http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Afganistan - pułapka czy szansa?

Marcin Górka
2009-12-02, ostatnia aktualizacja 2009-12-02 18:23

Patrol w okolicach bazy Bagram
Patrol w okolicach bazy Bagram
Fot. Marcin Górka / AG

Z Afganistanu szybko nie wyjdziemy. A to oznacza same kłopoty - trzeba więcej żołnierzy, więcej pieniędzy i przekonania Polaków, że kiedyś da się wyjść stamtąd z tarczą.

Lot helikoptera nad Afganistanem
Fot. Damian Kramski
Lot helikoptera nad Afganistanem
Polska baza w Afganistanie
Fot. Damian Kramski / AG
Polska baza w Afganistanie
Nasi żołnierze w Afganistanie dostaną trzy kolejne śmigłowce Mi-17. Polacy w śmigłowcu Mi-17 nad prowincją Ghazni, 16 listopada 2008 r.
Fot. Damian Kramski / AG
Nasi żołnierze w Afganistanie dostaną trzy kolejne śmigłowce Mi-17. Polacy w...
ZOBACZ TAKŻE
Co do jednego jest zgoda między rządem i prezydentem: z Afganistanu wyjdziemy dopiero wtedy, gdy wyjdzie NATO. I PO, i PiS uważają udział w operacji afgańskiej za bilet do wielkiej polityki europejskiej i atlantyckiej. Zgadzają się też, że odejście z Afganistanu przez Zachód oznaczałoby i upadek Afganistanu oraz Pakistanu, i początek poważnych kłopotów dla całego świata.

400, 1200, 1600, 2000... coraz więcej wojska

Do 2007 roku polscy żołnierze tworzyli dalekie tło dla amerykańskiej operacji antyterrorystycznej "Enduring Freedom". Kilkudziesięciu saperów rozbrajało pola minowe w okolicach bazy Bagram.

W 2006 roku część odpowiedzialności za Afganistan przejęło NATO. Nasz rząd zadeklarował wysłanie 400 żołnierzy. Nie wyglądało to nawet groźnie. NATO miało kontrolować stosunkowo stabilną północną i zachodnią część Afganistanu. Polacy mieli stacjonować na północy, m.in. szkolić afgańską armię. Ale zanim wojsko wyjechało, zmieniła się sytuacja polityczna. Operacja NATO objęła cały Afganistan, ale dowództwo pozostało w rękach Amerykanów. Polacy nagle zostali "wcieleni" do amerykańskich "Czerwonych Diabłów", czyli 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Nie na północy, ale południowym wschodzie, tuż przy niespokojnej granicy z Pakistanem.

Wiosną 2007 r. rząd zdecydował o wysłaniu 1,2 tys. ludzi. Rozmieszczono ich w kilku bazach w dwóch afgańskich prowincjach bez żadnych ograniczeń w sprawach użycia w działaniach bojowych. Ale z powstaniem rządu PO-PSL ambicje wzrosły. Postanowiono przejąć kontrolę nad całą prowincją - Ghazni. A to wymagało powiększenia kontyngentu.

Jesienią 2008 r. do Afganistanu wyjechało już 1,6 tys. Polaków. MON planował to tak: Amerykanie opuszczają prowincję, zostajemy tam sami z afgańską armią rządową. Ale już w październiku, gdy Polska przejęła Ghazni, wojsko oznajmiło, że ma za mało sił. Potrzeba 300-400 żołnierzy więcej.

W lutym 2009 r. rząd zwiększył kontyngent do 2 tys. żołnierzy (kolejnych 200 w tzw. odwodzie w kraju). Przewidywano zwiększone ataki talibów w związku z wyborami. Sytuacja była na tyle napięta, że Amerykanie nie tylko nie wyszli z Ghazni, ale od czasu do czasu zajmowali całe dystrykty. Do dziś jeżdżą w każdym patrolu i nadal prowadzą własne operacje w tej prowincji. A próba zapanowania nad regionem Adżrijstanu, bastionem talibów w Ghazni, okazała się ponad siły polskiej armii. Dowódcy szacują, że trzeba dodatkowych kilkuset żołnierzy, by kontrolować ten rejon na stałe. Inaczej odbiją go talibowie.



Za pół roku 2600

Prognozy na zimę i lato nie są dobre. Liczba ataków nie spadła, wiosną spodziewana jest kolejna ofensywa talibów. Jeden z polskich dowódców w Afganistanie gen. Janusz Adamczak mówi: - Poziom zagrożenia w Afganistanie możemy przedstawić na zasadzie sinusoidy. Jej wierzchołek jest zawsze wiosną i latem, najniższy punkt - zimą. Ale co roku ten najwyższy punkt jest nieco wyżej.

Amerykanie nie chcą, by spychani do Ghazni bojownicy z innych prowincji rośli w siłę, zagrażając ich wojsku. I dlatego nadal utrzymują w Ghazni żołnierzy i dają Polakom sprzęt rozpoznania (np. balony obserwacyjne, samoloty bezzałogowe, kilkadziesiąt pojazdów przeciwminowych typu MRAP).

Barack Obama ogłosił wysłanie do Afganistanu kolejnych 35 tys., co zwiększy amerykańskie siły do ponad 100 tys. Podobnie jak amerykański dowódca w Afganistanie gen. Stanley McChrystal apeluje do sojuszników o kilku tysięcy dodatkowych żołnierzy. Jeśli nie, ostrzega McChrystal, całej operacji grozi fiasko.

To samo mówi jego przełożony gen. Egon Ramms z dowództwa sił połączonych NATO w Brunssum. Ale apeluje nie tylko o wojsko, także o cywilnych specjalistów od ekonomii, rolnictwa, przemysłu itp., którzy mają pomagać w odbudowie Afganistanu. Szczególnie do Polski. "Samą armią tej wojny nie wygramy" - mówi "Gazecie" Ramms.

MON przyznaje, że chce się do tej prośby przychylić. Ale wysłanie cywilów może odbyć się tylko w ramach kontyngentu - ilu wyślemy "specjalistów", o tyle zmniejszy się liczba żołnierzy. A na to, jak nieoficjalnie przyznaje szef MON Bogdan Klich, pozwolić sobie nie możemy.

Wniosek? Jeśli chcemy wciąż trzymać Ghazni, żołnierzy musi być więcej. Choć MON na razie oficjalnie zaprzecza, wiemy, że na siódmą, wiosenno-letnią zmianę, szykuje się już 2,6 tys. polskich żołnierzy. I jeszcze setka będzie pracować w sztabie całej operacji ISAF w Kabulu.

Plany powiększenia kontyngentu ujawnił niedawno nowy amerykański ambasador w Warszawie. Min. Klich stwierdził, że ambasador "wyszedł przed szereg". Jednocześnie przyznał jednak, że w Bratysławie na nieformalnym szczycie NATO ministrowie mówili o potrzebie zwiększenia sił w Afganistanie.

Skąd wziąć tylu Indian?

Problemem jest jeszcze niedostatek wyszkolonych "bojowych" żołnierzy. Choć nie chce tego oficjalnie potwierdzić Sztab Generalny, na misje wyjeżdżają w dużej części ci sami żołnierze. "Indianie" - tak dowódcy, czyli "wodzowie", mówią o nich - są z desantu z Krakowa i Bielska-Białej, z wojsk zmechanizowanych ze Szczecina, Międzyrzecza i Żagania, to także saperzy z Kazunia i Szczecina. Dopiero teraz wysłano "podhalańczyków" z Rzeszowa.

Żołnierz po powrocie z misji musi co najmniej rok odpocząć. Kiedy jedna zmiana walczy w Afganistanie, szkoli się na poligonach kolejna, a w planach jest już wysłanie żołnierzy z kolejnej innej jednostki. Pełen cykl trzech zmian to 8 tys. żołnierzy. Nieoficjalnie wiemy, że zwiększony kontynent będzie składał się w dużej części ze "zbieraniny" z różnych jednostek w Polsce. Wygląda na to, że 2,6 tys. żołnierzy to kres możliwości naszej armii liczącej na papierze 100 tys. żołnierzy. Chyba że jakimś cudem uda się przeszkolić żołnierzy z garnizonów, które do tej pory nie brały udziału w misjach. Albo zwiększyć nabór ochotników do jednostek "misyjnych".

Jest też problem sprzętu. MON zamawiał kolejne rosomaki, ale latem średnio jeden w tygodniu był uszkadzany przez miny-pułapki. Amerykanie wypożyczyli 30 pojazdów typu MRAP, ale na razie to wszystko. Za mało jest śmigłowców transportowych, nie ma własnych samolotów bezzałogowych. Żołnierze proszą o więcej moździerzy, karabinów wielkokalibrowych, granatników. "Pakiet Afgański" przyjęty przez rząd tej jesieni jest realizowany powoli. Za kilka dni do Afganistanu wyjedzie (po ponad roku starań armii!) polski szpital polowy. MON zapewnia jednak, że żołnierze dostaną wszystko, czego im potrzeba, pieniądze są, procedury zakupu też zostały uproszczone.

Czego boi się MON?

Powody są polityczne i ekonomiczne. W przyszłym roku czekają nas dalsze cięcia wydatków publicznych i kampania wyborcza. Trudno będzie przekonać Polaków, żeby budżet wydał więcej na afgańską misję. Sondaże mówią o zdecydowanym "nie" Polaków dla tej wojny. Choć nasze straty (15 zabitych) nie są w tej operacji wysokie. Amerykanie stracili ponad 800 żołnierzy, Brytyjczycy - 223, a Kanadyjczycy - 131. Niemcy, choć nie są kontyngentem "bojowym" - 39 żołnierzy. Prawie trzykrotnie mniejszy od naszego kontyngent duński stracił 28 żołnierzy, dwukrotnie mniej liczni Hiszpanie - 26, porównywalny z naszym kontyngent holenderski - 21 żołnierzy.

Politycy głowią się więc nad tym, jak ogłosić, że wysyłamy jeszcze więcej żołnierzy. Jednym z pomysłów ma być nakreślenie celu operacji (a więc też warunków wyjścia z Afganistanu z twarzą). Mogłoby nim być np. wyszkolenie afgańskiej armii, która z czasem przejęłaby odpowiedzialność za Ghazni. Tym mieliby zająć się dodatkowi żołnierze. Realizacja tego celu mogłaby być uznana za wypełnienie sojuszniczych zobowiązania. I pozwolić na wyjście z Afganistanu. Być może z całym NATO, a może wcześniej.

Czy to nie są mrzonki? Ustabilizować sytuacji w Afganistanie dotychczas nikomu się nie udało. Nawet 150 tys. żołnierzy z Europy i USA może także nie wystarczyć.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów