Program Balcerowicza nie był jedyną drogą demokratycznej reformy rynkowej - napisał w poniedziałek w "Gazecie"
Jacek Żakowski (
"Balcerowicz musi być przemyślany"). I dodał, że projekt reformy gospodarczej rządu Tadeusza Mazowieckiego "był najdalszy od oczekiwań społecznych i ducha
S". W taki sposób odniósł się do sporu wokół wydarzeń sprzed 20 lat, wywołanego słowami socjologa Macieja Gduli z "Krytyki Politycznej", który porównał wprowadzenie reform Balcerowicza do wprowadzenia stanu wojennego.
Innego pomysłu nie było Apelując, by "Balcerowicza przemyśleć na nowo", publicysta wymienia szereg pomysłów jakoby alternatywnych wobec projektu rządu Mazowieckiego.
Wystarczy przyjrzeć się dyskusjom ekonomicznym sprzed 20 lat, by się przekonać, że żaden z przywołanych - oprócz programu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego przygotowanego pod kierownictwem prof. Janusza Beksiaka - nie istniał. Tyle że projekt ten - opracowany we wrześniu 1989 r., gdy Balcerowicz był już wicepremierem, i nazwany przez samych autorów "zarysem programu" - zakładał znacznie szybszą i bardziej radykalną reformę gospodarki, niż planowała ekipa rządowa. Co oznacza, że o ile zostałby skonkretyzowany i wprowadzony, to jego koszty byłyby znacznie dotkliwsze dla ludzi, niż stało się to w przypadku reformy Balcerowicza.
Wszystkie pozostałe projekty wymienione przez Żakowskiego - które miały być podobno wzorowane na gospodarce niemieckiej czy skandynawskiej - nie wychodziły poza ramy bardzo ogólnych wizji i luźno rzucanych idei. Niektórzy ekonomiści zalecali: "spiesz się powoli", inni mówili o "społecznej gospodarce rynkowej". Najważniejsze jednak, że nikt nie wiedział, jak w praktyce dojść do wolnego rynku.
Przywołany przez Żakowskiego Ryszard Bugaj już po wprowadzeniu planu Balcerowicza apelował, by zwolnić reformy i podkręcać produkcję przez różne zastrzyki finansowe - co zniweczyłoby pierwsze efekty walki z inflacją.
Balcerowicz miał program (własny, a nie Jeffreya Sachsa, jak chcą niektórzy publicyści, niebezpiecznie zbliżając się do spiskowej teorii dziejów), wiedział, jak wprowadzić go w życie, i dysponował ekipą, z którą dał radę to zrobić. Po prostu spadł nam z nieba.
Czy jego projekt był - jak twierdzi Żakowski - neoliberalny? Tak, w tym sensie, w jakim neoliberalna była europejska gospodarka końca lat 80., na której - taki był wówczas polityczny konsensus - Polska musiała się wtedy wzorować.
Po co był ten skok Dziś można pytać, czy decyzja o "skoku w gospodarkę rynkową" była słuszna, a wybór "terapii szokowej" - właściwy. Czy rzeczywiście dobrze zrobiono, obierając za cel przemian zachodni kapitalizm? Ale jeśli nie zachodni, to jaki? Latynoamerykański? A może socjalizm innego typu, np. jugosłowiański. Jednak snując te intelektualne dywagacje, warto pamiętać o kontekście, w którym decydowały się losy Polski 20 lat temu.
Wówczas bowiem nie chodziło tylko o transformację zdegradowanego systemu (co można by robić wolniej, choć nie wiadomo, czy dałoby to pożądane skutki), ale przede wszystkim o stawienie czoła katastrofie gospodarczej państwa: trzeba było dać radę ogromnej inflacji, pustym półkom, kolejkom, zadłużeniu zagranicznemu i dziurawej kasie budżetu państwa. Tak dramatycznej sytuacji jak w Polsce nie było ani w Czechosłowacji, ani na Węgrzech.
W perspektywie zaś gra szła o większą stawkę - o miejsce Polski w Europie: "Rozumiejąc trudności, przed jakimi postawił nas plan Balcerowicza, wiedziałem, że w rzeczywistości jest to jedyna droga dająca Polsce szansę uzyskania miejsca w europejskim porządku gospodarczym - mówił
Bronisław Geremek Żakowskiemu w wywiadzie rzece "Rok 1989". - Bez wyrzeczeń, i to wyrzeczeń poważnych, nie mieliśmy szans pokonać tego dystansu, który dzielił nas od progu umożliwiającego rozpoczęcie procesów integracyjnych".
Ze złożoności i nadzwyczajności tej sytuacji zdawali sobie sprawę i premier Mazowiecki, i
Lech Wałęsa, i zdecydowana większość działaczy "Solidarności". Wystarczy przypomnieć, jak w dramatycznym wystąpieniu sejmowym
Jacek Kuroń przekonywał posłów o konieczności zreformowania gospodarki. Zdawali też sobie z tego sprawę i działacze PZPR, i współtworzący rząd Mazowieckiego ludowcy. Jacek Żakowski powinien o tym pamiętać jako ówczesny rzecznik OKP. Nieuwzględnianie w dzisiejszych dyskusjach tamtych realiów pachnie oczywistym anachronizmem.
Wybór planu Balcerowicza był decyzją władz wyłonionych podczas głosowania 4 czerwca, w dużym stopniu demokratycznego. Decyzją podejmowaną w sytuacji skrajnie trudnej, okupioną kosztami społecznymi, ale - jak się okazuje z perspektywy 20 lat - trafną. Plan Balcerowicza nie tylko wyciągnął polską gospodarkę z dołka, przestawił ją na nowe tory, ale też umożliwił integrację kraju z Europą i wejście do NATO.
Mądrze byłoby, gdybyśmy docenili ten niewątpliwy sukces - choć nie bezkrytycznie i uznając błędy, jakie popełniono choćby przy konstruowaniu systemu pomocy ofiarom transformacji. Tak niewiele było w naszej historii zwycięstw.
Tak, musi być przemyślany Jacek Żakowski przyznaje, że "politycy mają czasem prawo, a nawet obowiązek narzucać rozwiązania niezgodne z oczekiwaniami społecznymi". Dodajmy: szczególnie w sytuacji zagrożenia, gdy "oczekiwania społeczne" są trudne do zdefiniowania, a tak naprawdę ludzie po prostu chcą poprawy swojego losu, a na pewno nie chcą katastrofy. Tak jak to miało miejsce przed 20 laty.
W ówczesnej dramatycznej sytuacji ekonomicznej prowadzenie negocjacji np. w sprawie utrzymania indeksacji płac albo stopniowej liberalizacji czy też wielkości emisji pieniądza prowadziłoby tylko do pogorszenia stanu gospodarki, a nawet całkowitego jej załamania i drastycznego obniżenia poziomu życia, który i tak był marny. Wychodzenie z takiego stanu byłoby niewyobrażalnie trudne.
Rząd Mazowieckiego nigdy nie ukrywał swoich planów ani celu działań. Przeciwnie, mówił o tym otwarcie. Dlatego mógł liczyć na poparcie ludzi, którzy poczuli, że wreszcie przyszedł moment, kiedy nie tylko są wolni, ale także mogą wygrać. Ludzi zarażonych determinacją pierwszego "swojego" rządu. Gdyby było inaczej, radykalny program Balcerowicza w obliczu społecznych protestów szybko by się zawalił.
Zgadzam się z Żakowskim, że Balcerowicz musi być przemyślany. Spór o jego plan jest sporem o przyszłość, o postawę polityków wobec wyzwań świata, o ich odpowiedzialność za wyborców.
Życzyłabym sobie, żeby równą determinacją i hartem ducha jak rząd Mazowieckiego wykazywali się podczas zmieniania świata współcześni politycy, przekonując nas, że mają dobre pomysły na reformy - np. że warto nie wydawać z budżetu państwa na zasiłki i renty więcej niż trzeba, że należy pilnować kredytów zaciąganych przez nasz kraj, że warto dłużej pracować. By z determinacją dążyli do jasno określonego i przedstawionego celu, nie dając się zwieść pokusom populizmu i myślenia wyłącznie w perspektywie kolejnych wyborów. Nawet wbrew "oczekiwaniom społecznym", w które np. wpisać można chęć przechodzenia na emeryturę w wieku 50 lat i dotowanie zasiłkami armii bezrobotnych dorabiających na czarno.
To wyzwania nieporównywalnie mniejsze niż te sprzed 20 lat.