http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Przed wojną nie żyło się lepiej

Adam Leszczyński "Gazeta Wyborcza"
2009-11-10, ostatnia aktualizacja 2009-11-09 16:39
Lata 1918-39. Dzieci z bezrobotnych rodzin przed prowizorycznymi namiotami mieszkalnymi na Żoliborzu (warszawska dzielnica)
Lata 1918-39. Dzieci z bezrobotnych rodzin przed prowizorycznymi namiotami mieszkalnymi na Żoliborzu (warszawska dzielnica)
NAC

Typowe mieszkanie robotnicze w połowie lat 30. nie miało ustępu, wodociągu i zlewu. Rzadko był w nim prąd, prawie zaś nigdy - gaz. Nam po 1989 roku było dużo łatwiej niż dziadkom i pradziadkom

Jesienią 1931 roku, kiedy w Polsce zagościł już na dobre Wielki Kryzys, Instytut Gospodarstwa Społecznego rozpisał konkurs na pamiętniki bezrobotnych. Instytut, którego szefem był prof. Ludwik Krzywicki, światowej sławy socjolog o lewicowych poglądach, dziś nazwalibyśmy pewnie think tankiem zajmującym się problemami na styku socjologii i ekonomii.

Kilkunastu spośród 774 pamiętnikarzy przyznano nagrody pieniężne - 25, 50 i 100 ówczesnych złotych. Było to niezbyt dużo: robotnik wykwalifikowany - o ile miał pracę - mógł zarabiać wtedy ok. 150 zł miesięcznie. Najlepiej zarabiali górnicy i hutnicy - 230-240 zł miesięcznie.

Czytane dziś pamiętniki bezrobotnych pokazują nie tylko otchłań nędzy. Pokazują także, że trudno porównać ówczesny poziom życia z dzisiejszym - tak bardzo warunki były różne. Jeden z autorów Feliks Różański, ślusarz z Warszawy, przeszedł z żoną po Polsce w poszukiwaniu pracy 2340 km - piechotą! Szedł od Gdyni do Brześcia nad Bugiem, przez Lwów i Katowice, Poznań i Toruń, aż wrócił do Warszawy. Inny autor Leon Zarycki, czternaste dziecko łódzkiego odlewnika, zaczął pracować w wieku 14 lat, sprzedając papierosy na ulicy; kiedy skończył 17 lat, został robotnikiem w fabryce. Komisja lekarska zwolniła go z poboru, bo ważył 45 kilogramów i był zbyt słaby na żołnierza.

Nędzę ówczesną - kiedy trzeba było zastawiać ubrania, żeby mieć co jeść, a groźba głodu była bardzo realna - trudno w prosty sposób zestawić z dzisiejszym ubóstwem. Historyczne porównania w ogóle zresztą są ryzykowne, bo też cały świat był wówczas biedniejszy. Także amerykańscy bezrobotni wówczas często nie dojadali, co wyobrazić sobie trudno - teraz chorobą biednych Amerykanów jest nadwaga.

W tamtym świecie - wszędzie, nie tylko w Polsce - samochód był dobrem luksusowym (było ich w całym kraju tylko kilkadziesiąt tysięcy!), a buty i ubrania drogimi przedmiotami, które się wielokrotnie naprawiało, kiedy się przetarły czy zepsuły. Życie też było inne. Ludzie żyli dużo krócej niż dziś (do tego jeszcze wrócimy), żenili się wcześniej i mieli więcej dzieci. Mało kto miał maturę, nie mówiąc o dyplomie uniwersyteckim. Pod koniec lat 30. maturę zdawało co roku kilkanaście tysięcy osób. Nawet jeśli uznać, że ówczesna matura była trudniejsza od dzisiejszej, było to mało.

Mieszkało się też inaczej. W połowie lat 30. ekonomista i statystyk Ludwik Landau pisał: "Pojedyncza izba, stanowiąca w większości obszaru Polski typowe mieszkanie robotnicze, jest pozbawiona jakichkolwiek udogodnień; bez przedpokoju, ustępu, przeważnie też bez wodociągu i zlewu, dość rzadko zaopatrzona w elektryczność, prawie zaś nigdy w gaz, a położona często w suterenie lub na poddaszu. Konsekwencją małych rozmiarów mieszkania musi być przeludnienie [...], które dochodzi do granic trudnych do uwierzenia. [...] W Częstochowie w roku 1921 przeszło trzecia część mieszkań jednoizbowych zajmowana była przez pięć i więcej osób, a spora ilość - ok. 10 proc. - przez 7 osób i więcej". Landau nawet nie wspominał o ubikacjach i prysznicach.

Nawet pozornie porównywalne liczby - takie jak poziom bezrobocia - wymykają się łatwym zestawieniom. Jedno jest pewne: wygodnie się wówczas żyło bardzo nielicznym. W 1933 roku - na dnie Wielkiego Kryzysu - w Polsce, liczącej wtedy niecałe 33 mln mieszkańców, było oficjalnie zarejestrowanych tylko 343 tys. bezrobotnych (dziś zarejestrowanych jest 1 mln 700 tys. bezrobotnych na 38 mln Polaków). Przed wojną jednak rejestrowało się tylko około jednej czwartej bezrobotnych, znacznie mniej niż dzisiaj - chociaż dzisiejsze statystyki też nie obejmują wszystkich. Rejestracja w tamtych czasach niewiele dawała. Naprawdę więc nikt nie wiedział, ilu było bezrobotnych. Poufne szacunki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 1936 roku mówiły o bezrobociu utrzymującym się stale na poziomie powyżej miliona osób, co było zbliżone do szacunków socjologów.

Było to jednak tylko bezrobocie miejskie. Nawet te szacunkowe dane nie obejmowały rolnictwa, w którym pracowało blisko dwie trzecie mieszkańców ówczesnej Polski. Nikt nie policzył dokładnie, jak wielu na wsi było wówczas "ludzi zbędnych" - wegetujących na karłowatych gospodarstwach w skrajnej nędzy. Tutaj szacunki idą w miliony.

Jak pisze historyk dziejów gospodarczych naszego regionu Derek H. Aldcroft, gospodarstw, które miały ekonomiczną rację bytu o powierzchni 10-20 hektarów, było tylko 10 proc. Techniki rolne były przestarzałe, wydajność niska w porównaniu z Zachodem, a inwestować nie było z czego. O żadnych "dopłatach do rolnictwa" nawet mowy nie było; przeciwnie, płaciło się dotkliwe podatki. Nie było także emerytur z KRUS.

Trudno mieć zresztą pretensje do chłopów, że nie inwestowali: kto myśli o inwestycjach, kiedy nie ma na jedzenie, nie mówiąc już o butach? Przeciętne dochody rodziny chłopskiej w latach 30. były o jedną trzecią niższe niż w 1913 roku (Derek H. Aldcroft, Europe's Third World: The European Periphery in the Interwar Years, wyd. Ashgate, Aldershot 2006).

"Dziesięć milionów ludzi na samej roli nie dojada i nie dopracowuje" - pisał w 1939 roku publicysta i reporter Melchior Wańkowicz. "Dziesięć milionów ludzi na samej wsi, bezrobotnych urzędowych, zarejestrowanych miejskich nie licząc, jest materiałem martwym, którego nie dźwigniemy, który się nie nadaje na obywatela, bo go trzeba odżywić, dać mu jaką taką nadwyżkę w dochodzie społecznym na to, by był w stanie choć coś niecoś pomyśleć o sprawach wybiegających poza zakres najprymitywniejszych zwierzęcych potrzeb".

Cytat pochodzi z książki Wańkowicza o Centralnym Okręgu Przemysłowym, w której wychwalał społeczną przemianę, jaką wielki państwowy przemysł przynosił do zapadłych wsi i miasteczek (przypomnijmy: to 1939 rok, a nie PRL!). Mógł więc wyolbrzymiać.

Jeśli jednak nawet "ludzi zbędnych" nie było 10 mln, tylko 8 czy 7 mln, to skala tej społecznej katastrofy była nieporównywalna z tymi problemami, które mamy dzisiaj. Jak na ówczesne czasy Polska miała względnie nowoczesny system ubezpieczeń społecznych i ubezpieczenia zdrowotne: oba jednak pozostawały żałośnie niedofinansowane. Wańkowicz pisał wtedy, że 900 tys. ludzi chorowało na nieleczone choroby weneryczne - głównie kiłę. Na wsi lekarza widywano bardzo rzadko albo wcale.

Można dziś porównać dystans, jaki dzielił poziom życia w Polsce od rozwiniętych krajów Zachodu w 1939 roku z tym, który dzieli nas od nich dzisiaj, czyli - w obu wypadkach - po 20 latach niepodległości. To porównanie nie wypada dobrze.

Noworodek urodzony w Polsce w 1932 roku miał przed sobą - według "Rocznika Statystycznego" - niecałe 50 lat życia. Pod tym względem przepaść między Polską a Zachodem była gigantyczna i znacznie większa niż dziś: w Niemczech było to wówczas 61 lat, a w Australii - 65 lat. Krócej, ale tylko niewiele, żyli obywatele ZSRR.

Dochód na głowę mieszkańca wynosił w 1938 roku w Polsce mniej więcej jedną trzecią poziomu Wielkiej Brytanii, czyli proporcjonalnie mniej więcej tyle, co teraz. W porównaniu z 1913 rokiem po 20 latach niepodległości nasz dystans wobec najbogatszych krajów Zachodu wzrósł - niewiele, ale jednak. Tempo, w jakim gonimy Zachód po 1989 roku pozostawało wówczas niedościgłym marzeniem.

"Płace polskie należą do najniższych" - pisał Ludwik Landau, porównując nas z Europą i Ameryką. Licząc siłę nabywczą, polscy robotnicy zarabiali wówczas nieco ponad połowę tego, co Anglicy i jedną trzecią tego, co Amerykanie - ale tylko dzięki temu, że żywność w Polsce była bardzo tania, bo za swoją pensję mogli kupić dużo mniej ubrań czy mebli niż Anglicy i Amerykanie. Landau: "Podobnie jak płace robotnicze były płace pracowników umysłowych w Polsce w okresie największego ich stanu w 1929 r. jednymi z najniższych w Europie i pozostawały w sumach nominalnych, a nawet - pomimo taniej żywności w Polsce - także w wartości realnej dalekimi od poziomu krajów zachodnich [...] Niższe grupy zarobków robotniczych nie mają nawet zapewnionego dostatecznego odżywiania się". Przypomnijmy - to odnosi się do najlepszego roku w historii II RP. W kryzysie było znacznie gorzej - płace spadły o jedną trzecią.

Zanim jednak wydamy werdykt, że pradziadkowie radzili sobie z polityką społeczną gorzej niż my, potrzeba istotnego zastrzeżenia - punkt startu II RP w 1918 roku był zupełnie inny niż III RP w 1989 roku. Nieporównywalna była też sytuacja międzynarodowa. Nam po 1989 roku było dużo łatwiej niż dziadkom i pradziadkom. Przedwojenna Polska musiała odbudować się po cyklu niszczących wojen (I wojna światowa, powstania - wielkopolskie, śląskie, walki z Ukraińcami i z Rosją), które przetoczyły się przez 90 proc. terytorium kraju i trwały siedem lat.

Trzeba było scalić w jedno trzy różne zabory, które wcześniej przez 120 lat były peryferyjnymi kawałkami trzech różnych gospodarek (Polski przecież nie było!). Polski przemysł stracił zarówno dostawców, jak i rynki eksportowe, i przez większą część dwudziestolecia próbował się po tej katastrofie pozbierać. Handel z dwoma największymi sąsiadami - Związkiem Radzieckim i Niemcami - był z powodów politycznych bardzo trudny: ZSRR za granicą kupował głównie maszyny dla swojego przemysłu (a w tej dziedzinie nie mieliśmy nic do zaoferowania), a handel z Niemcami utrudniała wojna celna, na której strona słabsza - czyli my - traciła więcej.

Na te wszystkie nieszczęścia nałożył się Wielki Kryzys oraz nieustające poczucie niestabilności i zagrożenia. Jaki zachodni inwestor o zdrowych zmysłach zaryzykowałby swoje pieniądze w biednym, niestabilnym kraju na peryferiach Europy - w dodatku takim, który ma dwóch potężnych, uzbrojonych po zęby i wrogo nastawionych sąsiadów?

Nic dziwnego, że Polska przed wojną cierpiała na dramatycznie niski poziom inwestycji. Zaciągano za granicą pożyczki, ale szło to opornie, a warunki były często trudne. Polityka rządu - który bardziej dbał o stabilny kurs walutowy niż tempo wzrostu gospodarczego - wcale nie poprawiała sytuacji.

Po 1989 roku napłynęły do Polski dziesiątki miliardów dolarów inwestycji prywatnych oraz funduszów pomocowych. Umorzono kolejne dziesiątki miliardów długów z czasów PRL. Przed wojną musieliśmy radzić sobie we wrogim otoczeniu - sami.

Były w Europie Środkowej kraje, którym wychodziło to lepiej niż nam, chociaż w większości też startowały z lepszych pozycji. Czechosłowacja - dzięki odziedziczonemu po Austro-Węgrach przemysłowi - była wówczas bogatsza od Austrii i wielu państw Zachodu. Wyższy (o 20-30 proc.) poziom dochodu na głowę niż Polska miały Węgry, Bułgaria, Grecja i kraje bałtyckie. Na zbliżonym do polskiego poziomie były Włochy, Hiszpania, Rumunia i Jugosławia. Generalnie jednak byliśmy na szarym końcu europejskiego peletonu.

Niektórzy historycy sądzą, że Polska w drugiej połowie lat 30. zaczynała wchodzić w fazę szybkiego rozwoju przemysłu, a więc także wzrostu poziomu życia. Mimo to była nadal krajem bardzo biednym o zaniedbanej infrastrukturze społecznej. Warunki mieszkaniowe, opieka zdrowotna, transport, edukacja, zaopatrzenie w wodę - wszystko to, jak pisze Aldcroft, "było nadal bardzo prymitywne jak na zachodnie standardy" i "wskazywało na niski poziom rozwoju".

Można mieć liczne i zasadne pretensje do polskiej transformacji. Dziś - mimo wszystko - jest nam do pierwszego świata coraz bliżej. Wtedy staliśmy w miejscu.

  • 1
  • 118 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    91 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':