Z jednej strony mamy historię takich ludzi jak
Agnes Trawny, która z Polski wyjechała i teraz stara się o ziemię po rodzicach. Z drugiej - Erwina Kruka, który Polski nie opuścił, ale swoją ojcowiznę na Mazurach też stracił i do dziś nie odzyskał. W tych historiach najlepiej widać, jak skomplikowane są losy Mazurów.
Tydzień temu olsztyński sąd uznał, że rodzina Lukaschewskich, która wyjechała do Niemiec 26 lat temu, jest ciągle właścicielem gospodarstwa pod Nidzicą na Mazurach zamieszkiwanego dziś przez inną rodzinę. Natychmiast w wielu mediach - który to już raz po podobnych wyrokach? - pojawiła się informacja, że
Niemcy odzyskali własność na Mazurach.
A może Lukaschewscy to nie Niemcy, tylko Mazurzy, którzy wyjechali z Polski?
Zabrano mi spokojne wzgórze Tym, którzy różnicy między Niemcem a Mazurem nie widzą, a nie znają skomplikowanej historii Mazur, wiele do myślenia da historia Erwina Kruka - Mazura, olsztyńskiego poety, solidarnościowego senatora pierwszej kadencji. Kruk dwa lata temu zaczął myśleć o odzyskaniu mazurskiej
nieruchomości po ojcu. Opisał to w swojej książce "Spadek. Zapiski mazurskie 2007-2008", która właśnie się ukazała (Retman Dąbrówno 2009).
Starania o tytułowy spadek nie są dla niego zwykłą walką o utraconą własność, lecz próbą uporządkowania zagmatwanej historii swojej mazurskiej rodziny. A jest co porządkować. W urzędowych dokumentach nie było śladu - ani że jego rodzice się urodzili, ani że zmarli. Istnieli tylko w pamięci najbliższych i Mazurów, którzy koło nich przez lata mieszkali. Jak starać się o spadek po ludziach, których dla urzędników nie było?
Poeta urodził się koło Nidzicy. Był rok 1941. Dom rodzinny stracił, gdy do wsi w 1945 r. wkroczyli Sowieci. Wyrzucili całą rodzinę Kruków do odległego o 2 km tzw. obozu infiltracyjnego, podobnie jak innych rdzennych mieszkańców wsi. Dla czerwonoarmistów Mazur to był Niemiec.
W Polsce Ludowej mazurskość też niczym stygmat ciągnęła się za Krukiem, tak samo jak za wieloma innymi Mazurami. Bo może jego matka była w hitlerowskiej lidze kobiet? A może ojciec był esesmanem?
Jeszcze w 1989 r., gdy pisarz miał startować na senatora, esbecy wśród starszych mieszkańców rodzinnej wsi pisarza sprawdzali podobne plotki na jego temat. Mazur to nie był stuprocentowy Polak. Nie bez powodu groby dawnych mieszkańców tych ziem przez wiele lat były niszczone jako poniemieckie. To samo spotkało miejsca pochówku rodziny Kruków pod Nidzicą.
Matka pisarza umarła latem 1945 r., gdy w obozie infiltracyjnym szalał tyfus. Ojciec z sowieckiego obozu został zabrany do batalionów roboczych i wywieziony w głąb ZSRR. Nigdy nie wrócił. Dopiero w 1961 r. rodzina dostała potwierdzenie z Czerwonego Krzyża, że jest na liście zmarłych w Związku Radzieckim. Ocalał tylko Erwin i dwóch braci. Ale nigdy już do domu rodzinnego pod Nidzicą nie wrócili.
Gospodarstwo, własność Kruków, dostało nową księgę wieczystą, w której o Krukach nie było ani słowa. Polscy urzędnicy nie przejmowali się tym, że stara poniemiecka księga istnieje i że wynika z niej, kto - czarno na białym - jest właścicielem nieruchomości.
Mazur nie miał prawa do swojej ziemi. Mazurska własność Kruka stała się własnością polską. "Zabrano mi spokojne, przesłonięte zielenią wzgórze. Jak można było tak zrobić" - napisał z wyrzutem w swoim dzienniku po jednej z wizyt w rodzinnej wsi.
Minęło ponad 60 lat, a pisarz, choć swoją wieś odwiedzał nieraz, nigdy nie przekroczył progu domu, w którym się urodził. - Nie chcę nikogo straszyć - tłumaczy. I o jego zwrot już się nie stara. Nie chce też występować do sądu o odszkodowanie od państwa za dom.
Ja jestem stąd Bo w sprawach dotyczących własności strach jest na Mazurach kluczowy. Najbardziej boją się teraz ci, którzy zamieszkali w gospodarstwach opuszczonych przez tzw. późnych przesiedleńców.
Wielu polityków ten strach podsyca, mówiąc o zagrożeniu roszczeniami niemieckimi. To się im opłaca, bo mogą budować sobie poparcie obietnicami obrony przed roszczeniami. Wystarczy przestraszonym ludziom obiecać pomoc, naprawienie urzędniczych błędów w księgach wieczystych lub zamienne lokum w razie wysiedlenia, a pójdą za takim politykiem jak w ogień.
Za rządów
PiS-u hasło "roszczenia na Mazurach" z jeszcze większą siłą zaczęło się łączyć ze słowem "niemieckie". "Dawny właściciel" to zawsze jest "Niemiec". Do wywołania psychozy, że to Niemcy wyrzucają Polaków na bruk, było już bardzo blisko. - Z naszej ziemi chcą nas ograbić. Chcą puścić Warmię i Mazury z torbami - mówił "Gazecie" pisowski wiceprzewodniczący olsztyńskiej rady miasta.
Ta fala strachu w sprawie roszczeń dawnych właścicieli wróciła za sprawą Agnes Trawny, najbardziej znanej mieszkanki Mazur, która zwróciła niemieckie odszkodowanie i osiem lat temu zaczęła starać się o odzyskanie swojej ojcowizny we wsi Narty koło Szczytna.
Z Polski wyjechała w 1977 r. Za chlebem. By poprawić los swój, a przede wszystkim dzieci. - Dom i ziemię zostawiliśmy i wyjechaliśmy. Tak jak się wyjeżdża do rodziny. A potem okazało się, że państwo polskie tę ziemię przejęło, nie pytając nas o zdanie, o plany na przyszłość - wspominała Trawny w rozmowie z "Gazetą".
Gdy się z nią spotkałem ostatni raz, zapytałem ją, kim się czuje - Polką, Niemką?