http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jakie powinny być wyższe uczelnie: Zanim przyjdzie tsunami

Piotr Ciżkowicz, Paweł Opala, Krzysztof Rybiński*
2009-11-27, ostatnia aktualizacja 2009-11-26 18:41

Polskie uczelnie muszą być otwarte na studentów z zagranicy, kształcić nie tylko ludzi młodych i skupić się na tych dziedzinach, które są naprawdę potrzebne


Fot. Bartosz Bobkowski / AG
ZOBACZ TAKŻE
Demograficzne tsunami - tak można określić to, co w nadchodzącej dekadzie czeka szkolnictwo wyższe w Polsce. Dziś żyje u nas ok. 4,2 mln osób w wieku 18-24 lat, a więc w tradycyjnym wieku studenckim. W 2020 r. ich liczba obniży się do 2,7 mln, czyli o 35 proc.! Jak wynika z prognoz, Polska będzie krajem, w którym liczba studentów spadnie najsilniej spośród wszystkich krajów OECD: z 1,9 mln obecnie do 1,2-1,4 mln w 2025 r.

Tak gwałtowne zmiany demograficzne oznaczają wiele poważnych wyzwań dla sektora szkolnictwa wyższego

Co nam grozi

*** Po pierwsze, przy obecnym systemie finansowania szkolnictwa wyższego prognozowany spadek liczby studentów będzie oznaczał wyrok śmierci dla znacznej części szkół niepublicznych. Obecnie 1,1 mln studentów płaci za kształcenie z własnej kieszeni: blisko 700 tys. z nich studiuje w szkołach niepublicznych, a 400 tys. na uczelniach publicznych na studiach niestacjonarnych. Trudno powiedzieć, w jakiej proporcji spadek liczby studentów rozłoży się między uczelnie publiczne i niepubliczne.

Warto jednak pamiętać, że w uczelniach publicznych dochody z czesnego stanowią tylko 15 proc. przychodów, a w niepublicznych są podstawowym źródłem finansowania działalności. W takich warunkach wiele uczelni publicznych czekają problemy finansowe, a znaczną część szkół niepublicznych - bankructwo. Można zakładać, że bez zmiany strategii działania w ciągu dziesięciu lat upadnie lub zostanie przejęta przez silniejsze finansowo lub publiczne uczelnie ponad połowa prywatnych szkół wyższych.

***Po drugie, demograficzne tsunami może spowodować spadek łącznych wydatków publicznych i prywatnych na szkolnictwo wyższe w Polsce. OECD prognozuje, że w Polsce, w wyniku nadchodzących zmian demograficznych, relacja łącznych wydatków na szkolnictwo wyższe do PKB obniży się najmocniej wśród analizowanych krajów: z ok. 1,6 proc. PKB w 2005 r. do ok. 0,9 proc. w 2025 (w tym wydatki publiczne na szkolnictwo wyższe z 1,2 do 0,7 proc. PKB). Podobne wnioski płyną z prognoz Komisji Europejskiej.

Można powiedzieć: trudno, mniej studentów, to i mniej pieniędzy. Ale jednocześnie trzeba mieć świadomość, że starzenie się społeczeństwa spowoduje olbrzymią presję na budżet. Będzie więcej emerytów i mniej płacących podatki.

Jednym ze sposobów na poradzenie sobie z tym problemem byłaby mądra polityka imigracyjna. Doprowadziłaby ona do tego, że na polskich uczelniach studiowałoby wiele osób z zagranicy. Zostałyby one potem w Polsce, założyły rodziny, płaciły podatki i pomogły zbilansować finanse publiczne. Jeżeli w najbliższej dekadzie upadnie połowa prywatnych szkół wyższych, stracimy szansę na wprowadzenie w życie takiej polityki imigracyjnej.

Oczywiście Polska może się generalnie otworzyć na imigrację, ale wtedy ryzykujemy, że wśród imigrantów będą dominować osoby słabo wykształcone, słabo integrujące się z otoczeniem, co może powodować znane z Francji, Holandii i innych krajów europejskich problemy z mniejszościami narodowymi.

***Po trzecie, wraz ze starzeniem się społeczeństwa będą rosły wydatki publiczne „związane z wiekiem”, np. z tytułu zabezpieczenia społecznego, ochrony zdrowia czy opieki długoterminowej. Wzrośnie też siła polityczna seniorów. Wykorzystując fakt, że będą stanowili większość wyborców, być może będą w stanie zapewnić sobie korzystne zmiany przepisów, ograniczając finansowanie potrzeb rozwojowych młodego pokolenia. To może być jeden z punktów zapalnych nadchodzącego konfliktu pokoleń, o którym mówią ekonomiści.

Jednym ze sposobów uniknięcia tego konfliktu jest spowodowanie, żeby wśród studentów byli licznie reprezentowani przedstawiciele wszystkich grup wiekowych w ramach strategii uczenia się przez całe życie, tak żeby pokolenie 30-, 40-, 50-, a nawet 60-latków mogło korzystać z licznych programów dokształcania oferowanych przez uczelnie wyższe.

***Po czwarte, zmiany w strukturze demograficznej ludności będą wywierać silny wpływ na strukturę gospodarki, a przez to na popularność poszczególnych dziedzin i kierunków studiów. Seniorzy mają wyraźnie odmienne od pokolenia młodych preferencje dotyczące konsumpcji, np. potrzebują więcej usług w sferze opieki zdrowotnej. Kupują mniej samochodów. To może prowadzić do silnego rozwoju jednych sektorów i szybkiego kurczenia się innych.

Struktura kierunków studiów w Polsce jest zupełnie niedopasowana do tych zmian. Np. nauczycieli i pedagogów wykształciliśmy w latach 1998-2007 w przeliczeniu na liczbę mieszkańców ponaddwukrotnie więcej niż średnio w Unii Europejskiej - choć kierunki te powinny raczej tracić na znaczeniu wobec starzenia się społeczeństwa.

Dzieje się tak, ponieważ dla wielu osób studia pedagogiczne nie są wstępem do kariery nauczyciela, tylko sposobem na relatywnie tanie zdobycie tytułu magistra. Mamy też nadmiar absolwentów i studentów nauk społecznych i prawa. Natomiast w dziedzinach, które z powodu zmian demograficznych będą zyskiwały na znaczeniu, sytuacja w Polsce jest odwrotna.

Przykładowo, gdy idzie o studia z zakresu zdrowia i opieki socjalnej, mamy w Polsce o blisko 60 proc. mniej absolwentów na 1 tys. mieszkańców niż średnio w Unii. Co więcej, nie dość, że w ostatnich latach wykształciliśmy w tych dziedzinach zdecydowanie mniej osób niż inne kraje UE, to luka w tej dziedzinie dalej się powiększa.

Co możemy zrobić

Polskie uczelnie mają więc do wyboru dwie strategie: ***dostosowanie się do spadku popytu na edukację i radykalne zmniejszenie skali działalności albo ***przygotowanie atrakcyjnej oferty dydaktycznej dla tych grup studentów, których liczba będzie rosła. Chodzi tu o osoby w wieku powyżej 25 lat (w ramach procesu kształcenia się przez całe życie) oraz o studentów zagranicznych.

Warto pamiętać, że na świecie coraz więcej studentów pochodzi z krajów rozwijających się. Ich udział w globalnej populacji studentów wzrósł z 22 proc. w 1970 r. do 42 proc. w 2007. Są to też studenci najchętniej podejmujący studia za granicą: na koniec 2007 r. za granicą studiowało ok. 500 tys. Chińczyków.

Niestety, polskie uczelnie wyższe, poza bardzo nielicznymi wyjątkami, nie oferują dziś programów nauczania w obcych językach, nie kształcą na międzynarodowym poziomie, nie promują swojej oferty dydaktycznej za granicą. W efekcie udział studentów zagranicznych w Polsce wynosi tylko 0,5 proc. - najmniej wśród krajów OECD, znacznie mniej niż np. na Węgrzech (3,3 proc.) czy w Czechach (6,3 proc.).

Jeżeli ten stan radykalnie się nie poprawi, to na spadek liczby studentów wynikający z przyczyn demograficznych nałoży się dodatkowo odpływ polskich maturzystów na studia za granicą. Kształcą one na wyższym poziomie i za niewiele większe pieniądze.

Polska nie odniesie sukcesu bez silnego sektora szkolnictwa wyższego kształcącego na wysokim, międzynarodowym poziomie. Wykorzystajmy nadciągające demograficzne tsunami do wprowadzenia odważnych zmian. Pozwolą one dzisiejsze polskie "wyższe szkoły wstydu" zmienić za 10-15 lat w uczelnie, z których będziemy dumni.

*Autorzy pracują w Zespole Doradztwa Strategicznego Ernst & Young. Są członkami zespołu, który na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego prowadzi prace nad projektem strategii szkolnictwa wyższego w Polsce do roku 2020. Zapraszają do dyskusji na stronie: www.uczelnie2020.pl

*** W "Gazecie" o szkołach wyższych pisali m.in.

PROF. KLAUS BACHMANN: Polska ma izolowany od świata, zacofany i demoralizujący system szkolnictwa wyższego ("Szkoły wyższe w oparach absurdu", 20 października)

PROF. KRZYSZTOF RYBIŃSKI: W Polsce każda uczelnia, nawet zawodowa, chce być uniwersytetem ("Zawodowe nie znaczy gorsze", 21 października)

DR JERZY THIEME: Nie będziemy mieć świetnie wykształconych elit, jeśli nie będziemy mieć co najmniej kilku doskonałych uczelni ("Zróbmy sobie Oksford", 26 października)

PROF. JERZY MARCINKOWSKI: Na uczelniach nie mają znaczenia względy merytoryczne. Pracownik może być idiotą, byle miał doktora habilitowanego ("O micie masowego wykształcenia", 26 października)

PROF. KAROL MODZELEWSKI: Kiepsko kształci uczelnia, na której nie prowadzi się badań, i ułomny jest uczony, który nie uczy ("Szkoły wyższe w oparach kampanii", 5 listopada)

DR CEZARY KOŚCIELNIAK: Albo uczelnie wykażą ducha inicjatywy, albo będą permanentnie niedomagać ("Uniwersytet musi być przedsiębiorczy", 24 listopada)

  • 36 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':