Adam Michnik przyznał się niegdyś do rozterek wywoływanych uświadamianą sobie przez niego pewną niekonsekwencją we własnym myśleniu i postawie. Z jednej strony wspaniałomyślnie przebacza błędy i grzechy popełniane niegdyś przez jego późniejszych mistrzów i przyjaciół, z drugiej zaś nie potrafi być wyrozumiałym wobec błądzących dzisiaj politycznych wykolejeńców.
Nie on jeden ma ten problem. Jeśli zapominamy lub przemilczamy, co robili w młodości nasi obecni bohaterowie, to czy powinniśmy bezpardonowo potępiać współczesne ekscesy młodych ludzi, o których nie możemy wiedzieć, kim będą i co zdołają uczynić w przyszłości? Przed wojną w kręgach piłsudczykowskich krążyło znane powiedzonko: "Kto nie był socjalistą za młodu, ten nie będzie na starość porządnym człowiekiem". Niektórzy dodawali: "A kto pozostał socjalistą na starość, ten jest durniem".
Znamy takich. Nie jest jednak jasne, jakiego wieku trzeba dożyć i czego dokonać, by zostać uznanym za uwolnionego od tych ideologicznych błędów i politycznych grzechów oraz odpowiedzialności za nie. Czy w przypadku zaczadzenia komunizmem taką datą graniczną jest rok 1956, gdy jego zbrodnie stały się znane, czy może da się jeszcze wybaczyć tym, którzy porzucili partię komunistyczną w 1968, 1976 albo i nawet 1981 r.? Niektórzy z działaczy "Solidarności" byli członkami PZPR aż do wprowadzenia stanu wojennego. Część z nich przeszła do legendy i narodowego panteonu.
Co nam wolno wybaczyć Czy wszystkie politycznie umotywowane błędy i grzechy młodości są możliwe do wybaczenia? Gdy polscy śledczy wystąpili kilka lat temu do władz brytyjskich o ekstradycję pewnej prokurator, którą oskarżano o to, że jako prokurator za czasów stalinowskich była współodpowiedzialna za zbrodnię sądową popełnioną na bohaterskim przywódcy AK gen. Fieldorfie "Nilu", podniosły się głosy biorących ją w obronę na podstawie jej późniejszego życiorysu rewizjonistki i uczestniczki niezależnych środowisk. Wynikałoby z tego, że zdaniem niektórych nawet osobisty współudział w zbrodniach politycznych może być wybaczony, jeśli przesłoni go wyrzeczenie się ideologii sankcjonującej te zbrodnie.
Nie jest to pogląd bezdyskusyjnie fałszywy czy nieakceptowalny. Przyjęto go i zastosowano np. w RPA, gdzie w taki właśnie wyrozumiały sposób potraktowano osoby zamieszane w zbrodnie motywowane ideologią rasistowską w czasach apartheidu. Lecz europosłowi Michałowi Kamińskiemu wypomina się bezlitośnie jego młodzieńczą przynależność do ONR-u, a niedawnemu prezesowi
TVP Piotrowi Farfałowi odmawiano prawa pełnienia tego stanowiska z powodu niegdysiejszych głupich publikacji w skrajnie prawicowym piśmie, nazywając go nadal konsekwentnie neonazistą. Może rzeczywiście trzeba jeszcze poczekać na jakieś ich spektakularne dokonania, które pozwolą te biograficzne epizody zatrzeć i przesłonić, zatem należałoby im życzyć długiego życia, aby okazji do tego mieli wiele.
Lecz nie wszystkim było ono dane. Niektórzy stalinowscy aktywiści zmarli młodo, jeszcze w latach 50. Nigdy nie dowiemy się, kim by zostali i czego by dokonali, gdyby im czas pozwolił. Wiemy natomiast, że wielu ich ówczesnych pobratymców w komunistycznej ideologii i wspólników z komunistycznego aparatu zdołało przejść później długą drogę i zostać uczestnikami antykomunistycznej opozycji. Więc może tamci też podążyliby wraz z nimi tą drogą.
Bez przymrużania któregoś oka Podobnie nie wiemy, kim będą, czego dokonają i dokąd dojdą ci młodzi ludzie, którzy 11 listopada przemaszerowali przez stolicę pod nacjonalistycznymi hasłami i ONR-owskimi sztandarami.
Ich poglądy i wznoszone przez nich okrzyki są bezsprzecznie odrażające i groźne. Nie jest jednak wcale pewne, że zakazywanie im ich manifestowania, a zwłaszcza organizowania się wokół nich, to najlepsza metoda ich unieszkodliwienia. W Niemczech, gdzie zwalczanie politycznego ekstremizmu jest znacznie poważniejszym problemem, władze nie spieszyły się z delegalizacją ugrupowań o takim charakterze, lecz okazało się, że tajne służby spenetrowały je na wylot i w pełni kontrolowały, co byłoby trudniejsze po zejściu przez nie do konspiracji. W Polsce też mamy służby specjalne przeznaczone do ochrony demokracji. Byłoby skandalem, gdyby nie nadzorowały one i nie kontrolowały organizacji reprezentujących polityczny radykalizm.
Ale nie tylko prawicowy. Na polskie ulice wychodzą od czasu do czasu nie tylko dziarscy młodzieńcy wykrzykujący nacjonalistyczne hasła, nawołujący do nienawiści rasowej i wykonujący gesty nazistowskie, lecz także barwne i wesołe grupy młodzieży lewackiej nawołującej do nienawiści klasowej i kwestionującej liberalną demokrację w imię wyzwolenia społecznego czy likwidacji ucisku klasowego. Warto się zastanowić, czy jednym i drugim nie przyznać ograniczonego prawa do błędu i nawrócenia oraz jak szeroki margines na to pozostawić. A także, czy powinien on być jednakowy zarówno z lewej, jak z prawej strony.
Są bowiem tacy komentatorzy i uczestnicy publicznej debaty, którzy uważają, że nacjonaliści czy neonaziści nie powinni mieć prawa do jakiejkolwiek w niej obecności, lecz naśmiewają się lub oburzają na zakaz noszenia czy manifestowania emblematów i symboli komunistycznych. Czy wydawanie książek przypominających i aprobujących poglądy i czyny Lenina to tylko wygłup i intelektualna prowokacja? A przybieranie za idola Che Guevary lub Hugo Chaveza to jedynie wynik naiwnej fascynacji i młodzieńczej ekstrawagancji? Niedowidzący na lewe oko często uważają, że ekstremizm prawicowy jest straszny i złowieszczy, a lewicowy tylko śmieszny czy wręcz zabawny, a może nawet ciekawy.
Nie bagatelizować, nie przekreślać W Krakowie znany jest przypadek Macieja Twaroga, w niedawnej młodości działacza Młodzieży Wszechpolskiej, później radnego
LPR-u, który od skrajnej prawicy stopniowo odchodził, inicjując wiele cennych i pożytecznych działań na rzecz swojej dzielnicy - Nowej Huty. Wciąż młody, może jeszcze wiele zdziałać ku ogólnemu dobru i zadowoleniu. W niedawnej ankiecie jako swoich obecnych bohaterów wymienił Balcerowicza i Michnika. Jakich bohaterów i idoli mogą mieć za kilkanaście lat wygoleni młodzieńcy spod znaku ONR-u i czy pozwolimy to sprawdzić?
Nawet najwięksi krytycy Jarosława Kaczyńskiego przyznają, że zdołał zneutralizować i zmarginalizować skrajną prawicę poprzez ograniczone i kontrolowane (także przez służby specjalne, jak się okazało) dopuszczenie do sfery publicznej, a nie przez wygnanie z niej. Gdy w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego prawicowi ekstremiści zdobywali mandaty w licznych krajach, w Polsce pozostawali na zupełnym marginesie, gdzie tkwią nadal.
Wśród tych świadków i badaczy XX wieku, których ceni i przywołuje Adam Michnik, jest Hermann Rauschning, niegdysiejszy działacz NSDAP, a późniejszy demaskator i krytyk nazizmu. Będąc za młodu narodowym socjalistą, też można zostać na starość porządnym człowiekiem.
W Niemczech zachodnich po II wojnie światowej nie rozliczano się nazbyt skrupulatnie z dawnymi nazistami, zakładając, chyba słusznie, że lepiej jest dać im miejsce w demokratycznym państwie i na demokratów przerobić, niż wykluczyć z demokratycznej wspólnoty i uczynić z nich zgorzkniałych, ziejących chęcią odwetu wrogów demokracji. W Polsce podobnie postąpiono z działaczami komunistycznymi po 1989 r.
W Niemczech wschodnich i Czechach, gdzie byłych komunistów wykluczono z przestrzeni publicznej, powrócili do niej po latach kwarantanny wzmocnieni. W Polsce skrajna lewica to margines równie niewielki jak skrajna prawica.
Nie należy lekceważyć żadnej z nich. Ale czujność i prewencja to co innego niż zakaz i represje. Przynajmniej dopóty, dopóki za głupimi i odrażającymi hasłami nie idą agresywne i niebezpieczne działania.
* Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego