Simcha Rotem (Kazik Ratajzer)*: Wie pan, widziałem go bardzo niedawno, może miesiąc, półtora temu.
Paweł Smoleński: I o czym rozmawialiście? - To nie były długie rozmowy. Parę zwyczajnych słów, parę zdań. Powiedzieliśmy sobie wcześniej wszystko, nic nowego nie mogliśmy odkryć.
Miesiąc temu Marek był bardzo słaby. Dużo spał; siedziałem obok niego, a on drzemał. Czułem, że od momentu, gdy się poznaliśmy, upłynął szmat czasu. A jak mija czas, kres jest bardzo bliski.
Mieliśmy świadomość, że widzimy się po raz ostatni; zresztą każdy w tym wieku musi mieć taką świadomość. Ale o tym też nie rozmawialiśmy. Nie było takiej potrzeby. On wiedział, że ja wiem. I ja wiedziałem, że Marek wie. Zresztą - wszyscy wiemy, że kiedyś nadchodzi koniec. O czym tu rozmawiać?
I tak z powstania w warszawskim getcie zostało nas tylko dwoje: koleżanka w Tel Awiwie i ja. To jednak było bardzo dawno temu.
Kim był dla pana Marek Edelman? - Przede wszystkim człowiekiem. Wielkim. Bardzo inteligentnym. Szczerym, aż czasem bolało. Odważnym. Uczciwym. Był moim dowódcą, komendantem w szopie szczotkarzy; zastąpił człowieka, który na samym początku powstania został ranny.
To pan wyprowadził kanałami Edelmana i kilkudziesięciu innych powstańców z getta. - Wysłano mnie na aryjską stronę, bo miałem tzw. dobry wygląd i mówiłem po polsku jak łobuz z Czerniakowa. Nawiązałem kontakty, znalazłem kanalarzy, którzy mieli nas przeprowadzić, i ciężarówkę. Potem wróciłem do getta, szukałem bojowców, a kiedy zdawało się, że nikogo nie znajdę, trafiłem na Marka w kanałach. Wyszło nas kilkudziesięciu. Nie wszyscy, którzy mogli wyjść.
Edelman mówił, że to, co pan zrobił 10 maja 1943 r., było czymś największym, najwspanialszym, najodważniejszym, niezwykłym. Ocalił pan życie swojemu dowódcy. - Marek był wspaniałym dowódcą, bardzo zdecydowanym i opanowanym; to jego opanowanie dawało poczucie bezpieczeństwa i oznaczało życie. Ale miał też inną, wyjątkową zaletę - umiał słuchać i milczeć. Właśnie wtedy, gdy wyszliśmy z getta, siedział na ciężarówce, milczał, nie wtrącił się ani słowem. To wielka umiejętność - zrozumieć, że teraz podwładny może rozkazywać, oddać komendę i zdać się na kogoś młodszego.
Inni bojowcy, starsi ode mnie, mówili, co mam robić, jak robić. Tylko Marek się nie odzywał, bo wiedział, że to ja wiem, bo byłem po aryjskiej stronie, bo wszystko zorganizowałem, bo wiem, ile mamy czasu, jak długo możemy czekać przy włazie na tych, którzy nie wytrzymali stania w niskim kanale i poszli tam, gdzie było ciut więcej powietrza. To jego milczenie było dla mnie jak największe wsparcie. Nikt wówczas nie mógł zrobić nic więcej.
Pan po wojnie wyjechał z Polski do Izraela. Edelman został. - Żałowałem, że nie wyjechał, choć dla mnie było od początku oczywiste, że zostanie. Byłem syjonistą, Marek - socjalistą, Bund był całym jego światem, nigdy nie opuściłby Polski, bo uważał, że świat polskich Żydów przynależy właśnie tutaj i tutaj zostaną rozwiązane wszystkie nasze problemy. Ale przyszła wojna,
Niemcy wymordowali Żydów. Jednak Marek nie zmienił poglądów.
Sprzeczaliście się o to? - To były bardzo gorące dyskusje, niemal kłótnie. I co z tego? Różniliśmy się, politycznie byliśmy daleko, ale to nie przeszkadzało nam w przyjaźni.
Mimo krytycyzmu Edelmana wobec Izraela i syjonizmu? - I co z tego? My w Izraelu też krytykujemy Izrael.
Marek bywał tu wielokrotnie; raz, jeszcze w czasach komunistycznych, załatwiłem, że w jego paszporcie nie zostanie żaden ślad wizyty. Troszczył się o Izrael, zależało mu na państwie żydowskim, choć nie wyobrażał sobie, że może tu mieszkać. Gdy przyjeżdżał, zawsze zatrzymywał się u mnie, w Jerozolimie. Tak, spieraliśmy się wtedy, ale Marek wiedział, że Izrael ma prawo do istnienia, że to wysepka żydowska na Bliskim Wschodzie, że trzeba ją chronić.
Starałem się widywać z nim jak najczęściej. Gdy jeździł do Francji zobaczyć najbliższą rodzinę, ja jeździłem do niego. Nic w tym dziwnego. Lepszego przyjaciela nie można było mieć.
Czy był znany w Izraelu? - Raczej tak. Wiedziano o nim, jak o nas, żołnierzach Żydowskiej Organizacji Bojowej, bojownikach warszawskiego getta. Już lata temu "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall przetłumaczono na hebrajski; kto chciał, mógł czytać. Marek nie był anonimowy.
Marek umarł w piątkowy wieczór, w szabat. Wiadomość podało
radio. Zobaczymy, co napiszą gazety; dziennikarze już do mnie dzwonili.
Co pańskim zdaniem było w Edelmanie najbardziej niezwykłego? - On po prostu zajmował się ludzkimi sprawami. I w getcie, i w Polsce po wojnie. W swoim szpitalu w Łodzi i wtedy, gdy jeździł z konwojami do Sarajewa. Bez tego nie byłby Markiem Edelmanem. Takich ludzi jest już coraz mniej.
*Simcha Rotem (Kazik Ratajzer) - ur. w 1924 r. w Warszawie, uczestnik powstania w getcie, główny łącznik ŻOB-u po tzw. aryjskiej stronie. W czasie Powstania Warszawskiego walczył w oddziale AK na Starym Mieście. Po wojnie organizator emigracji do Palestyny, dokąd sam dotarł w listopadzie 1946 r. Honorowy obywatel miasta Warszawy