Prostactwo, obłuda i tanie moralizatorstwo - te trzy nauczki ze "sprawy Piesiewicza" warto sobie zapamiętać, bo nie ostatni to, jak się obawiam, epizod, w którym znakomicie można dostrzec degenerujący wpływ tych trzech przypadłości na nasze życie.
Brukowce i polityka Pierwsza nauczka dotyczy roli, jaką zaczynają w polskim "dyskursie publicznym" (trudno te słowa pisać na poważnie i bez cudzysłowu) odgrywać brukowce, zwane czasem oględnie tabloidami lub "prasą kolorową".
To przecież publikacje "Super Expressu" nadały kierunek i intensywność publicznej recepcji tej sprawy. Publikując zdjęcia, zrobione prawdopodobnie nielegalnie, a z pewnością z pogwałceniem elementarnych zasad etycznych - w sytuacjach całkowicie prywatnych, w których nie chcemy być podglądani - polski brukowiec zeszmacił człowieka będącego akurat w chwili słabości. Bez żadnego - podkreślam: żadnego - uzasadnienia związanego z cieniem choćby interesu publicznego.
Z brukowcami nic nie da się zrobić - jak nic nie da się zrobić z pryszczem na nosie - poza ciąganiem po sądach, gdy ewidentnie naruszą prawo. Jakąkolwiek pokusę cenzury należy odsunąć, bo lekarstwo byłoby gorsze niż choroba. Ale zdajmy sobie przynajmniej sprawę z tego, że to JEST choroba, gdy brukowce zaczynają zajmować się sprawami publicznymi w sposób, który jest im jedyną znaną metodą, zamiast robić to, co naprawdę umieją - relacjonować narodziny cielęcia z trzema głowami lub nowy romans Dody.
Gdy brukowce, takie jak "Super Express", wchodzą na pole polityki, to jest to u nich proste przedłużenie wiadomości o jeziorze pełnym wódki lub wielorybie w Wiśle. I chociaż to akurat "Super Express" w "sprawie Piesiewicza" zszedł na samo dno, nie można nie zauważyć fatalnej roli, jaką w erozji gatunku odegrało wejście na polski rynek "Faktu", który niewolniczo skopiował wzorce najnędzniejszego niemieckiego brukowca. "Fakt" zaraził resztę prasy brukowej (do tego czasu w miarę poczciwej z punktu widzenia dzisiejszych standardów) brutalnością, głupotą i agresywnym prostactwem, bo tam wymogi konkurencji każą równać do najgorszego. I rola brukowców w "sprawie Piesiewicza" jest najnowszym objawem tej choroby, która zaczyna toczyć nasze życie publiczne. (Doskonale zilustrował to poseł
PiS-u Zbigniew Girzyński w wywiadzie dla Wyborcza.pl 20 grudnia).
Senatora żal, ale nie bardzo Obłudę świetnie ilustruje artykuł Bronisława Wildsteina ("Rzeczpospolita", 13 grudnia) zaczynający się - a jakże - od słów: "Żal mi Krzysztofa Piesiewicza". Ale żalu mu wystarczyło tylko na pierwsze zdanie, bo potem kopie leżącego senatora, insynuując m.in., że jego długotrwała opozycja wobec ujawniania w trakcie lustracji danych prywatnych i intymnych osób inwigilowanych wynikała z obrony własnego interesu. "Krzysztof Piesiewicz ma bardzo ładną opozycyjną kartę. Być może jak każdy z nas nie chce, aby jego sprawy osobiste zostały wywleczone na widok publiczny. Sugerowałoby to jego żarliwe zaangażowanie - podkreślam - nie przeciw lustracji, ale pełnemu otwarciu archiwów".
Cienia dowodu na poparcie tej insynuacji. Ale jak ładnie pasuje ona do kompromitujących zdjęć, opublikowanych przez brukową prasę
Mało tego, Wildstein zarzuca Piesiewiczowi skuteczne przekonanie prezydenta do zaakceptowania takiej wersji ustawy lustracyjnej, która zdaniem Wildsteina była łatwiejsza do odrzucenia przez
Trybunał Konstytucyjny. "Wykorzystując zasłużenie zdobyty autorytet, był on jednym z tych, którzy przekonali prezydenta Kaczyńskiego, aby nie zgodził się na ustawę lustracyjną de facto otwierającą dla wszystkich archiwa tajnych służb komunistycznych". Ale dlaczego z tą pretensją do Piesiewicza, a nie do prezydenta? Czy dlatego, że prezydent urzęduje, a Piesiewicz akurat leży?
Wildstein - obłudnie "żałując" Piesiewicza - nie dopuszcza myśli, że senator w swej postawie wobec ustawy lustracyjnej mógł kierować się szczerym przeświadczeniem o ochronie prywatności ludzi, a nie interesem własnym. Jak pisze Wildstein: "Problem polega jednak na tym, że każde prawo, każda ludzka decyzja wiąże się z kosztami, czyli ma swoje negatywne konsekwencje. W tym wypadku koszt wydawał się niewielki. Kto po tylu latach zagłębiałby się w stare papierzyska, aby dowiedzieć się skrywanych sekretów ?".
Kto? A choćby redaktor Wildstein, zbierając materiały do kolejnej "powieści z kluczem". A jeśli nie on, to koledzy z "Faktu" lub "Wprost". A jeśli nie oni - to blogerzy z Onetu. A jeśli nie oni - to byle ciekawski z dostępem do internetu, zafascynowany informacją o tym, z kim, ile razy i gdzie spał ważny działacz dawnej opozycji demokratycznej lub sąsiad do niej należący.
Potępienie i ciekawskość Wreszcie - tanie moralizatorstwo. Czołowy polski rygorysta-moralista Tomasz P. Terlikowski domaga się od Piesiewicza przeprosin ("Rzeczpospolita, 14 grudnia), zawieszenia działalności politycznej, a także "wycofania się na margines życia społecznego" - "tak powinno wyglądać zakończenie sprawy scenarzysty, prawnika i senatora PO", deklaruje Terlikowski. A więc już nie tylko odejście z polityki, ale wręcz zejście na "margines życia społecznego". Piesiewicz, także jako scenarzysta, musi schować się gdzieś do lisiej dziurki i siedzieć tam cicho, aż Terlikowski mu przebaczy.
Jednak pewno prędko nie przebaczy, bo w oczach Terlikowskiego Piesiewicz zamachnął się na "moralność publiczną" - owo słowo wytrych służące moralistom nawołującym do karania za wszystko, co nie jest zgodne z ich osobistą moralnością, obyczajowością i kanonami postępowania, zwłaszcza gdy chodzi o seks.
„Do działań godnych potępienia - ogłasza Terlikowski ze swojej kazalnicy - należy zaś (i chyba tu nie ma sporu) korzystanie z usług »pań poznanych pod hotelem Marriott « (ciekawe, że nikt nie zainteresował się, jak doszło do owego poznania i skąd senator ma takie znajomości) ”.
No właśnie, ciekawe, prawda? Nikt się nie zainteresował, ale Terlikowski owszem. Skoro taki ciekawy, to niech wyśle swoich chłopców z "Frondy", by śledzili polityków, scenarzystów i prawników - kto kogo i gdzie spotkał, "jak doszło do poznania" i co potem robili. Na początek niech dobrze spenetrują okolice hotelu Marriott.
Spotkają się tam z dziennikarzami z "Faktu" i "Super Expressu".
*Wojciech Sadurski jest profesorem wydziału prawa na Uniwersytecie Sydnejskim i profesorem w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego