http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Havel: To była rewolucja artystów

Václav Havel
2011-11-16, ostatnia aktualizacja 2009-11-16 16:55

- Kiedy 20 lat temu my, dysydenci, zaczęliśmy rządzić, w atmosferze powszechnej euforii wydawało się nam, że odbudowanie demokracji i transformacja gospodarki to będą sprawy łatwe i szybkie. Nie były - na 20 rocznicę aksamitnej rewolucji w Czechosłowacji mówi Václav Havel, były prezydent Czechosłowacji i Czech

Lech Wałęsa i Vaclav Havel w Karkonoszach w 1990 roku
Fot. Krzysztof Miller / AG
Lech Wałęsa i Vaclav Havel w Karkonoszach w 1990 roku

Zobacz także:
Vaclav Klaus na 10. rocznicę "aksamitnej rewolucji"
Rozmowa z Vaclavem Klausem
Karta 77 - triumf bezsilnych



W latach, gdy byłem tzw. dysydentem, od czasu do czasu odwiedzali mnie zachodni dziennikarze, a z ich pytań często przebijało wielkie zdziwienie, że my - tak niewielka część społeczeństwa - otwarcie domagamy się zasadniczych zmian, choć już na pierwszy rzut oka widać, że nie mamy żadnych szans i że możemy tylko sprowadzić kłopoty na własne głowy. Nasze wysiłki wydawały się im daremne, bo nie były wspierane przez żadne instrumenty władzy ani masowe poparcie społeczne.

- Co chcecie osiągnąć, skoro nie stoją za wami ani robotnicy, ani inteligencja, ani jakaś organizacja powstańcza, partia polityczna czy inna znacząca siła? - pytali. A my na ten typ pytań mieliśmy przygotowane standardowe odpowiedzi.

Ci, którzy tak się dziwili, sądzili, że zrozumieli wszystkie podstawowe mechanizmy historii, dlatego wiedzą, co może się wydarzyć, a co nie, co ma szanse, a co jest ich całkiem pozbawione, co jest mądre i realne, a co stanowi zupełne szaleństwo.

Często podczas tych rozmów mówiłem, że w warunkach totalitarnych szalenie trudno zajrzeć w głąb społeczeństwa, które z zewnątrz wygląda jak lojalny wobec władzy monolit, ale ów monolit spaja głównie strach, więc w istocie może on być znacznie bardziej kruchy, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. I że nikt nie ma pojęcia, kiedy jakaś przypadkowa kula śniegowa może spowodować ogromną lawinę. Taka świadomość nie była co prawda jedynym czy głównym motorem naszych ówczesnych poczynań, ale jednak mieliśmy takie odczucia.

Nauka, jaka z tego płynie, jest oczywista: nigdy nie powinniśmy być pewni, że zrozumieliśmy wszelkie prawa historii i potrafimy bezbłędnie przewidywać, co nadejdzie.

Wzięliśmy władzę, nie było wyboru

Przed 20 laty czechosłowacka kula śniegowa - jaką była listopadowa masakra studentów - zmieniła się w lawinę [17 listopada 1989 r. milicja brutalnie spacyfikowała demonstrację na praskim placu Wacława - ten dzień to początek aksamitnej rewolucji]. I nagle cały system totalitarny runął jak domek z kart.

Przyczyniło się do tego wiele elementów - od głębokiego kryzysu reżimu, poprzez wydarzenia w sąsiednich krajach, aż po sprzyjającą sytuację międzynarodową. Mimo to dziwiliśmy się, jak szybko i względnie łatwo wszystko poszło. Dziwili się nie tylko zachodni dziennikarze, ale i my sami. Nie spodziewaliśmy się, że zmiany nadejdą tak szybko.

Okazało się, że dysydenci nie byli wcale lepiej przygotowani niż zachodni dziennikarze i politologowie. My także nie potrafiliśmy właściwie ocenić sytuacji, nie widzieliśmy i nie rozumieliśmy ukrytych ruchów zarówno w sferze władzy, jak i w społeczeństwie, więc nie byliśmy w stanie przewidzieć ich skutków. Staraliśmy się zachowywać jak wolni ludzie, mówić prawdę i dawać świadectwo sytuacji w naszym kraju, ale nie pragnęliśmy władzy. W ogóle nie przyszło nam do głowy, że to właśnie my - uważający siebie najwyżej za rzeczników społeczeństwa - nagle otrzymamy całą władzę w państwie.

Przyjęliśmy ją onieśmieleni i zakłopotani, bo nie było innego wyjścia.

W tym momencie zdarzyła się ciekawa rzecz: wielu z tych, którzy przez całe lata się nie wychylali i w milczeniu podporządkowywali się reżimowi, a także tych, którzy nasze wcześniejsze wysiłki uważali za nieodpowiedzialne szaleństwo, teraz nagle zaczęło nas krytykować za to, że nie byliśmy gotowi. Pytali: dlaczego już od dawna nie macie napisanej nowej, demokratycznej konstytucji? Dlaczego nie dogadaliście się w sprawie nowej ordynacji wyborczej? Dlaczego jeszcze nie macie napisanych ustaw, w tym kluczowych, tworzących prawne ramy gigantycznej prywatyzacji, jaka czekała nasz kraj? Czemu nie macie przygotowanych programów różnych partii politycznych, niezbędnych, by mógł funkcjonować pluralistyczny system polityczny?

Do dziś wypomina nam się to, co powinniśmy byli zrobić, a nie zrobiliśmy.

Nagle, po bitwie, pojawiło się wielu nowych generałów, którzy zarzucali nam dokładnie to samo, co my wcześniej wypominaliśmy sceptycznym obserwatorom zewnętrznym - że nie rozumieliśmy tego, co może się wydarzyć, nie potrafiliśmy pojąć ukrytych mechanizmów historii, nie przewidywaliśmy przyszłości i nie braliśmy pod uwagę, że może się zdarzyć nawet to, co do tej pory uważaliśmy za najmniej prawdopodobne.

Tak, dysydenci byli profesorami, malarzami, pisarzami czy palaczami w kotłowniach - tylko nie politykami. Bo skąd w warunkach totalitarnych miałaby się wziąć jakaś alternatywna ekipa polityków? A potem już tylko się dziwiliśmy, czym musimy się zajmować.

Mimo to sądzę, że to dobrze, że nie byliśmy przygotowani na historyczne przemiany, na ich przyśpieszone tempo. Kto jest zbyt dobrze przygotowany, ten z reguły budzi moje podejrzenia.

Historii nie przyśpieszysz

Po pewnym czasie zaczęły się pojawiać kolejne niespodzianki.

Co prawda nie mieliśmy w szufladach żadnych ustaw napisanych w czasach dysydenckich, ale w atmosferze powszechnej euforii po bezbolesnym sukcesie rewolucji, kiedy każdy proponował nam swoją pomoc, wydawało się nam, że odbudowanie systemu demokratycznego i transformacja gospodarki to będą sprawy łatwe i szybkie.

Jednak tak się nie stało. Okazało się, że w ciągu kilku godzin czy dni absolutnie nie da się przemyśleć, przygotować i wprowadzić w życie wszystkich niezbędnych reform, że każdy projekt otwiera i musi otwierać przestrzeń do niekończących się debat, że trzeba przebrnąć przez góry przeciwstawnych argumentów, w skomplikowany sposób szukać niezbędnego poparcia, pokonać tysiące przeszkód, łącznie z tą najpoważniejszą: wciąż istniejącą demoralizacją społeczną, dla której odzyskana wolność i bezprecedensowa zmiana własności majątku stworzyły nowe okazje.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':