Gośćmi kolejnych odcinków programu Tomasza Lisa było dwóch polityków, którzy zetrą się w przyszłorocznej kampanii prezydenckiej -
Jerzy Szmajdziński (
SLD) i Andrzej Olechowski. A potem prof. Leszek Balcerowicz pokazał, że mimo wyborów rok 2010 będzie nieciekawy.
Dlaczego? Wystarczy posłuchać, co do powiedzenia mają kandydaci na prezydenta.
- Muszę wyjść do ludzi i pokazać, że nie jestem mały i gruby - mówi niskim usypiającym głosem Szmajdziński. - Mam wizję prezydentury przyjaznej, opartej na konstytucji, na współdziałaniu władz, na dialogu społecznym, na poszanowaniu praw mniejszości i wykluczonych.
Może coś, czego jeszcze nie słyszeliśmy, powie Andrzej Olechowski? Na czym opiera nadzieję na zwycięstwo? - Na potrzebie zmian w polityce. Mógłbym zmienić Polskę na lepsze.
Miliony Polaków ziewają przed telewizorem.
Najbardziej ożywionym rozmówcą okazał się prof. Balcerowicz. Chyba 20-lecie polskich reform gospodarczych dodało siły ich autorowi. - Powinniśmy sobie postawić jako narodowy cel dogonić
Niemcy. Nie przez 50 lat, ale 20 - mówił. - Nie wymaga to żadnych wyrzeczeń. Wprowadzenie reform, dzięki którym ludzie będą więcej pracować, skoro dłużej żyją, nie jest wyrzeczeniem. Tak samo odpolitycznienie gospodarki.
Trzeba by założyć, że rozwijałaby się ona w tempie średnio 5 proc. rocznie, a niemiecka - w granicach 1,5 proc., zaznaczył profesor. Wówczas wystarczyłoby "utrzymać to, co dobre": niską inflację, mocny, wymienialny pieniądz oraz prywatyzować i ograniczać wydatki budżetowe, by rosły wolniej niż gospodarka. - Dzięki temu będziemy mieli niższe podatki, mniejszy dług publiczny i mniej wydatków, które demobilizują ludzi.
Jakim słowem prof. Balcerowicz określa przyszłość? "Mobilizacja": - Trzeba stale wygrywać propagandowe pojedynki z różnymi fałszywymi Świętymi Mikołajami, którzy obiecują: "Dam, dam, dam", ale nie powiedzą z czego.
Tak mówi ktoś, kto ma plan, nieważne - podoba się on nam czy nie. Niestety, nie mówią tak zadeklarowani kandydaci na prezydenta. A prof. Leszek Balcerowicz nie kandyduje.
Do wyborów szykują się politycy bez charyzmy, bez chęci lub umiejętności atrakcyjnego zaprezentowania się Polakom w popularnym programie telewizyjnym. W tym samym czasie sukces reform Balcerowicza porównuje się w debacie publicznej do wprowadzenia stanu wojennego.
Nie podzielam wiary niektórych obserwatorów sceny politycznej, że pojawienie się jakiegokolwiek trzeciego kandydata - oprócz Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska - będzie korzystne dla kampanii wyborczej. By ożywić debatę w zablokowanym układzie Kaczyński - Tusk, nie wystarczy być. Potrzeba pasji i wizji, które przekonają wyborców, że warto głosować.