http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nasza afgańska inwestycja

Mirosław Czech
2009-12-30, ostatnia aktualizacja 2009-12-30 14:32

Amerykańskiemu prezydentowi warto udzielić kredytu zaufania Wysyłając 600 dodatkowych żołnierzy do Afganistanu, inwestujemy przede wszystkim w nasze własne bezpieczeństwo

24 września 2009 r., Afganistan. Polski patrol w okolicach Ghazni
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta
24 września 2009 r., Afganistan. Polski patrol w okolicach Ghazni
Rząd postąpił słusznie, podejmując decyzje o zwiększeniu kontyngentu wojskowego w Afganistanie. Wzmocnił bezpieczeństwo naszych żołnierzy i całego państwa. Odpowiedział na prośbę rządu USA i wsparł Baracka Obamę, gdy ten konstruuje nowy porządek światowy. Umocnił NATO i pokazał, że potrafi pójść pod prąd opinii publicznej.

Większość Polaków opowiada się bowiem przeciwko misji afgańskiej, dostrzegając w niej kontynuację obarczonej propagandową manipulacją eskapady irackiej. Przeciw jest również opozycja. Nie tylko z tego powodu decyzja gabinetu Donalda Tuska obarczona jest pewnym ryzykiem.

Wojsko przekształca się w armię zawodową, na co przy zaciskaniu budżetowego pasa brakuje pieniędzy, też na nowoczesny sprzęt. Tli się konflikt pomiędzy rządem a ośrodkiem prezydenckim i wciąż niespokojnie jest na linii cywilne kierownictwo ministerstwa obrony - dowódcy rodzajów sił zbrojnych. Ponoszenie odpowiedzialności za afgańską prowincję Ghazni zaczyna przerastać możliwości naszego wojska i wspierających go służb. Wysyłając dodatkowych 600 żołnierzy, armia osiąga górny pułap zdolności do skutecznego działania w warunkach bojowych. Nie jesteśmy pewni, czy strategia Obamy przyniesie oczekiwane rezultaty.

Afganistan to nie Irak

Niedawna dyskusja w Sejmie nad informacją ministra Bogdana Klicha nie przyniosła rewelacji. Rząd uzasadniał swoją decyzję koniecznością dotrzymania lojalności sojuszniczej wobec USA i potrzebą umocnienia NATO. W jego opinii wzmocnienie kontyngentu nie przekracza naszych możliwości, ponieważ za granicę możemy wysłać ponad 3,5 tys. żołnierzy.

Nie zabrzmiało to przekonująco dla SLD, które od pewnego czasu opowiada się za wyjściem z Afganistanu. Niespodzianką było krytyczne stanowisko PiS, które do tej pory nie miało obiekcji w kwestii naszego udziału w wojnie w Iraku oraz misji afgańskiej.

PiS skrytykowało koalicję PO-PSL za uleganie interesom USA i obronę południowej granicy Rosji. W jej przekonaniu polscy wojskowi uczą się techniki wojny partyzanckiej nieprzydatnej dla obrony kraju. Partia ta wsłuchała się w głosy części byłych oficerów, którzy od pewnego czasu chętnie zabierają głos na tematy polityczne i wojskowe. Artur Bilski, komandor, porucznik w stanie spoczynku, nie zostawia ("Co dalej z Afganistanem?", "Gazeta" z 2 grudnia) suchej nitki na obecnym rządzie i jego poprzednikach. Sceptyczny jest również gen. Stanisław Koziej ("Gazeta", 23 grudnia).

W Iraku - oburzył się Bilski - żołnierze odwalili kawał dobrej roboty, której politycy nie potrafili przekuć na sukces polityczny i gospodarczy. Politycy znowu obiecują podatnikom gruszki na wierzbie, pchając nas do Afganistanu. Bilski wieszczy, że pozostanie w Afganistanie zakończy się katastrofą dla naszych sił zbrojnych, ponieważ zabraknie pieniędzy na ich modernizację. Operacja afgańska nie służy naszemu bezpieczeństwu, grozi rozpadem sił zbrojnych, w których zreformowaniu i doposażeniu nie pomagają Amerykanie. Polska wspierała USA w Iraku wbrew części Europy Zachodniej, a w zamian od Amerykanów nie dostawaliśmy nic.

Potrzebna jest rzetelna dyskusja, by nasze zaangażowanie na azjatyckim Środkowym Wschodzie nie przekształciło się w "nasz drugi Irak" lub zgoła w "nasz mały Wietnam". Zwalczanie talibów i wspierających ich terrorystów w Afganistanie nie jest tym samym, co motywowana zmanipulowanymi pobudkami inwazja na Irak. NATO uznało ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku za wypełnienie w stosunku do USA art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Wojska NATO są tam z mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Zagrożenie, jakie stwarza Al-Kaida i wspierający ją talibowie, nie jest wymysłem propagandowym, lecz realnym niebezpieczeństwem dla pokoju w Azji oraz bezpieczeństwa państw Zachodu.

Nasza armia nie zapadnie się z powodu przedłożenia wydatków na kontyngent w Afganistanie nad modernizację sprzętu w kraju. Samodzielnie nie jesteśmy w stanie zapobiec hipotetycznej inwazji na Polskę. Mocni jesteśmy jedynie w kupie. Jankesi skąpią pomocy w przezbrojeniu naszej armii, umowa offsetowa zaś nie działa tak, jak tego oczekiwalibyśmy. Ich dowódcy niejednokrotnie ignorują odrębność i samodzielność polskich oddziałów w Afganistanie.

A jednak to od USA zależy nasze bezpieczeństwo. Polski sojusz z Ameryką istnieje realnie, a nie wyłącznie na papierze. Alternatywą nie jest europejski system bezpieczeństwa, ponieważ nie wiadomo, czy kiedykolwiek powstanie.

Jak trwoga, to do wuja Sama

W ciągu minionych dwóch lat koalicja PO-PSL sprawdziła zastosowanie opcji europejskiej w polityce polskiej i związanego z tym otwarcia na Rosję. Rząd Donalda Tuska uczynił wiele, by w relacjach z USA zaznaczyć naszą podmiotowość i powstać z "PiS-owskich kolan" (PO zarzucała rządom PiS uległość wobec USA). Wyprowadził wojska z Iraku, postawił na Europę, odbudował relacje z Niemcami i zbliżył się do Rosji. Dzisiaj musiał stwierdzić, że w sprawach bezpieczeństwa Europa nie stanowi alternatywy dla oparcia się na USA. Powodem jest polityka Rosjan oraz miękka kontynuacja wstrzemięźliwej postawy Paryża i Berlina wobec Waszyngtonu.

Szczególne zaniepokojenie rządu Tuska wywołało wrześniowe manewry. 900 czołgów rosyjskich i białoruskich ćwiczyło w pobliżu naszych granic wariant "kontruderzenia" w związku z "powstaniem" mniejszości polskiej na Białorusi. Moskwa przeprowadziła też widowiskową rundę rozmów z Francuzami w sprawie zakupu supernowoczesnych okrętów desantowych. W odpowiedzi polski rząd w ekspresowym tempie sfinalizował umowę o stacjonowaniu rakiet Patriot w naszym kraju.

Wbrew głosom opozycji rząd "nie wyprzedaje" za bezcen polskich interesów. Działa w dobrze pojętym interesie Polski i wyciąga właściwe wnioski z nowych realiów polityki światowej. W Afganistanie poznajemy rzeczywiste miejsce, jakie zajmujemy w polityce światowej i europejskiej, gdy zniknęło zapotrzebowanie na nasze usługi w szerzeniu demokracji i strefy stabilizacji na obszarze byłego ZSRR.

Na Kremlu "reset" w relacjach z USA, jaki wprowadziła administracja Obamy, odczytano jako przyzwolenie na wykrawanie "strefy uprzywilejowanych interesów". Interpretacja błędna, co nie zmienia tego, że Rosjanie będą nadal zakreślać granice swojej strefy wpływów, bo w tym są prawdziwymi mistrzami. Będą działać i czekać na reakcję Waszyngtonu, Europy oraz rządów poszczególnych państw. Turbulencje w obszarze naszego bezpieczeństwa mamy zatem gwarantowane.

Agresywne poczynania Rosji otarły się o nasze granice i zmieniły geopolitykę Polski. Większość polityków i ekspertów ma problemy z wyciągnięciem wniosków z tej sytuacji. Jakby nie mogli zaakceptować konstatacji, że świat zmienił się po wyborze Baracka Obamy i światowym kryzysie finansowym. I że wysyłając 600 dodatkowych żołnierzy do Afganistanu, inwestujemy przede wszystkim w nasze własne bezpieczeństwo. Bierzemy udział w likwidacji zagrożenia, jakie niesie Al-Kaida i związani z nią talibowie.

Nie ma gruszek na wierzbie

W sprawie misji w Afganistanie na szczęście nikt nie obiecuje wojskowym i cywilnym Polakom gruszek na wierzbie. Wspieramy amerykańskiego przywódcę, który zakończył praktykę hegemonii w polityce Waszyngtonu na rzecz współdziałania i kooperacji. I który za jeden z filarów porządku światowego wciąż uważa NATO. Na rok przed przyjęciem przez NATO nowej koncepcji strategicznej Obama opowiedział się za utrzymaniem Sojuszu jako związku obronnego krajów Europy i Ameryki Północnej. Zdolnego zarazem do wykonywania działań poza terytorium państw członkowskich.

Spoiwem Sojuszu mają pozostać wartości: demokracja, swoboda działalności gospodarczej, poszanowanie praw człowieka i wolności obywatelskich. W świecie rządzonym według tych reguł Polska z łatwością odnajdzie swoje miejsce oraz własną strategię ugruntowania bezpieczeństwa państwa. Część komentatorów wyciąga stąd wniosek, że powiększenie kontyngentu polskiego jest ostatnią deską ratunku w relacjach z Amerykanami - rzucaniem żołnierzy na stos ofiarny.

To fałszywy trop i niedobry ton w rozmowie z wojskowymi oraz opinią publiczną. Żołnierze wysyłani do Afganistanu nie są mięsem armatnim składanym w ofierze formułowanych w odruchu rozpaczy racji politycznych. Wojskowi ryzykują życiem w imieniu nas wszystkich i we wspólnym interesie. Działają na rzecz zlikwidowania w zarodku zagrożeń, jakie pojawiają się na polskim horyzoncie. Wypełniają tym samym misję i zadania, do których zostali powołani, a na co podatnicy łożą niemałe środki.

Udział w operacji afgańskiej nie jest stratą, lecz zmniejszaniem kosztów, które musielibyśmy wyłożyć, gdyby ktoś zdecydował o wycofaniu naszego kontyngentu i zachwiałby naszą pozycją w Sojuszu. Aby później nie biadolić, najpierw trzeba dać szansę - sobie i innym. Po awanturze irackiej, w szczególności jej początkowej fazy okupacyjnej, trudno mieć bezgraniczne zaufanie do zdolności strategicznych i planistycznych amerykańskich sił zbrojnych. To jednak nie powód, by wzorem niektórych polityków polskich opowiadać, że i tym razem na pewno się nie uda.

Amerykańskiemu prezydentowi warto udzielić kredytu zaufania. Obama nie ukrywał, że uznaje wojnę w Afganistanie za moralnie usprawiedliwioną, zgodną z interesami Ameryki i ładem międzynarodowym. Bardzo się stara, by odbudować poparcie wspólnoty międzynarodowej dla osiągnięcia założonych przez siebie celów. Nie zmienia to jednak tego, że jego celem jest utrzymanie przywódczej roli Stanów Zjednoczonych w polityce światowej.

Amerykański przywódca nie popełnił błędu, gdy ogłosił rok 2011 jako datę rozpoczęcia wycofywania sił amerykańskich. Jeżeli NATO nie uda się w ciągu półtora roku złamać oporu talibów i zażegnać niebezpieczeństwa rozszerzenia się wojny na terytorium Pakistanu, wówczas nadejdzie czas na wdrożenie innej strategii. Administracja demokratyczna nie planuje wycofania się USA z Azji Środkowej i Bliskiego Wschodu. Przeciwnie, rozwiązanie problemów tego regionu uznaje za priorytet swojej polityki.

Na naszej wsi wesoło

Nie przewiduje też dzielenia się odpowiedzialnością ze wschodzącymi potęgami azjatyckimi. Nie mają więc racji ci polscy eksperci, którzy doradzali "azjatyzację" strategii afgańskiej - włączenie do jej realizacji Indii i Chin. To nie była żadna alternatywa dla zwiększenia zaangażowania Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nawet jeśli New Delhi i Pekin dążyłyby do takiego rozwiązania, to nie chcą go Amerykanie ani tym bardziej Pakistańczycy. Obama zapewnił Pakistańczyków, że ustabilizowanie sytuacji w Afganistanie jest równoznaczne z uśmierzeniem niepokojów w ich państwie. Również dzięki wzmocnieniu gospodarczej, politycznej i wojskowej obecności Ameryki.

Choć burza wokół, na naszym podwórku wciąż wesoło. Nawet w sprawie afgańskiej politycy PO i PiS nie zaniechali kłótni. Obóz rządzący wsadza szpilkę ośrodkowi prezydenckiemu za dotychczasową gotowość podpisywania w ciemno każdej propozycji amerykańskiej o zwiększeniu naszego zaangażowania militarnego. Urzędnicy prezydenccy rewanżują się twierdzeniem, że gabinetowi Tuska nie chodzi o osiągnięcie jakichkolwiek celów strategicznych, lecz o wyplątanie się z tarapatów, w które wpadnięto na własne życzenie.

Prezydent od biedy może znaleźć powody do zachowywania ostrożność w popieraniu w ciemno inicjatyw Tuska i Sikorskiego. W sprawie operacji afgańskiej wiadomo jednak wystarczająco wiele, by nie mnożyć ponad konieczność wątpliwości w umysłach sceptycznie nastawionej opinii publicznej i dużej części armii. Prezydent i jego otoczenie wiedzą, że wysłanie dodatkowych żołnierzy wzmacnia bezpieczeństwo Polski.

Tragedia, jaka wydarzyła się w Nangar Khel, uświadomiła problemy i zagrożenia związane z poddaniem naszych oddziałów pod dowództwo amerykańskie. Scalenie organizacyjne i ujednolicenie dowodzenia naszego kontyngentu były nakazem chwili. Podobnie jak nakazem chwili jest zgodne współdziałanie najwyższych władz państwa na rzecz powodzenia misji afgańskiej. Sprawy wojska należy wyłączyć z bieżącej gry politycznej. Szczególnie dzisiaj politycy winni są społeczeństwu i wojskowym wzniesienie się ponad doraźne interesy. Winni pokazać, że w kwestiach nadrzędnych potrafią działać wspólnie, demonstrując zrozumienie nadrzędnego dobra państwa, którym kierują.

  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':