Każdy z nas, ludzi sieci, ma swoje "horror stories". Prof. Jan Hartman opowiada barwnie, jakimi wyzwiskami został obdarzony przez "studenta UJ" ("Sieć to ostra jazda!" "Gazeta" 18 sierpnia). Epitetów, jakimi mnie obrzucano, nie chce mi się tu przytaczać: raz - bo nie jestem masochistą, a dwa - bo nie są to zwroty, jakie szanująca się gazeta chce zamieszczać na swych łamach. Zresztą sam jestem nie bez winy i czasami daję się ponieść internetowym klimatom. Gdy pewnego razu pod jakimś moim wpisem, bodajże o rozliczeniach z przeszłością, pewien komentator (anonimowy, rzecz jasna) zauważył, że i za mną "jakiś smród się ciągnie" - nie wytrzymałem i przyznałem mu rację dodając, iż ów niemiły zapach - w postaci jego komentarza - pozostanie w sieci już na zawsze, bo ja komentarzy nie kasuję.
Atmosfera ta się udziela. Faktem jest, że internetowe blogi osobliwie sprzyjają wypowiedziom mało wersalskim, a nawet w osobach subtelnych wyzwalają nastroje rynsztokowe. Oto politolog, do niedawna znany z częstych analiz medialnych, a teraz europoseł z
PiS, zadeklarował w Salonie24, że pewnego znanego polityka PO (faktycznie, mało wyrafinowanego w swych zachowaniach publicznych) należałoby "bić po pysku". Przy czym koncept ten tak mu się musiał spodobać, że powtórzył go w postaci propozycji walnięcia posła PO "na odlew po ryju".
Fakt, że wykształcony człowiek, o chłopięcej twarzy ukontentowanego prymusa, pod własnym nazwiskiem nawołuje do "bicia po pysku", świadczyć może albo o tym, że wreszcie wyszedł z niego - tkwiący w nim zapewne od zawsze - prymityw albo że sam internet jakoś generuje chamstwo, agresję i nieodpowiedzialność za słowo.
Myślę, że po części i jedno, i drugie, ale bardziej jednak to pierwsze. Blogi sprzyjają porzucaniu maski kurtuazji i ucywilizowania, w każdym razie w przypadku tych ludzi, dla których te przymioty są wyłącznie maską. Medium internetowe nie zwiększa przecież ilości chamstwa, idiotyzmów i agresji w społeczeństwie. Ono jedynie daje głos tym, którzy dotychczas nie mieli dostępu do dyskursu publicznego. I którzy często mówią w blogach tym samym językiem i przy użyciu tego samego typu argumentów, jakimi posługują się w rozmowie z kolegami, rodziną, sąsiadami. To, co się zmieniło, to - dzięki internetowi - włączenie tego języka do dyskursu publicznego.
Cena, którą warto płacić Czy to dobrze, czy to źle? Każde chamstwo jest złem, każda agresja słowna - pożałowania godna. Jednak nie o to w debacie o chamstwie w internecie przecież chodzi. Pytanie naprawdę jest takie, czy to nadzwyczajne poszerzenie ram dyskursu publicznego o ludzi, którzy są poza profesjonalną klasą gadającą - a więc politykami i dziennikarzami - jest per saldo dobre czy złe? Bo chamstwo w internecie jest ceną, jaką płacimy za szersze dobro - za poszerzenie ram dyskursu publicznego - i jedyne sensowne pytanie brzmi: czy warto tę cenę płacić?
Moim zdaniem ponad wszelką wątpliwość - tak. I nie łudźmy się, że możemy mieć zyski w postaci zbudowania nowych przestrzeni debaty publicznej - bez płacenia kosztów, czyli nieuchronnego zwiększenia brutalności, która przecież wkracza do tej debaty publicznej właśnie dlatego, że tak mówią i tak myślą niektórzy ludzie, którzy dotychczas pozbawieni byli dostępu do środków masowej komunikacji.
Możemy oczywiście sarkać na niską kulturę wypowiedzi. Ale czy nie ma w tym pewnego pięknoduchostwa? Pewnego egocentrycznego elitaryzmu przejawiającego się w niechęci do ludzi, którzy mówią: "kurde" i "obciach" - może dlatego, że ładniej po prostu nie umieją?
To, co teraz napiszę, zabrzmi może protekcjonalnie, ale moja intencja jest odwrotna. Ile okazji ma np. profesor uniwersytetu, aby o sprawach Polski porozmawiać z kucharzem z Miechowa albo właścicielem warsztatu samochodowego z Łomży? Dla mnie tego typu rozmowy - dzięki komentarzom pod moimi wpisami - są bardzo ważne i gotów jestem za taką możliwość zapłacić cenę w postaci znoszenia słów i zwrotów, z jakimi zazwyczaj nie stykam się w salach seminaryjnych albo klubach uniwersyteckich, gdzie reguły rozmowy wymagają stałej, pełnej wzajemnej rewerencji i kurtuazji.
Forma i treść Za takim ideałem chyba tęskni profesor Adam Grobler, który pisze: "Uwielbiam angielską sztukę eufemizmów, która łagodzi zderzenia między ludźmi o różnej wrażliwości" ("Sieć to nie mordownia", "Gazeta" 21 sierpnia). To chyba kwestia gustu: jak na moje upodobania, angielski styl jest pretensjonalny i nieszczery. Nasłuchałem się tego przez lata pracy na rozmaitych uniwersytetach - także anglosaskich - i nie uważam, by nadawał się on na model publicznej debaty. Już wolę pewną bezceremonialność, dezynwolturę i wygłup, jakie w sposób naturalny rozkwitają w blogach.
A poza tym, czy można naprawdę całkowicie oddzielić formę od treści i powiedzieć: Zgoda, każdy niech mówi, co uważa, pod warunkiem, aby było to grzeczne i kulturalne? W roku 1971, w sprawie Cohen przeciwko stanowi Kalifornia, amerykański
Sąd Najwyższy rozważał, czy wypowiedzi wulgarne są chronione przez konstytucyjną wolność słowa. Oto pewien 19-latek został ukarany za paradowanie po budynku sądu w Los Angeles w kurtce z napisem: "F**k the draft" (Oczywiście, bez żadnych gwiazdek w środku czasownika), co tłumaczy się: "P***ę pobór wojskowy".
Dostojni sędziowie uznali, że forma jest nieodłączna od treści. Jak napisał sędzia Harlan w uzasadnieniu decyzji, eliminowanie pewnych słów może prowadzić do eliminowania pewnych idei, a poza tym wypowiedzi mają funkcję także emocjonalną, a nie tylko poznawczą. Pewien akademicki komentator zauważył, że komunikat, jaki swym współobywatelom chciał przekazać Paul Cohen, nie dałby się wyrazić np. słowami: "Uważam, że obowiązkowy pobór do wojska jest głęboko szkodliwym aspektem polityki naszego rządu".
Pasjonaci i obrażeni Omawiając przed ponad stuleciem granice wolności słowa, John Stuart Mill rozważał taką oto sugestię, że wszelkie opinie powinny być dopuszczone - pod warunkiem że będą wyrażone w sposób umiarkowany i kulturalny. Millowi - filozofowi skądinąd umiarkowanemu i spokojnemu - ta sugestia zupełnie się nie spodobała. Jeśli granicą wolności słowa - pisał - „ma być obraza tych, których opinie są atakowane, to doświadczenie pokazuje, że obrażają się oni, kiedy tylko atak jest silny i celny, oraz że każdy oponent, który przypiera ich do muru i któremu z trudem odpowiadają, wydaje im się pasjonatem”.
Sam zresztą od czasu do czasu oskarżany byłem w sieci - ku mojemu zdziwieniu - o mało kulturalne wypowiedzi, gdy popełniałem jakieś żarciki może nie najwyższego lotu, ale nie tak znowu niegrzeczne. O brak kultury oskarżali mnie ludzie, którzy - jak sądziłem z ich wcześniejszych wypowiedzi - nie należą do tak wydelikaconych i wrażliwych osobników, aby jakaś niewinna kpinka nadzwyczaj ich raniła. I właśnie tłumaczyłem sobie tę reakcję spostrzeżeniem Milla, że formą wypowiedzi obrażają się zazwyczaj ci, którzy już nie mają argumentów.
Dlatego - choć sam nie gustuję w słowach grubych i obelżywych - nie przyłączam się do chóru oburzonych chamstwem w internecie, bo granice między treścią a formą są nieostre, a jeśli efektem ubocznym walki ze szpetną formą ma być wyeliminowanie z publicznego dyskursu jakichś treści, które nasi współobywatele chcą sobie i nam przekazać - nawet jeśli czynią to nieudolnie, a czasem prostacko i brutalnie - to jednak nie warto tej ceny płacić.
Kto kim zawładnął? Rozumiem rozgoryczenie i frustrację Jacka Żakowskiego ("Chamstwo hula w internecie", "Gazeta" 10 sierpnia), choć niezupełnie zgadzam się z diagnozą, że "internetową debatą na tematy społecznie, gospodarcze, polityczne i obyczajowe zawładnęła nieliczna, ale bardzo aktywna grupa chamów, debili, idiotów, nieuków i pospolitych nieokrzesanych głupków".
Co to znaczy - zawładnęła? W Salonie24, w którym pisuję, jest rzeczywiście sporo szaleńców i durniów głoszących np., że Polska obecna jest zupełnie jak PRL, tylko gorsza, a krajem rządzą no wiadomo, kto - ale jak stwierdzić, że oni tą debatą "zawładnęli"? A może (horribile dictu!) ich proporcja jakoś z grubsza odpowiada proporcji Polaków - zgorzkniałych, nieszczęśliwych, rozgoryczonych czy zwyczajnie niemądrych - którzy tak właśnie dzisiejszą Polskę postrzegają? Dobrze, że nie "zawładnęli" oni tradycyjnymi mediami (choć przecież nie są w nich całkiem nieobecni) - ale dobrze też, że mają gdzie się wygadać i że my, którzy tak nie myślimy, mamy okazję o tym się dowiedzieć.
Pisze dalej Żakowski: "Idiotyzmy, na których wypisywanie stosunkowo nieliczna grupa troglodytów uzyskała powszechne przyzwolenie, i prostacka agresja, jaką się posługuje, nigdy nie znajdowały miejsca w żadnym choć trochę szanującym się tradycyjnym medium".
I znów - co to znaczy: "powszechne przyzwolenie"? Od kogo? Bo nie ode mnie. Nie od Krzysztofa Leskiego, pisującego stale w Salonie24. Nie od Ernesta Skalskiego, Jarosława Flisa, Bogusława Chraboty, piszących od czasu do czasu w tymże. Nie od znakomitych blogerów o pseudonimach Galopujący Major, Chevalier, Stary i wielu, wielu innych
Na idiotyzm odpowiadajmy rozsądkiem, na agresję - spokojem albo zabójczą kpiną. No chyba że Żakowski ma na myśli nie tyle "przyzwolenie na treści", ile przyzwolenie na samo pisanie. Ale - to się przecież nazywa wolność słowa.
* Wojciech Sadurski jest profesorem Uniwersytetu w Sydney i Centrum Europejskiego UW. Prowadzi blog na www.salon24.pl