wskazać te cele, ale także mieć pomysł na działania, które ten cel zrealizują, przekonać do niego sponsora, a na koniec pokazać, że się ten cel faktycznie zrealizowało. To wymaga nie tylko serca i entuzjazmu, ale profesjonalnych umiejętności.

Mało "okrętów flagowych"

Sądzimy także, że duże i profesjonalne organizacje - jak Helsińska Fundacja Praw Człowieka czy Instytut Spraw Publicznych - właśnie dzięki swojej sprawności organizacyjnej i profesjonalizmowi aktywizują środowiska, w których działają. Przecież HFPC to liczne grono pracowników, ale także absolwentów rozmaitych szkoleń i kursów, prawników pro bono, wolontariuszy, stażystów, praktykantów czy wreszcie spore grono autorytetów. ISP to dziesiątki ekspertów i przyjaciół związanych z uniwersytetami, którzy dzięki ISP mają platformę badawczą, dostęp do opinii publicznej i mogą skuteczniej niż naukowiec bez zaplecza kształtować społeczną i polityczną rzeczywistość. Raczej nie narzekamy na brak rąk do pracy.

Dochodzimy tutaj do zasadniczej kwestii, której Graff wydaje się nie dostrzegać. Są dwa istotne problemy, jeżeli chodzi o miejsce polskich NGO-sów w demokracji: niewielka liczba dużych organizacji - "okrętów flagowych" sektora - i nieobecność jakiejkolwiek organizacji na wielu polach życia społecznego. W Polsce na palcach jednej ręki można policzyć duże, znaczące organizacje zajmujące się kompleksowo prawami człowieka czy różnymi wymiarami polityki publicznej. Oczywiście istnieje mnóstwo mniejszych organizacji, organizacji wyspecjalizowanych, ale marzy się nam, by duże organizacje nie były osamotnione na rynku idei i miały istotną konkurencję. Przecież dzięki temu rola opiniotwórcza czy strażnicza trzeciego sektora byłaby jeszcze większa. A tak czasami wydarzeń i tematów jest tyle, że nawet nasze organizacje o szerokim spektrum działania za nimi nie nadążają.

Drugi problem to brak silnych organizacji działających w niektórych dziedzinach. Kto się w Polsce profesjonalnie, bez odchyleń ideologicznych zajmuje bioetyką? Kto się zajmuje kontrolą rynku leków czy usług medycznych (i nie jest sponsorowany przez firmy farmaceutyczne)? Można mieć nadzieję, że tego typu organizacje będą powstawać. Na przeszkodzie staje jak zwykle brak pieniędzy. Wbrew pozorom są one dostępne, ale kierowane przede wszystkim do organizacji charytatywnych. Dlatego ważne jest, aby uświadamiać opinię publiczną, że działalność organizacji pozarządowych to nie tylko pomoc społeczna, ale całe spektrum spraw i pól działalności, które także zasługują na poparcie czy to w formie przekazania 1proc. podatku, innych darowizn, czy też pracy pro bono na rzecz danej organizacji.

Apolityczni znaczy niezależni

Interesujący i wart rozważenia jest zarzut autorki, że przyczyną słabości polskiego społeczeństwa obywatelskiego jest jego apolityczność. Graff zauważa, że prawicowe organizacje i ruchy społeczne nie mają zahamowań, jeśli chodzi o samookreślenie w kategoriach ideologicznych i politycznych (i na tym polega ich fenomenalna skuteczność w mobilizowaniu różnych grup społecznych).

My rozumiemy apolityczność jako niezbędny dystans wobec partii politycznych i niezależność od rządu. Nie znaczy to, że odżegnujemy się od wpływu na politykę władzy publicznej, ale staramy się to czynić z pozycji niezależnych i eksperckich, wynikających z wartości - także wartości politycznych - związanych z misją naszych organizacji. Nie jesteśmy jedyni.

Polskie NGO-sy niemal zawsze odwołują się do pewnych idei przewodnich, takich jak: społeczeństwo otwarte, tolerancja, antydyskryminacja, prawa człowieka, rozwój społeczny czy proeuropejskość. Jest to środowisko spluralizowane, co korzystnie odróżnia nas od religijnych fundamentalistów. Jednocześnie dystans wobec partii i polityków oraz niezależność pozwalają na skuteczną społeczną mobilizację i wpływanie na rzeczywistość. Za przykład może posłużyć rola, jaką organizacje pozarządowe odegrały w latach 2005-07, kiedy wraz z niezależnymi mediami i różnymi środowiskami zawodowymi skutecznie przeciwstawiały się zagrożeniom politycznego populizmu. Wówczas organizacje takie jak HFPC i ISP publikowały raporty monitorujące politykę władz, organizowały debaty publiczne i skutecznie docierały do mediów. Jeżeli już określać NGO-sy w kategoriach politycznych, to raczej w kontekście sprzyjania wartościom demokratycznym (pluralizmowi, wolności integracji europejskiej) niż jakiejś konkretnej partii czy jej programowi.

Przykładem skutecznych działań na rzecz demokracji była słynna inicjatywa koalicji NGO-sów "Zmień kraj, idź na wybory", w wyniku której tysiące młodych ludzi zdecydowało się przełamać swoją obojętność wobec polityki i wzięło udział w wyborach do parlamentu w październiku 2007 r. Jednak zorganizowanie takiej akcji było w dużej mierze możliwe dzięki istnieniu niezależnych i profesjonalnych organizacji cieszących się zaufaniem różnych środowisk. Podobnie inicjatywa wprowadzenia parytetów na listach wyborczych spotkała się ze znaczącym odzewem społecznym w dużej mierze dzięki temu, że poparły ją osoby i organizacje wywodzące się z różnych środowisk społecznych i politycznych. Dla organizacji zajmujących się obroną praw kobiet - a jest to na pewno obszar kluczowy dla polskiej demokracji - może płynąć z tego wniosek, żeby budować szerokie koalicje i szukać poparcia poza tradycyjnym środowiskiem organizacji kobiecych.

Ludzi, którzy decydują się na życie zawodowe w trzecim sektorze (i to ludzi z pasją), jest coraz więcej. Jeżeli zatem mamy marzyć o rozwoju społeczeństwa obywatelskiego w Polsce, to zastanówmy się, jak sprawić, aby porządnych, profesjonalnych organizacji było jak najwięcej i aby zajmowały się one rzeczami istotnymi dla życia publicznego, nie tracąc z pola widzenia swojej misji.

*Dr Adam Bodnar - sekretarz zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka **Dr Jacek Kucharczyk - prezes zarządu Instytutu Spraw Publicznych

  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Co się stało z Madzią?

Matka półrocznej Madzi z Sosnowca wyznała, że córeczka wyślizgnęła się jej w domu z kocyka i uderzyła główką w wysoki próg