Inaczej niż niektórzy moi koledzy publicyści nie stawiałbym pod pręgierzem Hanny Gronkiewicz-Waltz za zgodę władz Warszawy na manifestację oenerowców, którzy - jak się okazało w trakcie ich marszu - skandowali faszystowskie hasła. Nie podzielam poglądu kolegi z "Gazety" Seweryna Blumsztajna, który "wbrew opinii wielu prawników i jak widać też pani prezydent" uważa, że "prawo nie może rozmijać się z przyzwoitością i zdrowym rozsądkiem". Zgadzamy się co do przyzwoitości - faszyzm i nazizm to ideologie zbrodnicze, jedne z największych plugastw w dziejach. Inaczej jednak definiujemy w tym kontekście zdrowy rozsądek... (O nim za chwilę.)
Mam także wątpliwości co do zasadności artykułu kodeksu karnego, który zakazuje "publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa, nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych". Jeśli ktoś chce skandować na Krakowskim Przedmieściu: "Narodowy socjalizm" czy "Precz z okupacją żydowską" - niech skanduje. Policja jednak niech nie waży się szykanować ludzi, którzy chcą faszystom sprzeciwić się, przeszkodzić im, zawstydzić ich i napiętnować.
Polskie państwo i jego organy bezpieczeństwa wykazują zadziwiającą tolerancję wobec manifestowania ideologii takich jak nazizm i faszyzm przy równoczesnej fobii na inne idee antysystemowe - egalitarne, równościowe, emancypacyjne. Pamiętam, że gdy w Warszawie odbywało się Europejskie Forum Ekonomiczne i do stolicy Polski zjechali z zamiarem manifestowania alterglobaliści z całej Europy, policja nachodziła ich i szykanowała. Teraz nękała młodzież antyfaszystowską, anarchistów i ludzi, którzy chcieli powiedzieć neofaszystom "No pasaran" - neofaszyści tymczasem mogli w najlepsze maszerować pod ochroną prawa i organów bezpieczeństwa.
Dlatego w pełni podzielam oburzenie Blumsztajna, gdy pisze: „Byłem na Senatorskiej, kiedy policja zaatakowała antyfaszystów skupionych za transparentem »Faszyzm nie przejdzie « - przemoc stosowała tylko policja. Ta młodzież nie krzyczała - jak w Polsce w takich sytuacjach się krzyczy - »gestapo «. Oni krzyczeli: »policja broni faszystów «”.
Cała sprawa ma jednak wymiar bardziej uniwersalny niż tylko spór o tę jedną manifestację.
*** Na początku lat 70. w małym miasteczku Skokie w stanie Illinois władze lokalne odmówiły amerykańskim neonazistom zezwolenia na manifestację. Większość mieszkańców Skokie stanowili ocalali z zagłady Żydzi. Na wieść o postanowieniu władz, jeden z nasłynniejszych w Ameryce obrońca praw człowieka, Arieh Neier - sam pochodzenia żydowskiego - wniósł do Sądu Najwyższego pozew w obronie prawa neonazistów do manifestowania poglądów. I wygrał. Napisał później o tym książkę "Broniąc swojego wroga".
Neier dowodził m.in., że kij wymierzony w opinie skrajne i skandaliczne może uderzyć w zupełnie niespodziewanym kierunku. Dlatego zachęcałbym tych, którzy snują dziś rozważania o ograniczaniu prawa do manifestacji - to także ograniczenie wolności słowa - żeby nie wykluczali pochopnie, że ktoś kiedyś uderzy ich samych w zupełnie niespodziewany sposób, w niespodziewanym momencie. (Dlatego m.in. nie zgadzam się z Blumsztajnem co do tego, co nazwiemy w tej sprawie rozsądkiem. Rozsądnie, choć niesmacznie, jest tu bronić plugastwa.) Uważam, że prawa do głoszenia opinii, nawet skandalicznych, trzeba bronić niekoniunkturalnie - niezależnie od tego, komu zawadzają, ani jak bardzo są obrzydliwe. Straty wynikające z ograniczania wolnego słowa zawsze przerastają zyski.
Dziś mamy pokusę prawnego zakazania neofaszystom wygłaszania ich rasistowskich, homofobicznych, nietolerancyjnych poglądów. A kogo jutro zechcemy represjonować? Po 1989 roku były rozmaite pomysły:
Jarosław Kaczyński postulował kiedyś likwidację tygodnika "Nie", Jan Rokita - nękanie tego pisma konfiskatami numerów, pewien minister chciał zamykać niszowe pisemko byłych stalinowców piszące głupstwa o najnowszej historii Polski. Teraz parlament polski chciałby zakazać noszenia koszulek z symbolami komunizmu. Nie wiadomo, co właściwie miałoby być karane. Noszenie koszulek z podobizną Stalina? (notabene nikt takowych nie nosi); z sierpem i młotem? (mam jedną taką z dopiskiem "People's Republic of Berkeley"); a może i koszulek z hasłami równościowymi - to w końcu też jedna z idei komunistycznych? Miejmy nadzieję, że
Trybunał Konstytucyjny uzna niedorzeczną ustawę za sprzeczną z konstytucją.
To ponury żart, że skutkiem ubocznym bronienia zasady wolności słowa bywa obrona tych, którym wolność niekoniecznie smakuje - tutaj: gnojków głoszących neofaszystowski bełkot.
Robię to jednak dlatego, że jestem przekonany do poglądu Ronalda Dworkina, profesora prawa z uniwersytetu w Oksfordzie, który pisał przed laty w "Gazecie" (nr 180/1995): "Nie możemy akceptować zasady, że jakiś pogląd może stać się przedmiotem zakazu publikacji, nawet jeśli rządzący są przekonani, że jest on fałszywy i wysoce obraźliwy dla jakiejkolwiek grupy społecznej... Muzułmańscy fundamentaliści, którzy potępili i skazali Salmana Rushdiego, także są przekonani, że działają w obronie ludzi głęboko znieważonych książkami tego pisarza. Każde prawo o bluźnierstwie, każde palenie książki, każde polowanie na czarownice, z prawa czy z lewa, broni się takim samym argumentem: że chroni fundamentalne wartości przed profanacją".
Tak, heilowanie neofaszystów w Warszawie i ich okrzyki w rodzaju "Narodowy socjalizm", "Precz z okupacją żydowską" są rodzajem bluźnierstwa, choć osobiście wolę określenie "plugastwo" (określenie "bluźniercy" nobilitowałoby tę gównażerię w nieuzasadniony sposób). I wszyscy przyzwoici ludzie mają dzisiaj pokusę chronienia "fundamentalnych wartości przed profanacją" - przez owych neofaszystów.
Nie ulegajmy jej - dla własnego bezpieczeństwa.
Dworkin sprzeciwiał się nawet penalizacji "kłamstwa oświęcimskiego" - i to w Niemczech - a także skazaniu przed laty przywódcy neofaszystowskiej partii NPD na grzywnę i rok więzienia w zawieszeniu. Ów lider, Günther Deckert, zorganizował mityng, podczas którego pewien "ekspert" z
USA od Holocaustu negował fakt gazowania Żydów w Auschwitz.
"Wiem - pisał po tym wydarzeniu Dworkin - że przyzwoici ludzie ze zgrozą patrzą, jak chuligani z pseudoswastykami mówią, że największe ludobójstwo w historii, dokonane z zimną krwią, nie miało nigdy miejsca. Ci chuligani przypominają nam o tym, o czym często zapominamy: o wysokiej, czasem nieznośnie wysokiej cenie wolności. Bo wolność jest tak cenna, że uzasadnia nawet bolesne ofiary. Ludzie, którzy ją kochają, nie powinni stawać się zakładnikami wrogów wolności, nawet jeśli Deckert i jego odrażający koleżkowie chcą ich do tego zmusić swoimi prowokacjami". Dodajmy: nawet jeśli odrażający neofaszyści manifestujący w Warszawie z okazji 11 listopada chcą nas do tego zmusić swoimi prowokacjami...
Tolerancyjne wobec plugastwa stanowisko wspiera orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu: "Swoboda wypowiedzi jest jedną z głównych podstaw demokratycznego społeczeństwa, warunkiem jego rozwoju i samorealizacji jednostki. (...) Nie może ograniczać się do informacji i poglądów, które są odbierane przychylnie albo postrzegane jako nieszkodliwe lub obojętne, lecz odnosi się to w równym stopniu do takich, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój w państwie lub jakiejś grupie społeczeństwa. Takie są wymagania pluralizmu, tolerancji, otwartości na inne poglądy, bez których demokratyczne społeczeństwo nie istnieje".
***
Czy nie powinno być zatem żadnych granic? Powinny, ale wyznaczajmy je z przesadną ostrożnością. Pytanie o granice zadałem przed laty nieżyjącemu już znawcy problematyki praw człowieka, w tym wolności słowa, Markowi Nowickiemu. Odpowiedział, że "granicą wolności słowa jest wezwanie do działań z użyciem przemocy".
Można się zastanawiać, że czy nie rozszerzyć tej granicy, na przykład, o zakaz publikowania instrukcji konstruowania bomb. Ale lista zakazów powinna być bardzo krótka: jeden, dwa wyjątki; nie więcej. Na pewno nie należy na niej umieszczać idei i opinii nawet najbardziej kontrowersyjnych czy takich, które bylibyśmy skłonni uznać za niegodziwe i niemoralne.
To my, obywatele - być może również przy wsparciu państwa, ale wsparciu edukacyjnym, nie represyjnym - powinniśmy wytworzyć taką aurę wokół poglądów neofaszystowskich, taki rodzaj ostracyzmu, że gówniarz mający pomysł heilowania w publicznym miejscu, zanim wyjdzie z domu na ulicę, spłonie ze wstydu w chwili, gdy pomysł taki przyjdzie mu do głowy. Nie ograniczajmy się zresztą do neofaszystów: dodajmy do listy ostracyzmu homofobów; tych wszystkich, którzy wygłaszają rasistowskie i ocierające się o rasizm opinie o imigrantach; niemających tolerancji dla bezdomnych; chorych na AIDS; tych, którzy wyznawców islamu "z automatu" postrzegają jako potencjalnych terrorystów... Jak jednak liczyć tu na państwo i jego edukacyjne agendy, jak liczyć na polityczny establishment, skoro ww. poglądy pokutują nie tak rzadko i w tej grupie?
Dlatego nie dziwię się Annie Blumsztajn, nauczycielce warszawskiego liceum, gdy pisze rozgoryczona ("Gazeta" 14-15 listopada), że po szykanach policji wobec młodych antyfaszystów (byli wśród nich, jak rozumiem, jej uczniowie) nie wie, jak ma dalej przekonywać na lekcjach, że państwo polskie jest naprawdę "nasze" i że można zwrócić się doń po pomoc i sprawiedliwość.
Postawa państwa, reprezentowanego w tej sytuacji przez policję to skandal, obraza przyzwoitości z natychmiastowym skutkiem antyedukacyjnym. Jeśli państwo nie chce lub nie potrafi - np. instrumentami edukacyjnymi i propagandowymi - wesprzeć sprzeciwu obywateli wobec nietolerancji, niech przynajmniej nie przeszkadza i nie szykanuje tych, którzy chcą przeciwko plugastwu protestować.
Zachęcałbym również państwowe agendy do politycznego daltonizmu: jeśli policja, władze miejskie i inne nie przeszkadzają manifestować neofaszystom, niech nie przeszkadzają wszystkim w taki sam sposób. Niech pilnują tylko, by nie doszło do przemocy, a jeśli już samo państwo musi jej użyć, niech robi to w obronie słabszych i bezbronnych, a nie tych, z którymi zadrzeć jest niebezpieczniej.