Doświadczenie getta i Holocaustu niemal całkowicie wymazało mu z pamięci wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości. Zostały okruchy. Jak ten, kiedy słucha na placu Teatralnym w Warszawie stojącego na balkonie gmachu opery Szalapina ("Mama trzymała mnie na barana, a głos Szalapina niósł się po całym placu") czy pobyt w Prewentorium im. Medema w Miedzeszynie, gdzie go wysłano, bo był zagrożony gruźlicą ("Poznałem tam Wandę Wasilewską i Aleksandra Forda, gdy przyjechali kręcić film dokumentalny o sanatorium"). Czy wreszcie ten letni dzień i dworzec, skąd jego matka odjeżdżała na olimpiadę robotniczą młodzieży socjalistycznej do Wiednia. On nie chciał jechać, choć ona namawiała go i tłumaczyła mu, że to szansa, by - może po raz ostatni - zobaczyć prawdziwe braterstwo i socjalizm ("Wolałem jechać na obóz z kolegami, a jesienią mama już nie żyła").
Urodzony w 1919 r., był niemowlęciem, kiedy rodzice repatriowali się z Homla do Warszawy, gdzie ojciec wkrótce zmarł. Matka Cecylia, z domu Cypa Percowska, pracowała jako zarządzająca szpitalną pralnią, później jako kasjerka w restauracji Monopol. Zmarła w 1937 r.
Dorastał w rodzinie świeckiej związanej z żydowską partią socjalistyczną Bund; jego matka była sekretarzem bundowskiej organizacji kobiecej, a on sam - działaczem młodzieżowych przybudówek Bundu. I jak wszystkim bundowcom marzyła mu się Polska sprawiedliwa, bez antysemityzmu, Polska, w której byłoby miejsce i dla Żydów. Chodził do nowoczesnej żydowskiej szkoły, gdzie odebrał nowoczesne, to jest antysyjonistyczne wychowanie. W tej szkole nauczyciele byli bundowcami, a bundowscy przywódcy posyłali do niej swoje dzieci.
Edelman: - Ojciec mego kolegi z klasy Janka Goldszteina był szefem milicji bundowskiej, ojciec innego, Majusa Nowogródzkiego - sekretarzem generalnym Bundu. Syn Henryka Erlicha, Wika, uczył mnie do matury polskiego. Znałem obu przywódców Bundu - i Erlicha, i Wiktora Altera, ale żeby oni wiedzieli, kim ja jestem, to nie sądzę. Ja byłem przed wojną takim partyjnym chłopcem na posyłki.
- Dla Marka w młodości Bund był naturalnym środowiskiem - opowiadała jego późniejsza żona Alina Margolis, zresztą też córka bundowca. - Razem się żyło, działało, wyjeżdżało na wakacje. A gdy umarła mu mama, wszystkie panie z Bundu zaczęły mu matkować. To dzięki nim skończył szkołę, zdał maturę.
Po śmierci matki Marek zamieszkał u sąsiadów bundowców - Rosy i Salka Lichtensztajnów. Ważnymi osobami były też dla niego Estera Iwińska, siostra Altera, adwokat, która broniła komunistów w procesach politycznych, oraz Sonia Nowogródzka. We wrześniu 1939 r. opuścił stolicę na apel płk. Umiastowskiego, a gdy wrócił, na drzwiach
mieszkania Lichtensztajnów zastał kłódkę. Później dowiedział się się, że via Wilno, dzięki wizom japońskiego konsula Sugihary (który ryzykując swą dyplomatyczną karierę, masowo wydawał wizy żydowskim uchodźcom), zdążyli wraz z córką wyemigrować do Stanów.
Rok 1939 - jak opowiadał - uczynił go człowiekiem dorosłym i samodzielnym. Lichtensztajnowie wzywali go do Wilna, obiecując wizę, ale on nie chciał uciekać z okupowanej Polski i już jesienią 1939 r. na wyniesionym ze szkoły powielaczu drukował z przyjaciółmi nielegalne bundowskie gazetki.
Getto walczy Kiedy w Warszawie powstaje getto, zgłasza się do szpitala, gdzie pracowała wcześniej jego matka, i dostaje pracę gońca. Niemal codziennie wychodzi na tzw. aryjską stronę, nosząc m.in. krew do analizy. Do jego obowiązków należy też zszywanie niemowlęcych zwłok po wykonywanych w szpitalu sekcjach. Poza tym całkowicie poświęca się konspiracji.
W lipcu 1942 r., gdy zaczyna się wielka akcja wywożenia Żydów z getta, konspiracja bundowska liczy sobie pięćset osób zorganizowanych w piątki. Edelman ze swą szpitalną przepustką dzień w dzień wyciąga z Umschlagplatzu, skąd Żydzi są wywożeni do obozów, swoje łączniczki, drukarzy. To syzyfowa praca, niektórych musi ratować po kilka razy, inni nie chcą opuszczać rodzin. Kiedy w październiku 1942 r. powstaje Żydowska Organizacja Bojowa, bundowscy konspiratorzy w getcie są już zdziesiątkowani i trzeba odbudowywać ich siatkę na nowo. Tym razem już w oczywisty sposób do walki zbrojnej.
18 stycznia 1943 r.
Niemcy wkroczyli na Gęsią, gdzie mieszkał Edelman wraz z innymi pracownikami szpitala i ich rodzinami. Przeszukiwali mieszkanie po mieszkaniu. Współlokatorzy Edelmana zabarykadowali się w schowku za szafą. Niemcy byli o krok od ich znalezienia i Alina Margolis poczuła, że zamiera z przerażenia. Wtedy rozległy się strzały i Niemcy wybiegli. Kiedy w końcu ucichły niemieckie głosy i opuściła kryjówkę, w pokoju zastała Marka i bundowca Welwła Rozowskiego, który uciekł z transportu do Treblinki. Wskoczyli na dach i strzelali, by wywabić Niemców z mieszkań, jak najdalej od kryjówek swych przyjaciół. Teraz siedzieli i czyścili jak gdyby nigdy nic pistolety.
Ale o tego typu przygodach sam Edelman zawsze mówił niechętnie i uważał, że nie mają żadnego znaczenia. Również w jego opowieściach o powstaniu w getcie, o tych trzech tygodniach walki z przeważającymi niemieckimi siłami, nie tylko bez nadziei na wygraną, ale nawet bez nadziei na ocalenie życia, nie ma cienia przechwałki. Niechętnie opowiadał o walkach czy ucieczkach. Za to z przyjemnością wspominał, jak już po powstaniu znalazł się w normalnym mieszkaniu.
- Co to była za wspaniała noc - wspominał. - Miałem białe prześcieradło. Ileż to czasu nie widziałem białego prześcieradła! Ja przecież przez całe powstanie nie rozebrałem się. A teraz zdjąłem spodnie, zaświeciło słońce i wszystkie wszy wyszły na satynową kieszeń moich spodni. Popatrzyłem na swoją skórę i zobaczyłem, że jestem szary. Potem, już jako lekarz, widziałem różnych chorych, ale nigdy nie widziałem takiej szarej skóry.
- Po aryjskiej stronie - opowiadał dalej - była taka bliskość, jakiej nie było nawet w getcie, jaką trudno sobie w ogóle wyobrazić. Jeden pokój, jedna butelka wódki, jeden głód, jedno zagrożenie. Działalność była wtedy minimalna.
Kiedy wybucha Powstanie Warszawskie, ocaleni bojowcy ŻOB-u zgłaszają się do walki. Edelman walczy na Starówce i Żoliborzu.
Z upadkiem Powstania zaczyna się dla jego żydowskich uczestników całkiem nowa gehenna. Nie mogą poddać się Niemcom, ale nie chcą też opuścić miasta z ludnością cywilną, bo boją się, że zostaną zadenuncjowani. Kilkunastoosobowa grupa - jest tam Edelman, Icchak "Antek" Cukierman i Cywia Lubetkin - zaczyna się ukrywać w skrytce w piwnicy żoliborskiego domku przy Promyka 41. Tkwi tam przez wiele tygodni, aż do 15 listopada, kiedy to przybywa spod Warszawy odsiecz w postaci pielęgniarek z opaskami Czerwonego Krzyża, wśród których jest Alina Margolis. Marek ma najgorszy wygląd, więc kładą go na noszach i bandażują mu twarz. Na każdą próbę zbliżenia się do niego jakiegoś Niemca dziewczyny krzyczą: "Tyfus! Tyfus!".
Nie wierzę komunistom Na jednym z pierwszych po wojnie spotkań, na których dyskutowano o możliwości odbudowy ruchu bundowskiego, Edelman zabrał głos, by oświadczyć: "Towarzysze, starczy tego chlapania się w szczynach". Tymi słowy (dosadny język to był zawsze jego znak firmowy) usiłował przekonać partyjnych kolegów, że historyczna rola ich partii należy do przeszłości: nie ma już żydowskiego proletariatu, który był jej zapleczem. Nie chciał wejść do krajowych władz Bundu ani działać w Centralnym Komitecie Żydów Polskich.
- Co z tego, że wojna była praktycznie skończona - opowiadał mi Edelman o tych powojennych miesiącach - skoro ja czułem się kompletnie przegrany? Nie było moich przyjaciół z Bundu, nie było Żydów. Z wielkiej działalności, jaką prowadziłem w czasie wojny, nic nie zostało. Czułem rozpaczliwą pustkę, zrobiła się w moim życiu straszna wyrwa. Nie było nic do roboty, nic mi się nie chciało.
Siadł i napisał raport "Getto walczy" o udziale Bundu w obronie getta warszawskiego. Kiedy skończył, poszedł ot tak, z ulicy, do Zofii Nałkowskiej, bo czytał jej "Medaliony", z prośbą, by napisała wstęp. A ona bez namysłu wyraziła zgodę. "Getto walczy" ukazało się jesienią 1945 r. nakładem Centralnego Komitetu Bundu.