Warunki do ich zainicjowania pojawią się najwcześniej za rok, po wyborach prezydenckich mających usunąć głównego zawalidrogę udaremniającego ich dokonanie. Najbliższy rok przeznaczony jest więc na zmarnowanie. Czy Polskę stać na bezczynne czekanie i czy się doczeka zmian przełamujących ten impas?
Rządowi udało się szczęśliwie zignorować zachęty i ponaglenia tych wszystkich interwencjonistów, etatystów i socjalistów, którzy domagali się pompowania miliardów złotych na wsparcie gospodarki w zmaganiach z osaczającym ją zewsząd kryzysem. Recesji do Polski nie dopuściliśmy, a miliardy zostały uratowane. Lecz spowolnienie tempa wzrostu spowodowało spadek wpływów do budżetu, odsłaniając potężną dziurę w finansach państwa. Nabrzmiewające od dawna problemy spotężniały.
Niedoczekanie Od dawna też wiadomo, co trzeba zrobić, by finanse państwa naprawić i przekierować strumień marnowanych pieniędzy na rozwój kraju, a powtarzanie tego stało się już nudne (i tym bardziej zbędne, że wyłożyli to autorzy artykułu pod wymownym tytułem "Po nas choćby potop" w "Gazecie" z 9 listopada).
Argumentacja mająca wyjaśnić i uzasadnić, dlaczego się tego nie robi, jest jednak zrozumiała i może być przekonująca. Zgłoszenie propozycji reform, które muszą być niepopularne i dla pewnych grup społeczno-zawodowych oznaczać utratę nieuzasadnionych lub nadmiernych przywilejów, wywoła sprzeciw i protesty tych grup podchwycone i podsycone przez czyhającą na taką okazję agresywną opozycję, zamienione przez nią w antyrządową kampanię propagandową, bunt koalicyjnego
PSL, a w razie ich przeforsowania - weto prezydenta. Reform więc i tak nie będzie, a spostponowani reformatorzy przegrają wybory, co perspektywę zreformowania państwa i jego finansów przesunie na nieokreśloną przyszłość. PO i Tusk przegrają, a Polska nic nie wygra.
Gdyby politycy PO chcieli grać ze społeczeństwem w otwarte karty, powinni złożyć zatem Polakom jasną propozycję: jeśli chcecie ozdrowieńczych i prorozwojowych reform, poprzyjcie Donalda Tuska w wyborach prezydenckich, by usunąć wiszącą wciąż groźbę antyreformatorskiego weta. Lecz powiązanie kandydatury Tuska z perspektywą odblokowania kontrowersyjnych i niepopularnych reform może tej kandydaturze zaszkodzić. Więc do wyborów o reformach lepiej nie wspominać.
Ale czy to znaczy, że zostaną zapoczątkowane po ewentualnym zdobyciu prezydentury przez Tuska? Skoro nie można tego głośno i oficjalnie zadeklarować, aby nie przestraszyć elektoratu, trzeba się domyślać. Lecz wolno także wątpić. Przecież istotna część zmian musiałaby dotyczyć
KRUS, rolnictwa i wsi, a po wyborach prezydenckich nie zmieni się układ sił w parlamencie, więc także koalicja z PSL, co tę część reform pozostawi niewykonalną. Czy zatem trzeba czekać do wyborów parlamentarnych i uzyskania bezwzględnej większości przez PO? Odbędą się one za dwa lata, a taki rozmiar zwycięstwa w nich Platformy jest wątpliwy, zwłaszcza gdyby rozpoczęto lub tylko zapowiedziano przeprowadzenie trudnych zmian przed nimi, zmniejszając szanse odniesienia takiego wyborczego triumfu. A więc do wyborów parlamentarnych ani słowa o niepopularnych reformach. Czekający na nie i domagający się ich muszą się uzbroić w jeszcze większą cierpliwość.
Zwłoka to też ryzyko Jednak cała ta kalkulacja może wziąć w łeb, jeśli do tego czasu, z braku reform właśnie, finanse publiczne się zawalą, pogrążając rządzącą koalicję (PSL zdąży jednak w porę z niej uciec) i załamując perspektywę wyborczych zwycięstw Tuska i PO.
Kunktatorstwo i asekuranctwo premiera i jego zauszników mogą się więc nie opłacić ani im, ani rządzonemu przez nich krajowi. Tym bardziej że w obecnej sytuacji zaniechanie reform to nie tylko uniemożliwienie naprawy stanu państwa i jego kasy, ale nieprzeciwdziałanie postępującemu ich pogarszaniu. Gdy zaś to niepowstrzymane pogarszanie przekroczy punkt krytyczny, trzeba będzie dokonywać ostrych cięć gwałtownie i chaotycznie. To się na pewno nie spodoba nikomu. Próba skonfiskowania pieniędzy przyszłych emerytów gromadzonych przez nich w OFE spodobała się bodaj tylko Jackowi Żakowskiemu. Niezadowolenie oszukanych w ten sposób obywateli może się okazać większe od tego, jakie wywołałoby odbieranie niezasłużonych lub nadmiernych przywilejów górnikom, rolnikom czy służbom mundurowym.
Wybrnięcie z impasu, w którym pogrążyły się i tkwią rząd oraz rządząca koalicja, wymaga nie tylko odwagi, lecz także sprytu umożliwiającego przechytrzenie przeciwników i pozyskanie sojuszników. W polskich warunkach, a i w ogóle w demokracji, nie można odwlekać koniecznych decyzji do czasu zdobycia pełni władzy i usunięcia wszelkich przeszkód. Takiego komfortu politycy rządzący demokratycznym państwem nie mają i mieć nie będą. Nie pozostaje więc nic innego, jak zdobyć się na konieczną odwagę i wykazać potrzebny spryt. Gra na przeczekanie do lepszej okazji to strategia równie ryzykowna, jak podjęcie stanowczych decyzji teraz. A wmawianie obywatelom, że największym obecnie wyzwaniem stojącym przed polskim państwem i rządem jest walka z hazardem, to żadna strategia, lecz mydlenie oczu i ucieczka od faktycznych problemów.
* Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego.