http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ucieranie nowej Europy

Jacek Pawlicki
2009-10-14, ostatnia aktualizacja 2009-10-13 18:22

Autograf Lecha Kaczyńskiego pod traktatem z Lizbony nie kończy batalii o sprawniejszą Unię. I nie skończy jej nawet Vaclav Klaus, jeśli w końcu podpisze nowy traktat

Jacek Pawlicki
fot. AG
Jacek Pawlicki

fot. sxc.hu
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Przez dwa lata kampanii na rzecz traktatu z Lizbony stworzono wiele uproszczeń, które powtarzane przez polityków i media urosły do rangi prawd absolutnych. Jedną z najczęstszych, przyznam - powtarzanych także przeze mnie, jest to, że nowy traktat wzmocni i usprawni Unię Europejską.

Oczywiście, usprawnieniu Unii służyć ma przewidziany w traktacie nowy, prostszy sposób podejmowania decyzji - zniesienie prawa weta w 50 obszarach i wprowadzenie od 2014 do 2017 roku systemu podejmowania decyzji podwójną większością (państw i liczby obywateli). Na podejmowanie decyzji w Unii wpływ mają jednak nie tylko procedury, ale ścierające się interesy, polityczne alianse. O pozycji w Unii nie świadczy to, ile dany kraj ma głosów w Radzie UE, ale jaką ma zdolność budowania koalicji.

Siła koalicji

Celów w Unii nie osiąga się bowiem przez samotne blokowanie jakiś istotnych decyzji czy też wetowanie postanowień ze spotkań ministrów czy szczytów (a to akurat Lizbona utrudni). Pozycja kraju w Unii zależy od siły gospodarki, sprawności dyplomacji i administracji i wreszcie - od umiejętności przekonywania innych, by nas poparli w zamian za to, że my ich poprzemy w czym innym.

Często układy są skomplikowane, bo graczami nie są tylko państwa członkowskie, ale i instytucje Unii: Komisja, Rada, Parlament Europejski. Sojusznicy w jednej batalii stają się przeciwnikami w innej. Nie oznacza to wcale, że Unia skazana jest na paraliż. Konieczność przemyślenia każdego ruchu przed ogłoszeniem go i badanie, jaka może reakcja innych krajów, zmusza unijnych graczy do niezwykłej ostrożności.

Paradoksalnie, im większa i bardziej skomplikowana jest Unia, tym staranniej trzeba przygotować każdy ruch. Może dlatego wbrew kasandrycznym prognozom sprzed 2004 roku po rozszerzeniu Unii nie nastąpił paraliż Unii. Wręcz przeciwnie, decyzje są podejmowanie sprawniej.

Większość ekspertów i polityków zgadza się, że traktat z Lizbony wzmacnia państwa członkowskie reprezentowane w Radzie Unii. Samo w sobie nie jest to złe, ale w godzinie próby może okazać się zgubne. Już w czasie kryzysu gospodarczego okazało się, że poszczególne stolice, nie czekając na wspólne ustalenia, zaczęły ratować własne banki czy gałęzie przemysłu, nie zastanawiając się, czy aby nie szkodzi to innym członkom Unii.

Przewodniczący do określenia

Rola państw członkowskich rośnie także dlatego, że to one wybiorą przewidzianego przez traktat lizboński przewodniczącego Rady Unii i wysokiego przedstawiciela Unii ds. polityki zagranicznej. I one zdecydują, jakie będą ich rzeczywiste kompetencje.

O sprawującym swój urząd przez 2,5 roku stałym przewodniczącym Rady wiadomo dziś tylko tyle, że będzie prowadził szczyty Unii, pomagał uzgadniać jego postanowienia (tzw. konkluzje) i współpracował z krajem sprawującym akurat półroczne, rotacyjne przewodnictwo.

Nie wiadomo, jak dokładnie utrze się współpraca między nim a szefem Komisji Europejskiej. Czy będzie miał do dyspozycji własnych ludzi, sekretariat? Na ile jego kompetencje nakładać się będą na kompetencje kraju, który w tym czasie będzie przewodził Unii?

To m.in. dlatego minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz przedstawi niebawem w Brukseli polski dokument w sprawie współpracy między stałym przewodniczącym a prezydencją. - Warto pamiętać, że niezależnie od tego, kto będzie przewodniczącym Rady Europejskiej, polskim ministrom polecenia będzie wydawał premier. Trzeba wypracować mechanizm koordynacji pracy między przewodniczącym Rady a premierem kraju, który akurat będzie stał na czele Unii - mówił niedawno "Gazecie"

Przewodniczący konkurent?

Istnieje też ryzyko, że nowy przewodniczący zacznie się za bardzo rozpychać łokciami, powodując konflikty z innymi europejskimi graczami. José Manuel Barroso, nie wiedząc nawet, kto będzie owym szefem, mówi wprost, że potrzebuje partnera, a nie konkurenta, czyli nie charyzmatycznego męża stanu, który dogadywałby się ze stolicami ponad Komisją i Parlamentem.

Przekładając to na personalia - małym, średnim państwom członkowskim oraz Komisji pasowałby bardziej przewodniczący zarządca, ktoś bez przywódczych ambicji - raczej więc były kanclerz Austrii Wolfgang Schüssel albo premier Holandii Jan Peter Balkenende niż np. były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair.

Podobne znaki zapytania dotyczą także wysokiego przedstawiciela Unii ds. polityki zagranicznej. Jako wiceszef Komisji Europejskiej wejdzie w skład kolegium komisarzy, zyskując wpływ na europejską służbę dyplomatyczną (czyli placówki Komisji w krajach trzecich) i miliardy z pomocy rozwojowej i humanitarnej. Będzie więc nie tylko "twarzą Europy", ale i łącznikiem między państwami członkowskimi a instytucjami.

Nie wiadomo jednak, jaki mandat na reprezentowanie interesów całej Unii dadzą mu państwa członkowskie, które przecież będą dalej prowadzić własną politykę zagraniczną. Weźmy stosunek do Rosji. Niemcy i Francja widzą w niej głównie partnera i częściowo sojusznika, kraje bałtyckie i Polska - hegemona próbującego odbudować swą dawną strefę wpływów.

Dlatego też "Financial Times" wątpi, czy ten niby-szef dyplomacji byłby w stanie zapobiec podziałom w Unii, jakie miały miejsce przed wojną w Iraku w 2003 roku. Wówczas to część krajów (Wielka Brytania, Dania, kraje czekające na członkostwo, w tym Polska) poparła amerykańską inwazję, a część - Niemcy i Francja - nie.

Kto będzie się szarogęsić?

Na konieczności doprecyzowania kompetencji niby-prezydenta i niby-szefa dyplomacji nie kończy się lista "dodatkowych prac" nad lizbońską Europą. Pułapek jest wiele. Nie wiadomo np., jak będzie układała się współpraca Parlamentu Europejskiego, który zyska więcej uprawnień (współdecydowanie o budżecie rolnym), z Komisją i Radą.

W przeszłości instytucje te ze sobą konkurowały. Ostatnio socjaliści, liberałowie i zieloni w europarlamencie przeczołgali szefa Komisji Barrosę, grożąc, że nie poprą jego kandydatury. Można się spodziewać, że wzmocnieni traktatem zaczną blokowali prace Rady albo Komisji. Z drugiej zaś strony Parlament Europejski był zawsze traktowany po macoszemu przez ludzi z Komisji i Rady. I wielu z nich - jak pisze "The Economist" - nie będzie chciało przyjmować "rozkazów" ze Strasburga.

Konkretny przykład takiego konfliktu podaje "Financial Times" - to umowy handlowe z państwami trzecimi. Negocjować będzie je dalej Komisja Europejska, ale europarlament zyska prawo do ich opiniowania. Choć nie będzie mógł żądać od Komisji poprawek czy dodatkowych rund negocjacji, zyska prawo do odrzucenia porozumień. Można więc się spodziewać, że dużo bardziej wyczuleni na kwestie praw człowieka, ochrony środowiska czy standardów pracy deputowani będą próbowali torpedować negocjacje Komisji.

Obszarów, w których może dojść do tarć między instytucjami po wejściu w życie traktatu z Lizbony, może być więcej, ale - jak mówią eksperci - wiele wyjdzie w praniu. Dlatego szacowny tygodnik "The Economist" napisał, że w krótkiej perspektywie traktat z Lizbony przyniesie Unii mniej więcej tyle samo problemów, ile miał rozwiązać.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':