W Łodzi PO, PiS oraz SLD dzielą się mandatami w kolejnych wyborach. W parlamencie nie brakuje znanych nazwisk, ale w samorządzie poza prezydentem Jerzym Kropiwnickim już takich nie ma. Dlatego dla wszystkich partii przed wyborami samorządowymi najważniejszym zadaniem jest wykreować nazwiska, które będą znali wyborcy.
Platforma najważniejszych polityków oddała do parlamentu i rządu - Iwona Śledzińska-Katarasińska jest szefem sejmowej komisji kultury i środków przekazu, Stefan Niesiołowski wicemarszałkiem sejmu, Cezary Grabarczyk ministrem infrastruktury, Krzysztof Kwiatkowski ministrem sprawiedliwości, a Mirosław Drzewiecki był do niedawna ministrem sportu.
PiS i SLD są tak bezbarwne, że w wyborach do sejmu ratowały się "spadochroniarzami" z Warszawy. Listę PiS z 2007 r. otwierała była minister pracy Joanna Kluzik-Rostkowska, a Sojuszu jego były lider Wojciech Olejniczak.
Kropiwnicki namaścił Tomaszewskiego
Jerzy Kropiwnicki, chociaż popierany w wyborach przez PiS, oficjalnie jest prezydentem niewielkiego Łódzkiego Porozumienia Obywatelskiego, komitetu zrzeszającego prawicowych samorządowców. Po raz pierwszy Kropiwnicki został prezydentem w 2002 r. Łodzianie patrzyli na niego z nadzieją. Sytuację miał dobrą, bo po fatalnych rządach SLD łatwiej było w Łodzi o sukces niż w dobrze zarządzanym Wrocławiu czy Poznaniu. Po prostu z dna łatwiej się odbić.
Kropiwnicki dostał prezent od losu. Premierem i wojewodą zostali jego przyjaciele Marek Belka i Stefan Krajewski. Współpraca trzech kolegów z Zakładu Funkcjonowania Gospodarki Uniwersytetu Łódzkiego przyniosła miastu wiele korzyści. Zaczęto mówić o Łodzi nowych technologii, inwestycji Della, Philipsa, zagłębiu AGD. Na fali sukcesów z pierwszej kadencji Kropiwnicki powalczył o reelekcję jako kandydat PiS. I zwyciężył. Ale teraz zamiast o sukcesach częściej mówi się o jego - ponad 160 - podróżach zagranicznych. I o tym, że prezydent znieważył strażnika miejskiego, do którego zwrócił się publicznie: "Gdzie masz, ch..., czapkę?". W przeprowadzonym w ubiegłym roku na zlecenie "Gazety" sondażu prezydenckim Kropiwnicki wypadł fatalnie. Był gorzej postrzegany niż aresztowany pod zarzutem gwałtu prezydent Olsztyna. Prezydentowi Łodzi oberwało się za bałagan organizacyjny przy remoncie ulic, spóźniające się autobusy i tramwaje. Mieszkańcom nie podobało się, że jest brudno.
Tymczasem dobre recenzje w krajowych i światowych mediach Kropiwnicki dostawał za zorganizowanie uroczystych obchodów 65. rocznicy likwidacji Litzmannstadt Ghetto. Do Łodzi przyjechało pod koniec sierpnia tego roku ponad 2 tysiące gości z całego świata, a wśród nich ponad stu ocalałych z getta. W nowym parku Ocalałych odsłonięto pomnik Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej. Kilkudniowe obchody zakończył koncert Krzysztofa Pendereckiego "Siedem bram Jerozolimy".
Kropiwnicki dawno zapowiedział, że nie będzie starał się o reelekcje, i wskazał następcę, obecnego wiceprezydenta Włodzimierza Tomaszewskiego, kiedyś prominentnego działacza ZChN. Tomaszewski od półtora roku ma bardzo okrojone kompetencje. Ale nie za karę, tylko z myślą o przyszłości. Nadzór nad remontami dróg, lokalami gminnymi czy targowiskami narażałby Tomaszewskiego na krytykę, dlatego te obowiązki mu zabrano. Aby mógł błysnąć sukcesem, prezydent powierzył mu flagowe inwestycje: budowę hali Atlas Arena czy rewitalizację terenów wokół EC1, które ma być nowym centrum miasta. Tomaszewski już na nich buduje kampanię wyborczą. Przykład to wieczór 24 października, kiedy Łódź była odmieniana przez wszystkie możliwe przypadki w dwóch ogólnopolskich stacjach telewizyjnych. Publiczna TVP 2 transmitowała na żywo z Łodzi finał wyborów Miss Polonia 2009, a w Polsacie pokazywano walki bokserów w Atlas Arenie. I wykorzystał to Tomaszewski. Na oczach milionów Polaków wręczał Miss Polonii laptop i Misia Uszatka, a kilkadziesiąt minut później, tuż przed walką Adamka z Gołotą, reklamował się w Polsacie. To był ciąg dalszy festiwalu Tomaszewskiego w telewizjach. Poprzednio wręczał medale siatkarkom podczas mistrzostw Europy.
Prezydent czy komisarz?
Licząc na niezadowolenie mieszkańców z ostatnich lat rządów Kropiwnickiego, SLD ruszył do boju. Sojusz zebrał pod koniec października ponad 90 tysięcy podpisów w sprawie odwołania w referendum prezydenta Kropiwnickiego. We Wrocławiu czy Gdyni, gdzie prezydenci są bardzo dobrze oceniani, tylko polityczni samobójcy porwaliby się na referendum. W Łodzi mogła sobie na to pozwolić partia, która nie błyszczy w sondażach i ostatnio przegrywała większość wyborów.
Aby odwołać Kropiwnickiego, do urn musi pójść 115 tysięcy osób. A to już nie takie proste. Łatwiej jest namówić ludzi na ulicy, żeby złożyli podpisy, trudniej spowodować, by poszli w zimowy dzień (termin referendum to 17 stycznia) do lokalu wyborczego.
Co by się jednak stało, gdyby mieszkańcy odwołali prezydenta? Wtedy miastem rządzić będzie komisarz. Mianuje go szef MSWiA. Z pewnością byłby to ktoś związany z PO. Komisarz rządziłby Łodzią do listopada. Bo wtedy będą wybory samorządowe w całej Polsce.
Pozostający od kilku lat w cieniu działacze lewicy z hukiem powrócili do mediów i na główną scenę polityczną. Wymyślili, że pomoże im w tym pojedynek z mocnym rywalem. A takim jest Jerzy Kropiwnicki. Politycy lewicy do 2005 r, wygrywali większość wyborów samorządowych i parlamentarnych w Łodzi. Ale kolejne korupcyjne afery ich prominentnych działaczy (skazano Waldemara Matusewicza, byłego marszałka województwa, i barona Sojuszu Andrzeja Pęczaka) zepchnęły SLD do głębokiej defensywy. Problemem lewicy są też wieczni "spadochroniarze", którzy dostają pierwsze miejsca na listach wyborczych. Przez lata listę sejmową otwierał Leszek Miller, potem zastąpił go Wojciech Olejniczak - obydwaj mieszkają w Warszawie. W ostatnich wyborach do europarlamentu znowu sięgnięto po posiłki ze stolicy - Jolantę Szymanek-Deresz. Cierpieli na tym lokalni działacze, bo pozostawali w cieniu znanych stołecznych polityków. Referendum ma to zmienić i nagłośnić ich organizatorów.
Prawie pewnym kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich będzie Krzysztof Makowski, były wojewoda, przewodniczący SLD w Łódzkiem, kiedyś najmłodszy wiceprezydent w Polsce. Makowski był okiem i uchem Leszka Millera, który bardzo pomógł mu w karierze. Kolejni chętni na lewicy do startowania w wyborach prezydenckich to Dariusz Joński, młody ekonomista i pomysłodawca referendum, oraz Jarosław Berger, były rzecznik komendy wojewódzkiej policji i szara eminencja Sojuszu.
Apetyt na kandydowanie ma także posłanka Zdzisława Janowska z SdPL, która jest w ostrym sporze z pomysłodawcami referendum. Janowska powiedziała, że gdyby referendum się udało, to Łodzi mógłby grozić paraliż. - Żaden odpowiedzialny polityk nie podejmie decyzji o odwołaniu prezydenta miasta na rok przed wyborami. To zaspokojenie egoistycznych ambicji i chęć zdobycia poparcia wśród niezadowolonych mieszkańców - mówiła. Na dodatek dobrze oceniła prezydenta Kropiwnickiego, twierdząc, że za jego rządów Łódź uzyskała markę w świecie. Grozi jej za to wyrzucenie z SdPl.
Platforma nigdy nie miała prezydenta
Wiosną tego roku PO wycofała swojego wiceprezydenta i wyszła z koalicji w samorządzie miasta. Skąd taka decyzja? Zrywając koalicję, działacze PO odcięli się od wszystkiego, co robił w Łodzi prezydent Kropiwnicki. Kiedy w listopadzie ogłoszono termin referendum, PO zdecydowała się je poprzeć.
Platforma to w Łodzi partia pozornego sukcesu. Wygrała dwukrotnie wybory do Sejmu i Parlamentu Europejskiego. Ma też najwięcej radnych. Ale nigdy nie miała w Łodzi prezydenta! Kto miałby się o to stanowisko teraz starać? Minister infrastruktury i poseł Cezary Grabarczyk, wojewoda łódzki Jolanta Chełmińska, posłanka Hanna Zdanowska, marszałek województwa Włodzimierz Fisiak. Najnowsza kandydatura to obecny wiceminister infrastruktury Radosław Stępień, który jest zaufanym człowiekiem Grabarczyka. Stępień jest prawnikiem bez politycznego doświadczenia.
Łódzka PO to - upraszczając - dwa obozy. Pierwszy związany z Grabarczykiem sprawuje władzę w regionie. Szefem PO w Łódzkiem jest poseł Andrzej Biernat, zaufany człowiek Grabarczyka. Drugi obóz to ekipa Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej i Mirosława Drzewieckiego. Ten drugi po aferze hazardowej zupełnie stracił na znaczeniu.
Stefan Niesiołowski, najbardziej znany łódzki polityk PO, nie miesza się w lokalne konflikty. Stoi z boku, a raczej ponad nimi.