Wyobraźmy sobie, co czują uczestnicy tych modlitw. Ich religijne zaangażowanie zostaje powiązane z akcją polityczną wywierania presji na parlamentarzystów. W wyobraźni niewątpliwie muszą sobie jakoś ich przedstawiać. Ujrzą posłów jako osoby czyhające na ludzkie życie. Modlitwa będzie sposobem na budowanie wyobrażenia, że w parlamencie działają swego rodzaju zabójcy przygotowujący zbrodnicze prawo. Adoracja to sfera ludzkiej intymności religijnej. Biskupie wezwanie programuje treść tej intymności. Religijność staje się biczem na przeciwnika. Wiara użyta zostaje do szerzenia niechęci, wykopywania przepaści. Miast otwartej rozmowy - zmasowane uderzenie modlitewne.
A przecież prawo religijne nie może być tożsame z prawem państwowym. Są u nas ludzie, którzy w tej sprawie z nauką katolicką się nie zgadzają i mają swoje argumenty. Także oni zostaną prawnie pozbawieni możliwości poczęcia in vitro, jeśli katolicka większość wprowadzi taki zakaz do prawa państwowego.
In vitro jest metodą uznaną w całym świecie cywilizowanym świecie, nie przeszkadza wielu protestantom, prawosławnym ani innym wyznaniom. Tymczasem partykularny pogląd obecnie dziś zarządzających Kościołem biskupów i ich przedstawicieli (choćby i słuszny, lecz przecież nikt nie może przypisywać sobie monopolu na prawdę) ma stać się normą dla wszystkich: ateistów, buddystów, prawosławnych, protestantów, żydów, muzułmanów itd.
To właśnie ten brak umiarkowania razi w działalności Kościoła. Biskupi zgodnie ze swym przekonaniem mogą i zapewne powinni wzywać katolików, by trzymali się z dala od in vitro. Katolicy mogą posłuchać wskazania biskupów i zrezygnować z tej metody. Wolność sumienia zostaje zachowana. To jednak nie oznacza, by ten partykularny pogląd narzucać prawnie tym, którzy mają dobre argumenty, by się z nim nie zgadzać.
Jesteśmy dorosłymi ludźmi, biskupi tymczasem ciągle usiłują sprowadzać społeczeństwo do pozycji dzieci, które nie wiedzą, i trzeba im wyjaśnić, jak mają żyć. Taki totalizm i ekspansjonizm musi wywoływać obywatelski protest.
Niestety nasi politycy, nie chcąc wchodzić w niewygodny dla nich konflikt, łatwo przyjmą rolę dzieci, zapomną, że mają dbać o dobro wspólne społeczności. Ustąpią, bo duchowni pogrozili palcem, postraszyli adoracją. Słabe państwo ulega wpływom silniejszych, tracąc z oczu nadrzędne dobro, jakim jest ochrona praw mniejszości, tych, którzy są zbyt słabi, by skutecznie wpływać na parlament.
Tadeusz Bartoś, filozof, profesor Akademii Humanistycznej im A. Gieysztora, wykładowca Warszawskiego Studium Filozofii i Teologii