http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Uniwersytet musi być przedsiębiorczy

Cezary Kościelniak*
2009-11-24, ostatnia aktualizacja 2009-11-23 18:40

Albo uczelnie wykażą ducha inicjatywy, albo będą permanentnie niedomagać. Innej możliwości nie ma

Cezary Kościelniak
Fot. Karolina Sikorska / AG
Cezary Kościelniak
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Kiedy bez mała dziewięć lat temu pracujący w USA profesor Burton Clark opublikował swą książkę "Creating Entrepreneurial University", tylko wybrane uniwersytety w Europie były przygotowane do głębokich zmian. Kreując ideę przedsiębiorczego uniwersytetu, a następnie jej praktyczne zastosowanie, Clark przewidywał, że odbije się ona głośnym echem na całym świecie. I nie mylił się - na drogę przedsiębiorczości wchodzi coraz więcej uczelni. Clark uruchomił nowy i realny kierunek myślenia o uniwersytecie.

Problem roli uniwersytetu i jego związków z gospodarką stał się w Polsce poważny od niedawna, kiedy okazało się, że kilka dużych uniwersytetów może utracić płynność finansową, a przyszłość finansowania szkolnictwa wyższego jest raczej mglista.

Pytanie, jak pomóc polskiemu uniwersytetowi, powinno brzmieć: co można zrobić, by zluzować uczelniom smycz w postaci państwowej kasy i uruchomić nowe źródła finansowania?

Prężna prowincja

Badając politykę zmian na uniwersytetach w Glasgow, Warwick, Joensuu w Finlandii, Twente w Holandii oraz Chalmers w Göteborgu, Clark pokazuje, że w różnych typach uczelni i środowiskach można prowadzić politykę sukcesu. Wybrane przykłady są bardzo zróżnicowane, od wielkomiejskich ośrodków, jak Glasgow, poprzez instytuty technologiczne, jak Twente, kończąc na środkowofińskim rustykalnym uniwersytecie w Joensuu.

Tym samym Clark udowodnił, że nie ma złych uczelni, są tylko uczelnie źle zarządzane. Podobnie podział metropolia - prowincja wcale nie musi oznaczać, że uczelnie prowincjonalne muszą być uczelniami drugiej kategorii. Przeciwnie, ośrodki prowincjonalne wykorzystują nisze rynkowe i prowadzą regionalne specjalizacje. Uniwersytet w Joensuu, ulokowany wokół przemysłu drzewnego, wyspecjalizował się w badaniach leśnych. Mały uniwersytet w austriackim Innsbrucku wyspecjalizował się w fizyce i medycynie, prowadzi też szpital z europejską renomą.

We wszystkich wspomnianych przez Clarka uczelniach zlikwidowano liczne ciała doradcze, rozbudowując wspólną dla całej uczelni grupę zarządzającą. Jednocześnie wzmocniono funkcję dziekanów, którzy stali się bardziej odpowiedzialni za profil badawczy, skierowanie wydziałów w stronę potrzeb lokalnych społeczności i wprowadzenie w życie ciekawego programu edukacyjnego.

Kolejnym krokiem było zbudowanie relacji z otoczeniem gospodarczym. Firmy i przedsiębiorstwa zaczęły zamawiać badania lub korzystały z akademickich inkubatorów wiedzy. W ten sposób uczelnie zyskały środki finansowe na rozwój wybranych dyscyplin.

Clark już w latach 90. zeszłego wieku nie pozostawił złudzeń: z pośród ponad 8 tys. dyscyplin nauki uprawianych na całym świecie na finansowanie mogą liczyć jedynie te, które będą rozwijały gospodarkę lub znajdą partnerów finansujących projekty badawcze. W ten sposób powstaje nowa wizja uczelni, nie tylko tworzącej wiedzę, lecz także aktywnie przyczyniającej się do budowania dobrobytu.

Podobnie jak w przypadku wielu innych dziedzin życia, kryzys jedynie wzmógł trend prowadzący w stronę przedsiębiorczości, gdyż pieniędzy z państwowej kasy będzie coraz mniej - nie tylko w Polsce, ale i w krajach wysoko rozwiniętych. Uczelnie albo będą przedsiębiorcze, albo będą permanentnie niedomagać, tertium non datur.

Kto aktywny, ten zarobi

Przedsiębiorczość nie jest zarezerwowana dla krajów wysoko rozwiniętych. Przykładem jest Chile i prestiżowy Papieski Uniwersytet w Santiago (prowadzący m.in. wydziały ścisłe i ekonomiczne), finansowany najpierw ze środków publicznych, później pozarządowych. Choć w dalszym ciągu pozostaje uniwersytetem "uczącym", a nie "badającym", to jednak system finansowania został zmieniony: z budżetu państwa pochodzi tam zaledwie 17 proc. pieniędzy. Obecnie uczelnia ta pozostaje najbardziej uznaną w Chile, a prestiż zatrudnienia na niej jest bardzo wysoki, gdyż zapewnia dobre warunki dla rozwoju kariery naukowej.

Podkreślmy jednak, że motorem zmian w Chile był czynnik negatywny, zapaść finansowa, która postawiła władze uczelni pod ścianą. Zdecydowały się one na zrestrukturyzowanie administracji; premią dla pracowników naukowych stała się nie tylko praca na więcej niż jednym etacie, ale także publikacje w renomowanych czasopismach i wykonywanie zadań na rzecz uczelni, co przekłada się na wynagrodzenie.

Socjolog Andres Bernasconi, który śledził zmiany na tej uczelni, wskazał, że stosunek liczbowy pensji aktywnego badacza do przeciętnej pensji naukowca oscyluje tam między 2, a 2,5. Jednocześnie finansowanie z budżetu zmalało w ciągu kilkunastu lat z 90 do 17 proc., przy czym uniwersytet ten pozostaje najsilniejszą uczelnią w Chile, promuje 40 proc. wszystkich doktoratów w kraju.

Zmiany dokonane w Chile nie byłyby możliwe bez zorientowania na rynek oraz sformułowania i wprowadzenia w życie nowych celów. I choć reforma chilijska była połowiczna, to jednak zastosowanie jej w Polsce przeobraziłoby nasze szkolnictwo wyższe.

Humanista też może zyskać

W Polsce takie zmiany nie są na dzisiaj prawnie możliwe. Uczelnie nie mogą prowadzić działalności gospodarczej, dla celów komercyjnych muszą powoływać fundacje, co zwiększa biurokrację i rzuca na szkoły wyższe cień nieprzejrzystości.

Zmiany musiałyby dotknąć również klasycznego ustroju uczelni. Badania Clarka dowodzą, że kolegialne, wielopoziomowe ciała są nieefektywne. Rady wydziałów powinny pełnić funkcje doradcze, natomiast decyzje należałyby do dziekanów oraz rady nadzorczej uczelni. Do tego dochodzi kontrolowany odgórnie system nauczania w uczelniach, który de facto blokuje wszelką innowacyjność w systemie kształcenia studentów. Uczelnie muszą dostosowywać programy do istniejących standardów kontrolowanych przez centralną instytucję. W polskim systemie prawnym dyplom ukończenia studiów wydaje nie uczelnia, ale państwo, co z jednej strony zapewnia kontrolę jakości, ale z drugiej wiąże ręce wszelkiej innowacyjności programowej. Już tylko takie zmiany oznaczałaby rewolucję w polskich uczelniach.

Przedsiębiorczy uniwersytet dotąd kojarzył się w Polsce głównie z usługami edukacyjnymi - co u nas widoczne jest w przypadku uczelni niepublicznych. Warto jednak zerwać z utożsamianiem przedsiębiorczości z samym kształceniem. Wydziały prowadzące innowacyjne badania z powodzeniem mogłyby zorganizować ich przełożenie na praktykę, a firmy dotować uczelnie w kluczowych sektorach badań. Jednym z głównych czynników polskiego rozwoju naukowego są publikacje w renomowanych czasopismach. Same publikacje, choć świadczą o intelektualnej aktywności i twórczych możliwościach badaczy, jeśli nie mają przełożenia na inne badania, są dopiero połową drogi.

Burton Clark zdaje sobie sprawę z ograniczeń swojej idei - nie każda dyscyplina ma przełożenie na gospodarkę. Jednak przedsiębiorcze ożywienie mogłoby oddziałać również na kierunki i uczelnie humanistyczne oraz artystyczne - tradycyjnie uznawane za nieopłacalne.

Clark podaje przykład Joensuu, gdzie założono prężne wydawnictwo, w czym aktywnie uczestniczyli studenci. Uczelnie o profilu artystycznym mogłyby prowadzić na warunkach komercyjnych teatry, galerie, profesjonalne impresariaty czy przedsiębiorstwa produkcji filmowej.

Dziś zakaz prowadzenia działalności gospodarczej na to nie pozwala, a przyuczelniane ośrodki kultury promują przede wszystkim twórczość studencką i nie liczą się na rynku sztuki. Profesjonalna kultura wymaga znacznych nakładów na inwestycje i promocję, na które uczelni w tym systemie finansowania nie stać. Tymczasem pozyskane w ten sposób środki mogłyby wzmocnić "kontemplacyjne" badania i niekomercyjne inicjatywy.

Tak zresztą dzieje się w najlepszych ośrodkach, gdzie rozwija się kierunki nienastawione na zysk, takie, za które ktoś musi zapłacić. Przekonanie, że utrzymują się one z czesnego, można pozostawić w sferze mitów. Chroniczne niedofinansowanie humanistyki i brak perspektyw na zmianę tego stanu rzeczy powoduje, że jest to propozycja pozbawiona ryzyka - więcej już stracić nie można.

Nie bójmy się zmian

Przemiany systemowe jednak nie wystarczą, potrzebna jest również zmiana mentalności. Obawy środowiska akademickiego przed reformami można określić jako antycypację zjawiska "more work - less money" oznaczającego trudniejszą pracę za niewiele większe bądź takie same pieniądze.

Jednak akademicy sami wykazują "offową" przedsiębiorczość. Przykładów jest wiele, począwszy od wykładania w kilku miejscach, poprzez własne firmy, a kończąc na usługach konsultingowych i fachowych, jak czynią to np. informatycy czy psychologowie.

"Offowa" przedsiębiorczość nie jest, jak się niesłusznie sugeruje, czymś złym - wręcz przeciwnie, świadczy o szansie na przekonanie środowiska do zmian. Jednak oderwanie własnej inwencji od uniwersytetu dowodzi, że ludzie nauki nie wierzą w zmiany i swój pełny sukces jedynie w pracy przy uczelni, co potwierdza potrzebę gruntownych reform. Świadomi są tego, że aby go odnieść, trzeba iść do świata, gdzie uczelnie są jeszcze nieobecne.

* Cezary Kościelniak - doktor filozofii, eseista, wykładowca na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie

  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':