Adam Leszczyński: Jest pan specjalistą od zarządzania uniwersytetami. Właśnie reformujemy polskie uczelnie. Na kim powinniśmy się wzorować? prof. William I. Brustein: Amerykański model wyższej edukacji się sprawdza. Przyciąga najlepszych naukowców i studentów z całego świata. Studenci otrzymują świetną edukację. Jestem przekonany, że każdy, kto nie wdroży tego systemu, zostanie w tyle.
Pracuję teraz na uniwersytecie stanowym w Ohio. To największy i najbardziej wszechstronny uniwersytet w
USA - uczymy ponad 65 tys. studentów. To nieco więcej niż na waszym Uniwersytecie Warszawskim.
Pewnie najczęściej słyszał pan o prywatnych uniwersytetach z Ivy League - takich jak Harvard czy Stanford. Są jednak także znakomite uniwersytety poza Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżem. Weźmy np. uniwersytet w Illinois, którym przez wiele lat zarządzałem. Ma 23 laureatów Nagrody Nobla - niewiele uczelni na świecie może się tyloma pochwalić - i piąty program nauk inżynieryjnych na świecie.
W socjologii - a jestem socjologiem - jesteśmy na 17. miejscu w USA, wyżej niż niektóre szkoły w Ivy League. W naukach politycznych - pomiędzy 13. a 17. miejscem. Z 400 ocenianych uniwersytetów w USA!
Cały czas mówi pan o rankingach. Wielu naukowców w Polsce ich nie znosi. Uważają, że robią rzeczy jedyne w swoim rodzaju i że ocenianie uczelni jak drużyn sportowych jest obraźliwe. - Nie oszukujcie się! Znam Europę, żyłem tu wiele lat, wykładałem w London School of Economics i Freie Universitat Berlin.
Europejskie uczelnie pozostają w tyle za resztą świata, bo mają problem z ideą konkurencyjności. Dlatego głównymi konkurentami amerykańskich uniwersytetów będą w najbliższych latach uczelnie z Korei, Tajwanu, Chin i Singapuru, a nieco później - prawdopodobnie także z Indii.
Kiedy zarządzałem University of Illinois, zleciłem sondaż wśród naszych studentów spoza Ameryki i ich rodziców. Zapytaliśmy: "Dlaczego zdecydowałeś się uczyć za granicą? Co sprawiło, że nas wybrałeś?". Odpowiedź była jedna: znaczenie miała reputacja uczelni mierzona rankingami akademickiej jakości. W Chinach i w Indiach wszyscy dziś mają obsesję rankingów.
Zgadzam się, że rankingi nie są często dobrą i obiektywną miarą jakości. Ale świat jest tak zbudowany, że mają ogromne znaczenie - bo w łatwy do ogarnięcia sposób pokazują ludziom, w którym miejscu na świecie ich dzieci dostaną najlepszą edukację.
Co roku, kiedy wychodzi prestiżowy ranking US News & World Report, rektorzy narzekają, że ich szkoły potraktowano niesprawiedliwie i że rankingi są nic niewarte. Kiedy znajdą cokolwiek pozytywnego w rankingu, zawsze jednak mówią: "A przy okazji - nasz wydział chemii jest nr. 3 na świecie".
To element amerykańskiej kultury konkurencyjności. Dziś ona rozprzestrzenia się na całym świecie.
Jak pan podnosił w rankingu pozycję uniwersytetów, którymi pan zarządzał? - Po pierwsze, musisz mieć dobrych menedżerów - ludzi z wizją i zaangażowaniem. W Ohio od tego zaczęliśmy: ściągnęliśmy najlepszych menedżerów od edukacji ze Stanów Zjednoczonych.
Rektorem został były dziekan naszego wydziału ekonomii (ang. Business School), któremu udało się przesunąć znacząco swój wydział w rankingu US News & World Report. Wniósł na uniwersytet biznesową mentalność. Bo częścią amerykańskiego modelu jest przekonanie, że uniwersytet to - jak kiedyś nazwał to "The Economist" - biznes umysłów (ang. brains business).
Pieniądze są ważne. Ohio ostro obcięło koszty i powiększyło dochody, żeby przyciągnąć najlepszych wykładowców.
Rynek pracy dla najlepszych mózgów ma zasięg światowy. Kiedy nasz wydział informatyki szuka profesora, nie rozgląda się w Ohio, ale na całym świecie. Dziś dzięki dobrowolnemu wsparciu alumnów i biznesu, przychodom z czesnego, dużym grantom od rządu i biznesu stać nas na najlepszych wykładowców na świecie. Możemy zapewnić takiej osobie najlepsze z możliwych warunki pracy i płacy.
Także rynek studentów jest globalny. Mamy ponad 5 tys. studentów spoza USA - w większości z Korei, Chin, Indii. Są przekonani - to wynika z badań - że dyplom naszego uniwersytetu dobrze ich będzie pozycjonował na rynku pracy. To efekt tego, że nasza reputacja się poprawiła - bo udało nam się przyciągnąć najlepszych wykładowców.
Studenci zagraniczni są dobrzy dla uniwersytetu, bo płacą pełne czesne - a nie tylko jego część jak mieszkańcy stanu. Jeszcze 10-15 lat temu prawie każdy student z Ohio mógł się dostać na nasz uniwersytet. Teraz już nie. Musisz być pierwszy w swojej klasie, żeby mieć szansę. W ten sposób zapewniamy wykładowcom świetnych studentów, z którymi się dobrze pracuje.