http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Łagodniejące rekiny finansjery. Etyka wraca do łask

Jarosław Makowski*
2009-10-23, ostatnia aktualizacja 2009-10-22 16:10

Dziś nie pytamy, jak szybko pomnożyć swoje pieniądze, ale jak można to zrobić uczciwie i bezpiecznie


fot. Shutterstock
Na naszych oczach dokonuje się przewartościowanie wartości. Nie za sprawą Kościołów czy kaznodziejów, którzy co niedziela nawołują ludzi do prawego i przyzwoitego życia. Nie jest to też konsekwencja przestróg filozofów, którzy pouczają, że demokracja bez sprawiedliwości i zaufania łatwo zamienia się w jawną lub ukrytą oligarchię. Przewartościowanie dokonało się za sprawą kryzysu ekonomicznego, który - choć zdaje się, że ustępuje - to jednak podziałał na ludzi tak, jak kubeł zimnej wody na śpiącego.

Zauważmy: do niedawna nikt nie miał wątpliwości, że chciwość ma zastąpić sprawiedliwość, parcie do finansowego ryzyka powinno wyprzeć rozsądek, a szybki zysk poskromić uczciwość. To były najbardziej pożądane cnoty. Dlatego bohaterem zbiorowej wyobraźni nie była rodzina uczciwie pracująca na swój chleb powszedni, ale "rekiny finansjery", którzy - niczym czarodzieje - potrafili ponoć z "niczego" stworzyć "coś". Ludzie masowo zachwycali się życiem facetów z Wall Street, którzy wolny czas spędzali na egzotycznych wyspach, pijąc szampana i zajadając kawior, a nie - przykładowo - społecznikami, którzy sens swojej egzystencji sprowadzili do pomagania biednym i wykluczonym.

Owładnięci magią gości w białych kołnierzykach wolni obywatele powierzali im przeznaczone na czarną godzinę oszczędności, nie pytając, co oni z nimi robią (ciekawostka, której nikt do tej pory chyba nie odnotował: prezesami amerykańskich banków, które padły pod ciężarem ryzykownych spekulacji, byli mężczyźni, nie kobiety!). Klientów instytucji finansowych obchodziło tylko jedno: jak najwięcej zyskać w jak najkrótszym czasie. Ten sport był ekscytujący i korzystny dla obu stron: bankierów, gdyż inwestowali cudze pieniądze przynoszące im wysokie gaże, klientów, gdyż zachłystywali się tym, jak szybko pomnażają swoje bogactwo.

Kiedy "zabawa" przynosiła profity każdej ze stron tego układu, nikt nie pytał, czy działania prowadzące do szybkich zysków są etyczne, uczciwe i przejrzyste. Przy inwestycjach liczył się raczej szybki zysk, a nie ich bezpieczeństwo. Za fajtłapę uznawano więc każdego, kto nie rozumiał nowoczesnych technik zarządzania finansami. A to wiązało się nieuchronnie z jednym: wcześniej czy później spychany był on na boczny tor. I aby była jasność: uczciwy i tradycyjny bankier nie wzbudzał litości. Jeśli wzbudzał jakieś uczucia, to tylko jedno: politowanie.

Jednak działania, które opierały się na pogardzie sprawiedliwości i apoteozie chciwości, w końcu się skończyły. Dym po zawaleniu się niemoralnej, globalnej elity finansowej unosi się jeszcze do tej pory. Ma też swój symbol. Jest nim amerykański finansista Bernard Madoff. Ale też tabuny jego bogatych klientów, którzy bez mrugnięcia okiem oddawali w jego ręce oszczędności. Kiedy jednak mydlana bańka finansowa, którą zbudował, pękła, Madoff trafił do więzienia. Do końca swych dni niebo będzie oglądał przez kratki. A jego zrozpaczeni klienci - swoje puste sejfy.

Smutne jednak, że życie i kariera takich ludzi jak Madoff rozgrzewała wyobraźnię mas. Przede wszystkim - młodych ludzi. Praca w banku czy funduszu inwestycyjnym wiązała się w ich mniemaniu tylko z szybką i wielką kasą. Przypominam sobie rozmowę z amerykańskim politologiem i autorem książki "Klęska Solidarności" Davidem Ostem, który opowiadał o planach na życie swoich amerykańskich żaków. Kiedy ich pytał, czy może któryś zostanie naukowcem, patrzyli na niego z pobłażaniem.

Podobnie mówili też inni profesorowie. Studentów nie kręciła interpretacja Platona. Oni marzyli o pracy na Wall Street. Do czego zaś miała się sprowadzać ich praca? Do przekonywania ludzi, którzy marzyli o własnym domu, że należy zaciągnąć na niego kredyt. I nieważne, że nie spłacili jednego. Ważne, by brali kolejny.

Gdy ludzie się zadłużali, to oni - młodzi adepci finansjery - dostawali sowite prowizje. Trzeba dodać, że i kredytobiorcy nie są bez winy: mimo że doskonale wiedzieli, iż nie stać ich na kolejny kredyt, zaciągali go. I tak wpadali w kredytowy wir.

Bardzo pouczające okazuje się spotkanie w Polsce, w pubie, młodych przedstawicieli branży finansowej. Wystarczy jedno piwo, by się od nich dowiedzieć, jak bardzo ubolewają, że hossa się skończyła, a czasy, w których zarabiali krocie na progu karier, szybko nie powrócą. Dlatego, mówią zgodnie, trzeba jakoś sobie radzić.

Jak? To jeden ze sposobów. Kiedy kilkanaście miesięcy temu zaczął się kryzys, banki zaostrzyły politykę kredytową. Zaciskano też pasa przez zwolnienia i obniżanie wynagrodzeń na dwa sposoby: po pierwsze, szefowie cięli podstawowe pensje, po drugie - podwyższyli poprzeczkę minimalnej kwoty udzielonych kredytów, po której pracownik dostawał premię. "Poprzeczka została postawiono jednak tak wysoko, żeby nikt nie mógł jej przekroczyć. O premiach, które stanowiły dla mnie mocny zastrzyk finansowy, już dawno zapomniałem" - mówi mój rozmówca.

Jak więc szeregowi pracownicy postanowili wyjść z tej trudnej sytuacji? Środowisko bankowców jest dość hermetyczne. Chodzą do tych samych klubów, mają podobne zainteresowania. Niektórzy wpadli na pomysł, by połączyć siły. Jeśli bank pracownika X zdecyduje, że jego klient nie ma zdolności kredytowej, dzwoni on do swojego znajomego z banku Y, mówiąc, że ma kredytobiorcę, który - co prawda został negatywnie "zweryfikowany" przez jego bank - ale bardzo zależy mu, by kredyt dostać. Tak podsyła swego klienta koledze. Jeśli ten kredyt dostanie, prowizją dzielą się po połowie.

Jak na dłoni widać, że cały ten system psuje się od głowy, czyli szefostwa banków. Żeby ratować swoje zarobki, pracownicy niższego szczebla zaczynają "handlować" między sobą klientami. Mało tego, z otwartą przyłbicą duża część banków uciekała się do "nabijania klientów w butelkę". Np. przeliczała spłaty kredytów hipotecznych zaciągniętych w obcych walutach na niekorzyść klientów (tzw. spread).

Podobnie nagannie trzeba ocenić praktyki tych banków, które chciały jednostronnie zmieniać zawarte wcześniej umowy. Koszty tych zmian ponosił oczywiście kredytobiorca. Tak czy inaczej, wspólnym mianownikiem wszystkich przywołanych tu działań jest to, że nie liczy się w nich ani uczciwość, ani zaufanie, ani wiarygodność.

Jasne, że cała ta ciemna strona bankowości owiana była do niedawna zmową milczenia. Nie dziwi, że niemal za skandal okrzyknięto wyznania prezesa Banku Śląskiego Brunona Bartkiewicza: "Dlatego mówię: Dość manipulowania klientami. Dość. Wystarczy". I dalej: "Nikomu nie zabraniam prowadzenia działalności w taki czy inny sposób. Niech każdy robi, co chce. Tylko proszę pamiętać, że kwestią samobójczą jest naruszanie image'u sektora bankowego, przyczynianie się do kreowania wrażenia, że klient ma do czynienia z nieuczciwymi praktykami".

Dlaczego prezes Bartkiewicz postanowił kalać własne gniazdo? "W obiegowej opinii wszystkie banki manipulują - wyznaje. Z zasady. Ja się z tym głęboko nie zgadzam. Nie zgadzam się z praktykami, które stosują moi konkurenci". Czy Bartkiewicz rzeczywiście przeżył "nawrócenie" i chce odkupi swe grzechy, przeciwstawiając się społecznemu obrazowi chciwego i nieuczciwego bankowca?

Nie dajmy się zwieść pozorom: Bartkiewicz, podobnie jak tabuny innych bankierów, to nie Matka Teresa z Kalkuty. Ale jego pełne oburzenia okrzyki wzywające do uczciwości to trafne odczytanie "znaków czasu". To zdanie sobie w końcu sprawy, że ludzie - czyli my, klienci - nie szukają już banków i doradców finansowych, którzy mydlą im oczy szybkim, acz ryzykownym zyskiem. Przeciwnie: szukają takich instytucji finansowych, które zapewniają ich, że działają uczciwie, a ich pieniądze inwestują w sposób odpowiedzialny i bezpieczny. Znów dla ucha klienta, gdy mowa o pieniądzach czy kredytach, miło brzmią takie słowa, jak: "etyka", "zaufanie" czy "wiarygodność".

Czy jednak powrót tradycyjnych cnót, choć na razie tylko do języka bankierów, jest trwałym zjawiskiem? Czy też jest to tylko chwilowa odnowa klasycznych wartości, gdyż globalny kryzys, który ponoć mamy już za sobą, napędził nam niezłego stracha?

Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje na to, że etyka, uczciwość, wiarygodność staną się głównymi pojęciami w słowniku każdego finansisty. Powinniśmy jednak być czujni, by powrót tradycyjnych cnót do naszego dyskursu nie okazał się jedynie zasłoną dymną przed kolejnymi nadużyciami pokiereszowanych dziś przez los rekinów finansjery. O trwałym powrocie etyki i tradycyjnych wartości do społecznego krwiobiegu będziemy mogli mówić tylko wtedy, kiedy to my, klienci rozmaitych instytucji finansowych i banków, zaczniemy promować i premiować te z nich, które grają z nami uczciwie, przejrzyście i nie podejmują na nasz koszt ryzyka, które jest absolutnie zbędne.

* Jarosław Makowski jest filozofem i publicystą. Stale publikuje m.in. w "Newsweeku", "Polityce", "Res Publice Nowej"

  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':