Zacznijmy od faktów, bo z faktami ponoć się nie dyskutuje. Alicja Tysiąc nie wygrała w Europejskim Trybunale Praw Człowieka prawa do aborcji. To Polska przegrała, gdyż - choć teoretycznie gwarantowała Tysiąc prawo do aborcji w tym konkretnym przypadku zapisanym w ustawie (zagrożenie zdrowia matki) - to dalsze przepisy okazały się tak skonstruowane, by korzystanie z nich faktycznie uniemożliwić. I właśnie za to Polska została ukarana - za brak efektywnych procedur odwoławczych w sytuacji, gdy lekarz odmawia wykonania zabiegu, a kobieta uważa, że jest w błędzie. Orzeczenie Trybunału jest jasne.
Mimo to ks. Marek Gancarczyk w polemicznym zapale nie zawahał się zestawić działań sędziów Trybunału Europejskiego i poczynań hitlerowskich oprawców takich, jak Josef Mengele czy Rudof Hoess ("Siła przyzwyczajenia", "Gość Niedzielny" , 40/2007), a Alicję Tysiąc przyrównać do mamy, która "otrzymuje nagrodę za to, że bardzo chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono".. Tysiąc poczuła się tym urażona i złożyła skargę za naruszenie dóbr osobistych. Polski sąd uznał jej racje i zasądził odszkodowanie. W swoim uzasadnieniu (ustnym - czekamy na pisemne) sędzia powiedziała, że chociaż ks. Gancarczyk ma pełne prawo nazywać aborcję tak, jak podpowiada mu to jego rozum i sumienie, to jednak "zrównanie" konkretnych osób z nazistami i hitlerowcami jest naruszeniem dóbr osobistych.
Wyrok katowickiego sądu spotkał się z ostrą krytyką środowisk katolickich. Niezastąpiony "Nasz Dziennik" pisał o "delegalizacji katolicyzmu w Polsce". Tomasz Terlikowski pisze w "Rzeczpospolitej" o "nowym totalitaryzmie", biskupi solidaryzują się z redaktorem naczelnym "Gościa Niedzielnego", a chrześcijańscy politycy popisują się swoją błyskotliwością, nazywając Alicję Tysiąc, "Alicją 130 Tysięcy".
Zostawmy na boku pierwszy i oczywisty wniosek - redaktor naczelny "GN" źle zinterpretował wyrok, który wyszedł spod pióra sędziów Trybunału Strasburskiego. Do rozważenia pozostają inne pytania, które jednak zrodziły się z tego pierworodnego grzechu: gdzie w debacie publicznej przebiega granica między krytyką decyzji i zachowań Alicji Tysiąc a naruszaniem jej dóbr osobistych? I druga sprawa: czy Tysiąc jest osobą publiczną - tzn. czy dochodzenie swoich praw gwarantowanych w polskim prawie czyni z niej, ale także każdego z nas, kto zechce dochodzić swoich praw, a media zaczną to opisywać - osobę publiczną?
Po pierwsze, nikt chyba nie ma wątpliwości, że choćby próba przeprowadzenia analogii, iż drugi człowiek może zachowywać się jak zbrodniarze III Rzeszy (Rudolf Höss czy Josef Mengele, wymieniani przez ks. Gancarczyka) i nie siedzi za to za kratkami, jest czymś strasznym. Podobnie jak sugerowanie, że ktoś jest niedoszłym mordercą.
A mimo to - jeśli idzie o wolność słowa - gotowi jesteśmy nie podzielić opinii katowickiego sądu. Na dobre i na złe jesteśmy tu uczniami Woltera, który powiedział: "Monsieur l'abbe, nie cierpię tego, co piszesz, ale oddałbym życie, byś mógł to pisać dalej". Najpierw dystans, a potem bezwarunkowa solidarność.
Słowa jednak, o czym chcielibyśmy przypomnieć redaktorom "GN", nie są niewinne. Potrafią zabijać tak samo, jak zabija pistolet. Miał więc rację żydowski filozof i rabin Abraham Joshua Heschel, który mówił, że "słowa stwarzają świat". Można za ich pomocą czynić dobro lub zło. Człowiek musi uważać, co mówi. Jak relacjonuje córka Heschela Susannah, dziś profesorka judaistyki, ojciec często też powtarzał, że Holocaust nie zaczął się wraz z budową pieców krematoryjnych, a Hitler nie doszedł do władzy za pomocą czołgów czy broni palnej. Koszmar Zagłady zaczął się od słów pełnych zła, nienawiści i pogardy. I przywoływał mądrość Księgi Przysłów, że śmierć i życie znajdują się we władaniu języka.
Czy wojna, na jaką "GN" poszedł z Alicją Tysiąc, przyczyni się zatem do ochrony życia? Czy w jej wyniku nie rysuje się w świadomości publicznej wizerunek Kościoła, który bardziej jest zainteresowany czystością swojej doktryny niż dramatem człowieka, który przyparty przez los do muru może przecież popełniać błędy? Czy Kościół, popierając język debaty zaproponowany przez "GN", rzeczywiście idzie śladami Jezusa, który w pierwszej kolejności był przyjacielem grzeszników i celników oraz szedł do tych, którzy się źle mają, a nie do tych, którzy w swym mniemaniu są czyści i nieskalani jak łza?
Jak to jest możliwe, że osoby zatroskane o godność zygoty tak lekką ręką traktują godność Alicji Tysiąc? Czyżby fakt przekształcenia się z zygoty w kobietę godność tę radykalnie zmniejszał? I czy w końcu, jeśli ks. Gancarczykowi, jak deklaruje, idzie o dobro dziecka Alicji Tysiąc, to czy nie lepiej zrobiłby, proponując ugodę, a dla dziecka stworzył fundusz stypendialny zapewniający mu edukację do 18. roku życia?
Co więcej, dzisiejsi obrońcy ks. Gancarczyka zapomnieli, że kij zazwyczaj ma dwa końce. I jeśli zechcą być konsekwentni, powinni zaangażować się w ruch na rzecz zniesienia art. 169 kodeksu karnego, który karze za obrazę uczuć religijnych. Nie można bowiem jednego dnia żądać ścigania celebrytki za idiotyczną wypowiedź, że autor Biblii, pisząc ją, był "napruty winem i palił jakieś zioła", "bo takie stwierdzenie obraża uczucia religijne", a na drugi dzień płakać, że ks. Gancarczykowi knebluje się usta, bo nazwał kobietę z imienia i nazwiska niedoszłą morderczynią. Jeśli wolność słowa ma być na tyle szeroka, że pozwala na ciężką obrazę, to musi ona działać w dwie strony. Estetyka i wrażliwość duchownych jednego wyznania nie może być wiążącą wykładnią prawną w państwie, które jest neutralne wyznaniowo.
I drugie kluczowe pytanie: kiedy obywatel staje się osobą publiczną, a więc nie podlega ochronie prawnej przed krytyką w takim stopniu, jak osoba prywatna? Ksiądz Gancarczyk i jego obrońcy argumentują, że Alicja Tysiąc stała się osobą publiczną. Dokonało się to w momencie, gdy zaczęła o swojej sprawie opowiadać mediom. Powinna więc liczyć się z tym, że jej życie przestanie być tylko jej prywatną sprawą. To ważna kwestia, z którą trzeba się zmierzyć dla dobra jakości naszego życia publicznego.
A zatem: czy Alicja Tysiąc rzeczywiście stała się osobą publiczną? Nie zapominajmy, że zrobiło się o niej głośno nie na skutek happeningu czy masowej imprezy. Zaistniała w przestrzeni publicznej wtedy, gdy polskie państwo ją zawiodło, a ona śmiała się upomnieć o swoje prawa - nie prawo do aborcji, powtórzmy to raz jeszcze, ale do tego, by państwo potraktowało ją praworządnie i z godnością. Czy w takim razie bohater reportażu gazetowego przez sam fakt, że jego historia zostanie opisana przez dziennikarza, automatycznie przestaje być osobą prywatną? A co z przypadkami ludzi, kiedy bezradni w walce z urzędnikami czy państwem chwytają się ostatniej deski ratunku i idą ze swoją sprawą do mediów - czy oni także stają się osobami publicznymi?
Przyjęcie, że Alicja Tysiąc stała się osobą publiczną i w związku z tym nie powinna się dziwić, że jej działania stały się obiektem krytyki, wprowadziłoby do naszego życia społecznego niebezpieczny precedens. Oto każdy, kto śmiałby się upomnieć o swoje prawa, szczególnie te naruszane poprzez niejasne stosunki między państwem a Kościołem katolickim, stawałby się wedle tej logiki osobą publiczną. To wygodne dla Kościoła, bo wówczas takie osoby można obrażać do woli i bezkarnie. Im zaś nie przysługiwałaby żadna ochrona ich praw do prywatności i osobistej godności.
A jednak wyrok katowickiego sądu, choć z nie najszczęśliwszym uzasadnieniem, daleki jest od kneblowania Kościołowi ust. Kościół ma nie tylko prawo, ale obowiązek prezentować swój punkt widzenia i swoją ocenę zjawisk społecznych. Tyle że w tym kraju od kogo, jak nie od Kościoła katolickiego, mamy prawo wymagać, by nie tylko przestrzegał prawa, ale także wyznaczał i chronił standardy debaty publicznej. By nie tylko potrafił skutecznie bronić swoich racji, ale także w polemicznym ferworze respektował godność swoich adwersarzy.
Parafrazując słowa
Jana Pawła II, można powiedzieć: Kościele, jeśli nawet nikt tego od ciebie nie wymaga, zacznij wymagać sam od siebie.
* Kazimierz Bem jest doktorem prawa międzynarodowego i kandydatem na pastora w Zjednoczonym Kościele Chrystusa (ewangelicko-reformowanym) w USA.
** Jarosław Makowski jest teologiem i publicystą. Ostatnio opublikował "Kobiety uczą Kościół" (2007).