Agnieszka Kublik: Jeszcze parę lat temu miała pani opinię jednej z najbardziej pracowitych posłanek. Z pasją walczyła pani z reformami ministra zdrowia z czasów SLD Mariusza Łapińskiego. Wygrała z nim pani w Trybunale Konstytucyjnym, czym przyczyniła się pani do jego odwołania. A teraz komentatorzy wystawili pani pałę. Elżbieta Radziszewska - I nadal jestem pracowita. Dziękuję środowisku lewicowych feministek, bo mnie to mobilizuje do jeszcze większej pracy. No i media zaczęły się mną interesować. Wreszcie mogę powiedzieć, czym się naprawdę zajmuję.
Co premier na to, że dostała pani pałę? - Premier mi ufa. Wie, co robię. Wie, że jestem rzetelna.
Zależy pani na akceptacji środowisk feministycznych? To one najbardziej panią krytykują. - Woda drąży kamień nie siłą, lecz częstym padaniem - zasada, która sprawdza się na polu walki ze stereotypami i o zmiany w sposobie myślenia. Organizacje pozarządowe się na mnie nie skarżą. Pań feministek do siebie nie przekonam. Ale oczywiście chciałabym zasłużyć na aprobatę wszystkich kobiet, które walczą o prawa kobiet.
Ale one twierdzą, że właśnie o prawa kobiet za mało energicznie pani walczy. - Ponieważ bicie piany mnie nie interesuje! Podsumowałam sobie te swoje półtora roku i policzyłam, że robię 120 rzeczy. Pracuję po kilkanaście godzin na dobę. Nie jestem Kaszpirowskim ani za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienić rzeczywistości nie potrafię. Na zmianę stereotypów potrzeba wielu lat.
A ja - przypominam - walczę nie tylko z dyskryminacją ze względu na płeć. Moim obowiązkiem jest walka z dyskryminacją z różnych powodów. Jestem taką spinką, która łączy wszystkie resorty, bo dyskryminacja nie dotyczy jedynie kobiet. Feministki się ze mną nie zgadzają, bo jestem z Platformy. I będę z PO. Jestem, jaka jestem, i się nie zmienię. Nie będę skrajną lewicą.
Tego od pani nie oczekują. - Nie ja pierwsza jestem przez nie tak ostro krytykowana. Także Izabela Jaruga-Nowacka (pełnomocnik rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn za czasów SLD) zbierała od nich cięgi. Np. senator Zdzisława Janowska, wówczas wiceszefowa Parlamentarnej Grupy Kobiet, mówiła: "Ma wyraziste wystąpienia publiczne, ale to nie przekłada się na skuteczność. Najważniejszych dla lewicy regulacji, legalizacji aborcji, związków partnerskich i ustawy o równym statusie jak nie było, tak nie ma".
A jedna z liderek organizacji kobiecych tak ją podsumowała: "Entuzjazm Jarugi często ograniczał się tylko do demonstracji, natomiast brakowało go w urzędzie, gdzie należało wziąć się do konkretnej pracy. Jako polityczka i działaczka feministyczna Jaruga zrobiła klapę". A przecież Jaruga-Nowacka zajmowała się równym statusem kobiet i mężczyzn. Ja mam ogromne kompetencje.
W tym problem. Premier zapowiadał, że będzie pani pełnomocnikiem ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. A tymczasem jest pani pełnomocnikiem rządu ds. spraw przeciwdziałania dyskryminacji, w szczególności ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość etc. - Premier mówił o równym statusie prawnym szeroko rozumianym. Panie feministki chciałyby, żebym była pełnomocnikiem tylko do spraw kobiet, i z tego mnie rozliczają. To błąd.
Bo premier powołał panią 7 marca, w przeddzień Dnia Kobiet, właśnie jako prezent dla środowisk feministycznych. - Nie jestem prezentem ani dla kobiet, ani dla mężczyzn. To był przypadek. Akurat tego dnia premier miał czas.
Jaka jest najliczniejsza dyskryminowana grupa? - Kobiety oczywiście.
Stąd oczekiwania, że przede wszystkim dyskryminacją kobiet się pani zajmie. - Dyskryminacja ze względu na płeć jest dla mnie najważniejsza. Dyskryminowana jest grupa, która stanowi większość.