W przyszłym roku
USA wyślą dodatkowe 30 tys. żołnierzy do Afganistanu, a Polska zwiększy swój kontyngent o 600 żołnierzy - do 2600. Więcej wojsk do Afganistanu mają także wysłać inne kraje NATO oraz partnerzy Sojuszu, jak np.
Gruzja. Najbliższe dwa lata mają być kluczowe do przeważenia szali zwycięstwa w wojnie na rzecz NATO. Oprócz walk z talibami Sojusz ma wyszkolić afgańską armię oraz policję, zwiększyć ich liczebność ze 150 do blisko 600 tys. oraz przygotować Afgańczyków do przejęcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo kraju.
Dziś trzeci odcinek naszego cyklu.
Prof. Stanisław Koziej, generał w stanie spoczynku, były wiceminister obrony narodowej, wykładowca w Wyższej Szkole Handlu i Prawa im. R. Łazarskiego Z punktu widzenia teorii wojskowej nowa strategia USA wobec Afganistanu jest logiczna i poprawna. Jest szansa na jej powodzenie, ale chyba raczej niewielka. Główne ryzyko tkwi nie w siłach międzynarodowych, lecz wynika ze słabości afgańskich struktur władzy. Skompromitowany i niechciany reżim centralny nie zapanuje nad krajem w stopniu umożliwiającym przekazanie mu odpowiedzialności. Można się spodziewać, że dzień po wyjściu sił międzynarodowych sam by także "wyszedł", pozostawiając Afganistan w stanie totalnego chaosu. Dlatego zwykłe dosyłanie tam kolejnych wojsk jest prostą drogą do drugiego Wietnamu, tym razem nie tyle dla Amerykanów, ale dla NATO.
Trzeba ratować NATO przed takim scenariuszem. Polska powinna być tym szczególnie zainteresowana, bo psucie się NATO w Afganistanie to słabnięcie jednego z najważniejszych zewnętrznych filarów naszego bezpieczeństwa. Głównym wyzwaniem dla polskich decydentów politycznych nie jest zwiększanie liczby wojsk ani przyjmowanie samodzielnej koncepcji stwarzającej wrażenie jakiegoś strategicznego planu "polskiej wojny w Ghazni". Głównym zadaniem powinno być podjęcie próby doprowadzenia w NATO do politycznego przełomu w podejściu do kryzysu afgańskiego. Idzie o dostosowanie statusu operacji do realnych warunków wojennych, czyli przekształcenie jej z dowolnej w jednakowo obowiązkową dla wszystkich, z niesolidarnej w solidarną. Ważna w NATO "zasada muszkieterów", na której powinno nam jako państwu granicznemu w szczególności zależeć, podpowiada w tym wypadku formułę: "albo wszyscy jednakowo, albo nikt". Bez takiej zmiany wysyłanie dodatkowego wojska nie ma żadnego sensu, bo niezależnie od liczby żołnierzy nie da się wygrać wojny niewojennymi metodami.
Potrzebna jest także zmiana politycznej koncepcji odbudowy w Afganistanie. Zamiast próby budowania państwa od góry, od ustanowienia najpierw władz centralnych, należałoby zacząć budować je od dołu (zgodnie z tamtejszą tradycją i kulturą strategiczną), czyli przekazywać odpowiedzialność miejscowym przywódcom, którzy następnie wyłanialiby z siebie kolejne szczeble władzy, do centralnej włącznie. Nawet powstałe w ten sposób państwo rządzone przez przeciwników, ale faktycznie zarządzane i przewidywalne, jest lepsze z punktu widzenia bezpieczeństwa niż państwo rządzone przez lojalnego sojusznika, który nie ma żadnej realnej władzy.
Wsparcie przez Polskę amerykańskiej strategii nie powinno sprowadzać się do zwykłego indywidualnego zobowiązania ilościowego. Racjonalne i jednocześnie najlepsze z polskiego punktu widzenia byłoby doprowadzenie do decyzji całego NATO o jakościowej zmianie statusu sojuszniczej operacji. Zdjęcie ograniczeń z wojsk, które już są w Afganistanie, wyzwoliłoby większe rezerwy sojuszniczego potencjału operacyjnego niż dosłanie tam kolejnych kilku tysięcy żołnierzy z dotychczasowymi ograniczeniami. Utrzymywanie sytuacji, gdy państwa członkowskie Sojuszu są nierównomiernie zaangażowane w operację, osłabia NATO, a tylko solidarność wewnątrz Sojuszu ma dla nas wartość. I o tę wartość powinniśmy przede wszystkim toczyć walkę w politycznych i strategicznych debatach wewnątrz NATO w nadchodzących tygodniach przed ostateczną decyzją.
Janusz Onyszkiewicz, b. szef MON, b. eurodeputowany Partii Demokratycznej W dyskusji nad zaangażowaniem NATO w Afganistanie pada cały szereg argumentów za jak najszybszym wycofaniem się z tego kraju. Na argumenty, że Afganistan jest powtórką Wietnamu, dość przekonująco odpowiedział prezydent Obama w swym przemówieniu w West Point. Dziś bowiem, jeśli wierzyć badaniom afgańskiej opinii publicznej, niechęć do talibów deklaruje w sposób dość stały 80-90 proc. Afgańczyków. Prawdą jest, że ten rozkład wcale nie jest równomierny i poparcie dla talibów na południu i południowym wschodzie, a więc tam, gdzie mieszkają Pasztuni, jest znacznie wyższe. Ale też warto przytoczyć badania BBC, według których kwestia bezpieczeństwa uważana jest za największy problem jedynie przez 14 proc. odpowiadających, a większą troskę budzą takie sprawy, jak: praca, brak dostępu do pitnej wody, brak elektryczności, złe drogi czy zdrowie.
Warto też zwrócić uwagę na to, że północna część kraju, ta gdzie przeważają Tadżycy, Uzbecy czy Chazarowie, jest w zasadzie dość spokojna. Problemem jest więc pasztuńskie południe. To jest matecznik talibów.
Jest rzeczą dziwną, że do tej pory stosunkowo mało uwagi poświęca się problemowi Pakistanu. To przecież szósty co do ludności kraj świata dysponujący bronią jądrową. Nie jest to jednak kraj stabilny. Mieszka w nim około połowy Pendżabczyków, a reszta to zlepek różnych i licznych mniejszości, z których np. Beludżowie mają silne dążenia separatystyczne. No i są Pasztuni, którzy po ostatniej w XIX w. wojnie afgańskiej znaleźli się w ówczesnych Indiach, a dziś są w Pakistanie. Wśród nich (przede wszystkim, ale nie tylko) można zauważyć narastający i już dziś bardzo silny ruch fundamentalistów islamskich - pakistańskich talibów - którego celem jest wprowadzenie w Pakistanie dokładnie takiego politycznego systemu, jaki zaprowadzili swego czasu w Afganistanie. I tak Tehrik-e-Taliban Pakistan (TTP) to jedna z ich struktur, która tylko w niedawnej serii zamachów zabiła w Pakistanie niemal 200 osób. Fundamentaliści islamscy potrafili też wedrzeć się do dowództwa pakistańskiej armii, doprowadzili do zamknięcia na pewien czas wszystkich szkół w obawie przed zamachami.
To właśnie przeciwko nim armia pakistańska prowadziła i prowadzi operacje wojskowe na wielką skalę na graniczących z Afganistanem terenach. Pojawienie się w Afganistanie ponownie państwa talibów niesłychanie zwiększy zagrożenie, że będziemy mieli podobną sytuację w Pakistanie (albo też rozpad tego państwa), a czy bomba jądrowa w rękach fundamentalistów islamskich mających w swoim ręku całą potęgę dużego państwa to coś, co można spokojnie przyjąć?
Jedyne pytanie, jakie się pojawia, to pytanie, jak tę wojnę wygrać. Być może doraźne zwiększenie sił zbrojnych będzie temu celowi służyć. Rozwiązanie musi mieć jednak charakter polityczny. Należałoby, podobnie jak w Iraku, umożliwić bardziej umiarkowanym grupom współtworzącym dziś front walki zbrojnej wejście w proces politycznego dialogu i włączenie we współrządzenie. Pytanie, czy obecny prezydent Afganistanu splamiony jaskrawym fałszowaniem ostatnich wyborów byłby do tego zdolny.
Płk Piotr Łukasiewicz, pełnomocnik szefa MON ds. misji w Afganistanie Ogłoszenie decyzji prezydenta Obamy o dosłaniu dodatkowych 30 tysięcy żołnierzy amerykańskich i prośba NATO o zwiększenie kontyngentów narodowych następują w najlepszym możliwym momencie. Straty koalicji latem, brak zrozumienia sytuacji politycznej w Afganistanie, brak jasnej strategii zwalczania rebelii, ogłoszenie Karzaja prezydentem przy oskarżeniach o masowe fałszerstwo - te wszystkie czynniki powodowały nastroje niemalże histeryczne w USA i Europie. Przywoływano wszelkich możliwych wodzów i armie, które poniosły klęskę w Afganistanie, a histerię podsycali radzieccy weterani okupacji z lat 1979-89 melancholijnie przestrzegający "wam też się nie uda".
Teraz nastrój histerii zmienia się radykalnie: mamy cel misji - zwalczanie rebelii i wyszkolenie afgańskich sił bezpieczeństwa, mamy konkretne siły, mamy strategię przeciw rebelii dostosowaną do warunków afgańskich i sprawdzoną w irackich, mamy wreszcie powszechne zrozumienie, że czas naszego zaangażowania został określony. Prezydent Obama zapowiada rozpoczęcie redukcji sił w 2011 r. Prezydent Karzaj ogłosił, że od 2013 r. armia afgańska będzie w stanie kontrolować kraj. Polska strategia obecności w Afganistanie przygotowywana od września br. mówi, jak będą wyglądały nasze zmagania z problemami Ghazni. Nacisk na szkolenie Afgańczyków, przybliżenie naszego wojska do społeczności lokalnych w celu ich ochrony przed bandami talibów, prowadzenie działalności rozwojowej - z jednej strony wpisują się w szerszą strategię koalicji, z drugiej - dostosowane są do naszych możliwości.
Być może z obecności w Iraku nie wynieśliśmy korzyści gospodarczych, ale wróciło stamtąd zaprawione w boju i doświadczone polskie wojsko, które wie, jak szkolić rozwijającą się armię i radzić sobie z umiarkowanie niestabilną strefą rebelii. Przede wszystkim jednak dzięki udziałowi w misjach bojowych to wojsko jest w stanie na wysokim poziomie współpracować z sojusznikami w warunkach wojennych, co oznacza naszą trwalszą obecność w NATO. Warto zdobyć się na poświęcenie, by w Afganistanie blokować możliwości ataków terrorystycznych w Europie i USA. Warto też z czysto polskiego i ludzkiego punktu widzenia pomóc narodowi afgańskiemu stanąć na nogi, by za kilka lat móc stwierdzić, że misja wzmocniła zarówno Afganistan, jak i NATO.