Chcesz przeczytać pełną wersję rozmowy z Krzysztofem Skubiszewskim? Zobacz tu Małgorzata Bos-Karczewska*: 24 sierpnia 1989 r. Sejm powołał Tadeusza Mazowieckiego na premiera. Kiedy otrzymał pan propozycję objęcia teki ministra spraw zagranicznych? Krzysztof Skubiszewski: W niedzielę 3 września byłem w Poznaniu. Dowiedziałem się, że mam natychmiast telefonować do biura premiera. Następnego dnia pojechałem do Warszawy, nie wiedząc, czego miałbym się spodziewać.
Czy panowie się znaliście? - Słabo. Raz napisałem artykuł do "Więzi", którą on redagował. Poznaliśmy się dopiero w listopadzie 1981 r. w Watykanie podczas wielkiej konferencji na temat chrześcijańskich korzeni Europy. Wtedy zamówił u mnie artykuł do "Tygodnika Solidarność".
Co myślał pan w drodze do premiera? - Wiedziałem, że sprawą pilną jest odblokowanie stosunków z RFN. Od 1949 r. zajmowałem się różnymi prawnymi kwestiami niemieckimi. Sądziłem, że może chce się mnie poradzić w tej sprawie. Nie przyszło mi do głowy, że mógłbym wejść do rządu.
Co pan od premiera usłyszał? - "Proponuję panu stanowisko ministra spraw zagranicznych...".
Tak od razu? - Od razu. Dodał: "Staram się usilnie, aby ten resort nie został w gestii PZPR". Komuniści zastrzegli sobie cztery resorty: obronę, sprawy zagraniczne i wewnętrzne oraz transport i komunikację. Tymczasem Mazowiecki słusznie uważał, że z jego premierostwem zaczyna się nowa Polska, co musi mieć wyraz także w polityce zagranicznej.
Jaka była pana reakcja na te słowa? - "Panie premierze, są ode mnie ludzie lepsi, związani z działalnością opozycyjną ostatnich lat i mający wiedzę na temat stosunków międzynarodowych, tacy jak poseł Bronisław Geremek czy senator Janusz Ziółkowski z Poznania". Wtedy usłyszałem: "Pan jest dobrym kandydatem, również dlatego, że trudno będzie gen. Jaruzelskiemu pana odrzucić, skoro był pan w Radzie Konsultacyjnej. On pana poznał".
Swoją drogą dlaczego w 1986 r. zgodził się pan wejść do Rady Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa Wojciechu Jaruzelskim, organu powołanego przez komunistów? - Sytuacja w kraju wydawała się beznadziejna. Uważałem za celowe przekonywać władców Polski, że muszą się zgodzić na zmiany, na legalizację "Solidarności". W szczególności mec. Władysław Siła-Nowicki, po II wojnie czterokrotnie skazany przez komunistów na śmierć, Andrzej Święcicki, były prezes warszawskiego KIK-u, i niektórzy inni członkowie Rady, łącznie ze mną, uważali, że nasze w niej uczestnictwo zależy od wypuszczenia wszystkich więźniów politycznych i przestrzegania zasady, że Rada nie będzie podejmować żadnych uchwał, lecz będzie wyłącznie płaszczyzną rozmowy.
Rada miała pewne cechy fasadowości, niemniej stwarzała okazję do dyskusji. Chodziło o to, aby władza wiedziała, co myślą ludzie spoza niej. Z tych rozmów mało wynikało, niemniej Jaruzelski mógł pewne rzeczy usłyszeć.
On mówił, że "S" się skończyła. Robił wrażenie człowieka z przekonania oddanego reżimowi PRL-u i wierzącego w ten system. W końcu jednak zdecydował się na zmiany, choć pod presją sytuacji społeczno-politycznej i gospodarczej. Odnosiłem wrażenie, że w początkowym okresie po wyborach 1989 r. stwarzał dla owych zmian pewną osłonę wobec ZSRR i popleczników PRL-u.
I co dalej? - Napisałem tego samego dnia list do Mazowieckiego, że wołałbym, by ktoś inny został ministrem. Ostatecznie przyjąłem jednak propozycję, ponieważ było jasne, że w nowej sytuacji nie można się uchylać - należało działać.
Jak później wspominał Mazowiecki, Jaruzelski był moją kandydaturą zaskoczony, ale ją zaakceptował. Mógł zapewne zadecydować, że ministrem spraw zagranicznych będzie człowiek dotychczasowego systemu. Wtedy jednak już współpracował przy zmianach. Przez cały czas swej prezydentury nie stwarzał przeszkód w moim resorcie.