Wiadomość o śmierci Marka Edelmana dopadła mnie późną nocą z piątku na sobotę. Włączyłem telewizor i obejrzałem długi film o Marku. Mówił do mnie z ekranu człowiek, którego znałem od trzydziestu kilku lat; człowiek, którego podziwiałem za życiorys heroiczny, za prawość, rozum i serce. I dopiero po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że to już jest ostatnia nasza rozmowa
Marek był z plemienia ludzi niezwykłych; dusz rogatych i charakterów niezłomnych. Ten Żyd polski i Polak żydowski był bohaterem dwóch narodów, a z każdym z nich nieraz wchodził w ostre spory. Imponował nam swym niezależnym, niesfornym, nieco awanturniczym duchem.
Dla nas, ludzi z KOR-u i z "Solidarności", był wzorem zasad, których trzeba się wiernie trzymać. Pokazywał nam, jak trzeba być pokornym wobec wartości i niepokornym wobec sytuacji; jak trzeba bronić się przed totalitarną zarazą, przed trucizną nienawiści, którą tak łatwo rozbudzić w nas wszystkich. Przestrzegał nas, że ofiara może stać się katem.
Przeszedł z niezwykłą godnością przez piekło Zagłady, a potem przez błoto komunistycznej dyktatury. Nauczył się wcześnie, że przed tyranią nie należy ustępować, i nie ustępował. Był jednym z przywódców Żydowskiej Organizacji Bojowej podczas powstania w Getcie; potem uczestniczył w Powstaniu Warszawskim.
I taki pozostał przez resztę życia.
W kwietniu 1943 r., gdy płonęło warszawskie Getto, w którym walczył
Marek Edelman, Czesław Miłosz zanotował słynną strofę:
I ci ginący, samotni,
Już zapomniani od świata,
Język nasz stał się im obcy
Jak język dawnej planety.
Aż wszystko będzie legendą
I wtedy po wielu latach
Na nowym Campo di Fiori
Bunt wznieci słowo poety.
Dziś myślę, że w słowo poety wcielił się Marek Edelman. Pozostał przecież na całe życie żydowskim i polskim znakiem sprzeciwu, znakiem nonkonformizmu wobec plugastwa naszego świata.
Żył pięknie, godnie, mądrze i uczciwie.
Dzięki, Marku, że byłeś z nami.
Adam Michnik