"Wydają, przejadają" - to przykuwający uwagę tytuł artykułu Krystyny Naszkowskiej z "Gazety" z 27 listopada z wnioskiem, że należałoby odebrać prawo do dopłat najmniejszym gospodarstwom, bo są tam przejadane, marnotrawione.
Mają ziemię, więc przeżyją Przebudowy gospodarek mają beneficjentów i ofiary. Gdy na początku transformacji firmy upadały albo zmieniały produkcję i redukowano załogi, patrzono, kto ma inne sposoby przeżycia, a kto tylko etat w firmie. Bezrobocie wymiotło z fabryk dwuzawodowców. Wrócili na wieś do swoich gospodarstw, z reguły niedużych.
Jednocześnie zmieniał się rynek rolny. Już nie każdy kłos był na wagę złota i nie każdą ilość produktów można było sprzedać do skupu. Nie wystarczyło mieć dwie krowy i bańkę mleka na dzień, żeby zechciała je kupić mleczarnia. Nikt nie czekał przed elewatorem na wóz konny z toną zboża.
Na transformacji gospodarki wieś wiele początkowo straciła. Dorobić nie było jak. Sprzedać żywności nie było gdzie. Bezsilność i niezadowolenie były duże.
Po przystąpieniu Polski do Unii na wsi się polepszyło. Dopłaty do gospodarstw przyznawane według przelicznika obszarowego pozwoliły złapać oddech tym, którzy z ziemi wyżyć nie mogą, a pracy zarobkowej dla nich brakuje. Obrazowo mówiąc, dla najmniejszych gospodarstw dopłaty to jakby renta od strat z przebudowy gospodarki.
Marnotrawstwo? To oczywiste, że małe gospodarstwa nie są zdolne się rozwijać, jeżeli nie specjalizują się w ogrodnictwie, sadownictwie, pszczelarstwie czy innej dziedzinie wytwarzania żywności niewymagającej dużego obszaru ziemi.
Czy to znaczy, że dopłaty dla gospodarstw o powierzchni paru hektarów to strata pieniędzy? Czy są marnowane, bo wydawane na chleb, na zeszyty dla dzieci, a i na alkohol także? Pisze Krystyna Naszkowska, że bez tych dopłat rolnicy także by przeżyli, jak żyli przed ich wprowadzeniem.
Czy aby na pewno? Ilu dzieci nie posłano by na naukę do miasta, bo zabrakłoby na bilet miesięczny? Ilu rodzin nie byłoby stać na wykupienie zeszytów i szkolnych obiadów?
Teraz, żeby zarobić i przysłać do domu pieniądze, trzeba jechać daleko i szukać roboty po całej Europie. Na to nie każdy może sobie pozwolić, nie każdy chce i nie każdy potrafi. Dopłaty większym gospodarstwom dały szansę na rozwój, a małym - na przeżycie ludzi w nich egzystujących. Bo gospodarstwo prowadzi się po to, aby mieć z czego żyć. Produkcja żywności nie jest celem, tylko środkiem.Wieś to nie tylko liczba jednostek gospodarczych produkujących żywność sprawnie i coraz mniejszym kosztem.
Bufor przed strefą nędzy Z dopłat w małych gospodarstwach kupuje się różne rzeczy.Wódkę też. Zależy, jaka to rodzina i co jest dla niej ważne. Dzięki dopłatom nie rozszerza się strefa nędzy. Nie bójmy się tego słowa. Nędza na polskiej wsi istnieje, tak jak istnieją zamożność i bogactwo. Propozycji, aby nie wszyscy dostawali dopłaty, a zaoszczędzone pieniądze przekazano tym "produkcyjnym", nie daje się obronić. Z prostego powodu, że takie rozwiązanie przyniosłoby wiele krzywdy, a mało pożytku.
Duzi rolnicy nie mają źle. Są dostatecznie wspierani i dopłatami, i innymi formami pomocy w unowocześnianiu swoich gospodarstw. Nawet są dopieszczani więcej niż dostatecznie, bo będąc przedsiębiorcami rolnymi, nie ponoszą wielu kosztów obowiązkowych dla innych grup zawodowych. Nie płacą podatku dochodowego ani składki zdrowotnej, choć ze służby zdrowia korzystają. Płacą małe składki na fundusz emerytalny.
Popatrzmy na strukturę rolną. W 2006 r. gospodarstw powyżej 11 hektarów, czyli w naszych warunkach zdolnych do samodzielnej egzystencji, było ponad 350 tysięcy. Ich składka na fundusz emerytalny jest równa składce tych, co mają hektar ziemi. Symboliczna, 68 zł od osoby miesięcznie.
Najwyższa dziś składka emerytalna dla rolnika gospodarzącego na ponad 300 hektarach ziemi i prowadzącego jeszcze obok uprawy ziemi działalność gospodarczą to 460 zł miesięcznie. Bez działalności gospodarczej najwyższa składka dla właściciela powyżej 300 ha ziemi to 392 zł miesięcznie, 4704 zł rocznie. Przy dopływie gotówki z samych rocznych dopłat za 300 ha - ćwierć miliona złotych! I to już po "poprawieniu"
KRUS.
Co jest większą szkodą dla społeczeństwa i dla gospodarki: czy to, że rolnik dostanie rocznie dwa tysiące i kupi za to jedzenie, czy to, że ktoś dostający setki tysięcy nie jest objęty powszechnymi daninami na rzecz budżetu?
Tu wyraźnie widać, gdzie są pieniądze nadające się nie tyle do zaoszczędzenia, co do zawrócenia ich części do budżetu. Użytkując tylko 11 ha, a do takiej średniej gospodarstwa się zbliżamy, dostaje się w formie dopłat kilkanaście tysięcy gotówki rocznie. Cały czas mówimy o samych dopłatach, nie liczymy zysków z gospodarstwa. Czy nadal powinno się wymagać od państwa bezpłatnej opieki zdrowotnej dla ludzi z tych gospodarstw bez płacenia przez nich składki? Czy nadal powinno się oczekiwać zabezpieczenia emerytalnego za groszowe składki?
Problem etyczny Rolnicy, a trochę znam to środowisko, nie darzą szacunkiem ludzi kierujących się lękliwością i obłudą w rządzeniu krajem. Owszem, zawsze chętnie przyjmą przepis dający im korzyść, ale co sobie przy tym myślą, to już zupełnie inna sprawa. Może reformę KRUS i wprowadzenie składki zdrowotnej dla większych gospodarstw wieś przyjęłaby z mniejszymi oporami, niż się nam wydaje?
PSL jest zdecydowanie przeciwne, twierdząc, że można będzie o takim kierunku zmian mówić dopiero, kiedy dochody rolników osiągną poziom dochodów ludzi w miastach. Są jednak rolnicy i rolnicy.Tych poniżej średniej zostawmy w spokoju i cieszmy się, że nie żyją w biedzie. Bogatszym można nieco ująć bez szkody dla ich gospodarstw. Ale działacze PSL to także często zamożni rolnicy, zazdrośni o swoją pozycję i przywileje. PO w imię dobrej współpracy koalicyjnej boi się zadrażnień z PSL-em. To jest dziś i może być na przyszłość największą przeszkodą w naprawianiu opłat i podatków na wsi.
Czy jednak PSL jako całość jest partią tak zachłanną i egoistyczną jak jego przywódcy? A czy oni sami, także w imię dobrze pojętego interesu wyborczego, nie powinni być w tej sprawie bardziej kompromisowi?
Mit wielkiego obszaru
Na koniec wróćmy do problemu wzrostu obszaru gospodarstw. Na zachodzie Europy, np.we Francji, o której wspomina Krystyna Naszkowska, koncentracja ziemi doprowadziła do wyludnienia obszarów wiejskich. Nie tylko w zbożowym Basenie Paryskim, ale w większości regionów. Tam, gdzie dawniej była ludna wieś, dziś bywają trzy-cztery wielkie farmy monokulturowe. Nie bez powodu zaczyna się myśleć o zatrzymaniu tego procesu i o zaletach istnienia wsi.
My nie musimy się spieszyć z koncentracją ziemi. Ona i tak postępuje.
Statystyka mówi, wbrew temu, co pisze Krystyna Naszkowska, że nasze gospodarstwa rolne powoli, ale stale rosną. Z corocznych ogłoszeń prezesa Agencji Modernizacji i Rozwoju Rolnictwa wynika, że w 2007 r. średnia krajowa wynosiła 9,91 ha, w 2008 - 10,02 ha, a w tym roku (ogłoszenie świeże, z 17 września) osiągnęła 10,15 ha. W województwie zachodniopomorskim przekroczyła 30 ha!
Zanim więc zrobimy totalną rewolucję z dopłatami w imię unowocześnienia rolnictwa, zastanówmy się kilka razy, żeby nie zepsuć czegoś dobrego dla mieszkańców wsi i niezłego dla całej gospodarki. Może zacznijmy nie od najbiedniejszych, ale od najbogatszych. Będzie na pewno sprawiedliwiej.
* Halina Flis-Kuczyńska, dziennikarka, przez 20 lat zajmowała się tematyką rolną. Tłumaczka