http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Traktat to nie kaprys

Jacek Pawlicki
2009-09-29, ostatnia aktualizacja 2009-09-28 17:39

Polski prezydent ma jeszcze szansę pozytywnie zapisać się w europejskiej polityce - jako mąż stanu, który uchronił Europę przed kryzysem

Jacek Pawlicki
fot. AG
Jacek Pawlicki
Wystarczy, że zaraz po irlandzkim referendum w sprawie traktatu lizbońskiego na początku października podpisze ten dokument, co zresztą obiecał i Polakom, i całej Europie. A zaraz potem pojedzie do swego przyjaciela Vaclava Klausa, by przekonać go do tego samego.

Dziś to właśnie eurosceptyk Klaus jest najsłabszym ogniwem wspólnej Europy. Nie chcąc pogodzić się z decyzją własnego parlamentu, czeski prezydent wstrzymuje ratyfikację traktatu, który ma wzmocnić UE, usprawnić działanie unijnych instytucji, dać Unii prezydenta oraz szefa dyplomacji.

Niedawno dogadał się nawet z walczącym o władzę przywódcą brytyjskich konserwatystów Davidem Cameronem, że grając na czas, może doprowadzić do obalenia traktatu lizbońskiego. Bo kiedy do władzy w połowie 2010 r. dojdą torysi, to anulują brytyjską ratyfikację i zarządzą referendum, w którym traktat najpewniej upadnie. Ale referendum jest możliwe tylko wtedy, jeśli Klaus albo Kaczyński nie podpiszą traktatu.

To oczywiście na razie jedynie czarny scenariusz. Ale prawdopodobny, bo Klaus nie ma wiele do stracenia. Może postawić się okoniem, bo nikt go za to nie rozliczy. Cała Europa widzi w nim nie tylko politycznego dziwaka, ale i nieobliczalnego przywódcę, w którego rękach leży poniekąd los pół miliarda Europejczyków.

Niewielu jest na świecie polityków, którzy mieliby jakiś wpływ na Klausa. Czeski prezydent może boi się Angeli Merkel, bo niemieckie wpływy w Czechach zawsze były spore. Być może odczuwa jakiś respekt przed prezydentem USA, ale Barack Obama ma dość problemów na głowie, by przejmować się pęknięciami w europejskiej budowli politycznej.

Nie wiem, czy Klaus liczy się ze zdaniem Lecha Kaczyńskiego. Wiem natomiast, że obu polityków wiele łączy i w przeszłości demonstrowali nie tylko wspólnotę wizji, ale i przyjaźń.

Polski prezydent powinien teraz to wykorzystać, by uzmysłowić Klausowi, jak wiele może swym uporem popsuć w Europie, dzięki której on i jego rodacy dostali przecież tak wiele.

Traktat z Lizbony nie jest kaprysem politycznych elit Brukseli, Berlina czy Paryża. To dokument, dzięki któremu Europa może silniej zaistnieć na świecie dzięki nowemu szefowi dyplomacji i unijnej służbie dyplomatycznej. Traktat wzmacnia też rolę parlamentów narodowych, co przeczy argumentom, że jest krokiem w stronę Stanów Zjednoczonych Europy.

Prezydent Kaczyński mógłby też uświadomić Klausowi, że blokując wejście w życie traktatu, zamyka drzwi Unii przed kolejnymi krajami. Kanclerz Angela Merkel i prezydent Nicolas Sarkozy mówią wprost, że bez traktatu z Lizbony Unia nie będzie się dalej rozszerzać. Nie chodzi tylko o Bałkany, ale z naszego punktu widzenia przede wszystkim o Ukrainę, która być może już w 2010 r. złoży oficjalny wniosek o przyjęcie.

Mówiąc o Europie, Lech Kaczyński zawsze wspomina o potrzebie solidarności. Ale - jak mawiają w Brukseli - solidarność to droga dwukierunkowa. Jeśli prezydent Kaczyński oczekuje od Europy wsparcia w czasie kryzysu energetycznego czy kłopotów z Rosją, to niech wykaże się solidarnością z unijnymi przywódcami w Paryżu, Berlinie czy Brukseli, którzy w nowy traktat zainwestowali wiele politycznego kapitału.

W czasie swej prezydentury Lech Kaczyński nie miał dobrej prasy w Europie. Był czas, że braćmi Kaczyńskimi europejskie media straszyły bardziej niż Klausem. W wielu wypadkach prezydent na krytykę zasłużył.

W pamięci europejskiej opinii publicznej pozostanie żałosna walka o krzesła na szczycie Unii w Brukseli z polskim premierem, szczyt UE w 2007 r. w sprawie traktatu, kiedy Lech Kaczyński przyjmował telefoniczne i telewizyjne instrukcje od swego brata, a także jego nagła zmiana frontu po odrzuceniu traktatu przez Irlandczyków rok temu.

Niewywiązanie się z obietnicy podpisania traktatu po drugim irlandzkim referendum ten negatywny obraz ugruntowałoby na amen.

Prezydent straciłby coś ważniejszego niż reputację w świecie mediów (które przecież nigdy nie były mu przychylne) - straciłby zaufanie europejskich przywódców. W ostatnich kilkunastu miesiącach rozmawiałem z kilkoma prezydentami i ministrami mniejszych i większych krajów UE. Wszyscy mówili, że nie wyobrażają sobie, by Lech Kaczyński traktatu nie podpisał.

- Przecież to jeden z ojców założycieli traktatu - mówił mi w zeszłym roku portugalski prezydent An~bal Cavaco Silva. - To ojciec założyciel traktatu - powtórzył mi tydzień temu francuski minister ds. europejskich Pierre Lellouche.

W języku europejskiej polityki określenie "ojciec założyciel" ma szczególne zabarwienie. Tak z wielką atencją zwykło się mówić o ojcach zjednoczonej Europy - Robercie Schumanie i Jeanie Monnecie. W Polsce lepiej może zabrzmiałoby określenie "ojciec chrzestny". Mówienie w europejskich salonach w ten sposób o Lechu Kaczyńskim to coś więcej niż głaskanie go pod włos. To próba przypomnienia mu, że ponosi odpowiedzialność za traktat, który sam wynegocjował.

Bycie ojcem chrzestnym zobowiązuje. Europa czeka.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':