Nie chciałam na gorąco komentować broszury zatytułowanej "Bioetyka katolicka" - potraktowałam sprawę poważnie. Chciałam dokładnie zapoznać się z tekstem, przemyśleć to zjawisko. Nie rozważam go w duchu "posłuszeństwa Kościołowi". To jest przecież tekst autorski - grupa biskupów, redaktorów i ich współpracowników to nie sobór. Dokumenty Kościoła powstają inaczej. A to one, a nie publicystyka, są świadectwami drogi Kościoła.
Deklarowana przez autorów intencja "przemawiania jednym głosem" w sprawie bioetyki pojawia się przedwcześnie. Na tym etapie potrzebne są raczej różne głosy, także ze strony wierzących. Jednomyślność pozorna, niedojrzała, narzucana czy zbyt mocno sugerowana nie pomaga.
Argumenty zawarte w broszurze nie przekonują mnie. Pozostaję przy tym, co pisałam wcześniej. Nadal myślę o obecności aniołów wokół probówek, tam gdzie ludzie pracują nad umożliwieniem zapłodnienia, które samo w sobie jest naturalne ("Anioły in vitro", "Gazeta" z 5.01.2008). Przypominam krytykę pojęcia "sztuczne zapłodnienie" (por. dyskusja w miesięczniku "Znak", nr 635, kwiecień 2008). Warunki może i są sztuczne, ale istotne jest to, że prawdziwe komórki łączą się, dając początek nowej istocie.
Określając coś jako "sztuczne", myślimy: "plastik zamiast wełny". Nic takiego tu nie zachodzi. Żywe daje początek żywemu, prawdziwe - prawdziwemu.
Nie będę rozwijać wątku polemicznego z różnymi tezami tej broszury. Będą to dalej robić inni, oby wielogłosem, nie wszyscy z jednej pozycji. Chcę natomiast stwierdzić, że moim zdaniem ta broszura podobnie jak wcześniejszy tzw. list duszpasterski do posłów i posłanek to w gruncie rzeczy przedsięwzięcie lobbystyczne.
Autorzy nie ukrywają zresztą intencji wpływania na bieg prac sejmowych. To by było w porządku. Obywatele mają takie prawo, byle powstrzymywali się od korupcji, byle nie usiłowali manipulować informacjami. Krytykując materiały lobbystyczne, powinniśmy też w miarę możliwości sprawdzać, czy są tworzone przez osoby rzeczywiście kompetentne zgodnie z ich najlepszą wiedzą. To jest do zrobienia, także w stosunku do "Bioetyki katolickiej", oby rzeczowo.
Najpoważniejszym zagadnieniem jest dla mnie nie sam fakt i poziom kościelnego lobbingu, lecz do czego on zmierza. A mianowicie - do podporządkowania wszystkich temu, co wynika z założeń przyjętych w tekście pod tytułem "Bioetyka katolicka". Dostęp do metody in vitro ma być odebrany także osobom, które bioetykę widzą inaczej. Na przykład sprzeciwiają się poglądowi, że poczęcie w probówce jest czymś gorszym czy wręcz niegodnym.
Katolicy podzielający poglądy wyrażone w tekście mogą przecież nie korzystać z otwartych furtek do in vitro, a nawet namawiać innych, by również przez te furtki nie wchodzili.
Lobbing nie powinien zmierzać do likwidacji autonomii państwa wobec Kościoła zagwarantowanej konstytucją i konkordatem, do przebudowy państwa świeckiego w wyznaniowe.
Władza królewska czy cesarska bywała zwana "świeckim ramieniem" duchownej. Lecz demokracja nie dysponuje ramieniem, które mogłaby oddać do dyspozycji Kościoła. "Przyjazna autonomia" nie oznacza, że można wracać do dawnego sojuszu. Skończyła się "era konstantyńska".
*** O czym marzę?
Nie o ujednoliceniu poglądów, lecz o twórczych pracach rozświetlających zagadnienie. O dialogu, w którym myśl katolicka byłaby reprezentowana w różnych kształtach, jakie można jej nadać; wolna od podporządkowania interesom lobbingowym.
Takiego rozwinięcia (swobodnego) potrzebuje też myśl nawiązująca do innych przesłanek filozoficznych i religijnych.
Powinno być możliwe wiarygodne ustalenie kilku zestawów faktów, "jak to się dzieje". Uczeni mają prawo do wniosków aksjologicznych czy etycznych. Z kolei naukowe przesłanki, wiedzę o biologii rozrodu, trzeba też chronić przed prezentacjami stronniczymi. Oczekuję wyraźnego oddzielenia naukowej wizji, obserwacji w świetle teorii biologicznej, od ocen, co dany uczony uznaje za "godziwe".
*
Halina Bortnowska filozof, publicystka, przewodnicząca rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka